Zamknijmy szlaki na zimę

Zamknijmy szlaki w Tatrach na zimę!

Idzie zima. Pora pomyśleć o naszym bezpieczeństwie.

Jest w naszym kraju kilka stałych atrybutów zimy. Żaden tam śnieg, czy mróz, nie. To „Kevin sam w domu” na Polsacie i debata na temat konieczności zamykania szlaków górskich, zwłaszcza tatrzańskich, na zimę. Bo niebezpiecznie i chłodno, i coś tam jeszcze. Internet aż huczy. Lubię tę naszą narodową i bezinteresowną troskę o drugiego człowieka, która nakazuje nam zawzięcie walczyć o bezpieczeństwo bliźniego. W sensie lajkować gównoposty w necie, licząc sobie to za realny, dobry uczynek. Czasami chcemy „pomagać” nawet wbrew woli samych zainteresowanych, ale hej, w końcu rację ma ten, kto głośniej krzyczy.

Wszyscy się zgodzimy, że najbezpieczniej jest w domu. Przekroczenie progu mieszkania zwiększa bowiem wielokrotnie szanse na zgon i to zgon tragiczny. Co prawda jest to szansa, by zaistnieć w mediach, bo te bardzo chętnie tańczą nad nieboszczykami, ale przyznajcie, że kto umarł, ten nie żyje i sława już mu niepotrzebna. Trud jego skończon.

Cała reszta śmiertelników musi jednak jakoś doczekać szczęśliwego końca trudu egzystencji, wypełniając ten czas ulubionymi aktywnościami. No i te mogą być przeróżne, w końcu wszyscyśmy inni. Czy szachiści rzucają w rowerzystów figurami, krzycząc, że pedałowanie pod górkę grozi śmiercią? Dużo bym dał, by taką scenę zobaczyć, ale raczej w nią nie wierzę. Bo jeśli chodzi o hobby, to nie fajne, to co fajne, tylko to, co się człowiekowi podoba. Istnieje więc też grupa ludzi, która lubi chodzić po górach zimą. Niby normalne. Uwierzycie więc, że są osoby, które chcą im te szlaki zamknąć?

No dobra, Jeszcze jedno zdjęcie

 

Postarajmy się dowiedzieć, jaka motywacja tkwi za tym wszystkim. Pierwszym argumentem zwolenników zamykania szlaków na zimę jest ten, że to dla dobra i bezpieczeństwa ludzi. Powszechnie wiadomo, że góry bywają niebezpieczne, a o wypadek nietrudno, zwłaszcza gdy jest ślisko. Jeśli więc nie pójdziesz w góry, to się nie zabijesz. Logiczne? Logiczne! Natomiast uważam siebie za człowieka o nadprzeciętnej wręcz wrażliwości i proponowałbym pójść o krok dalej. Oto garść statystyk. W 2017 roku uległo w Tatrach śmiertelnym wypadkom 15 osób. Każda śmierć to oczywiście wielka strata i tragedia dla rodzin. W tym samym czasie nasze najwyższe pasmo górskie odnotowało przeszło 3,4 mln odwiedzin.

Zwolennicy zamykania szlaków w Tatrach na zimę na pewno więc się zgodzą, że skoro tragedia ma miejsce w 0,0004% przypadków (policzyłem), to najlepszym rozwiązaniem będzie otoczenie całego pasma wielkim murem. Co prawda miliony ludzi spędziły aktywnie urlop, zebrały masę wspomnień i bezpiecznie wróciły do domów, ale pamiętajcie, że jesteśmy w Internecie. Śmiało możemy pominąć fakty niepasujące do postawionej przez nas tezy. A co, gdyby mimo zakazu ktoś próbował zachwycić się górskim, białym krajobrazem? Niektórzy proponują srogie mandaty, ale osobiście uważam, że nic tak nie ostudza entuzjazmu, jak ostrzegawczy strzał w plecy.

Jestem jednocześnie zdania, że to ciągle niewystarczająca walka ze strony zwolenników zakazów. Taka leniwa wręcz. Logika nakazywałaby bowiem w pierwszej kolejności zająć się tymi aktywnościami, które niosą ze sobą najwięcej ofiar, no nie? Proszę więc bardzo – 449 utonięć w 2017 i 504 w 2016 roku. Niemal 220 zmarłych rowerzystów w 2017 roku. Dramatu dopełnia fakt, że co roku w Polsce, bezpośrednio z powodu otyłości, umiera od 28 000 do nawet 52 000 osób! Dwadzieścia osiem tysięcy! Żeby w górach naliczyć tyle ofiar i to zakładając ich średnio 20 rocznie, musiałoby minąć jakieś 1400 lat. Jeśli więc zimowe wędrówki są tak niebezpieczną aktywnością, to co powiedzieć o pływaniu?

Moje rozwiązanie jest proste — zamknięcie wszelkich akwenów oraz wprowadzenie kartek na jedną kąpiel w tygodniu pod nadzorem dzielnicowego. Może pojawią się głosy oburzenia, ale te zakazy, to dla naszego dobra. Już przecież dzieciaki wiedzą, że częste mycie skraca życie. Dla naszego dobra proponuję też, aby w Tłusty Czwartek sprzedawać wyłącznie seler i kapustę. Razem powstrzymajmy plagę otyłości! Nie może być przecież tak, że człowiek dobrowolnie zdecyduje, co dla niego dobre.

Oczywiście, zamiast zakazów można by budować ścieżki rowerowe, edukować rowerzystów, uczulać kierowców, wypuszczać filmy pokazujące skutki pływania po alkoholu, zwracać uwagę na efekty skakania do wody, wydawać ulotki, reklamy oraz programy poświęcone dietetyce i zdrowemu żywieniu. Ale to wymaga myślenia i czasu, który można przecież przeznaczyć na oglądanie swojego ulubionego programu.

Widok z Kasprowego w stronę Czerwonych Wierchów

 

W dyskusji o zamykaniu szlaków na zimę zawsze pojawiają się nasi sąsiedzi, Słowacy, którzy stawiani są nam za przykład. Od 1 listopada do 15 czerwca szlaki w słowackiej części Tatr są faktycznie zamknięte. Jeżeli ktoś naiwnie pomyślał, że to z troski o ludzkie życie, to spieszę ze sprostowaniem — nikt tam o nas nie dba. Oficjalnie są one niedostępne ze względu na ochronę przyrody. Ktoś złośliwy mógłby pomyśleć, że zamknięte są tylko te, na których nie można zbijać kasy. Może pielgrzymki niosące ze sobą euro do schroniska mają zbawienny wpływ na ekosystem, a samotni, ubodzy wędrowcy ruszający ku graniom już naturze przeszkadzają? Kto by tam się znał na tej całej przyrodzie.

Rozwiązania niewymagające myślenia są oczywiście najłatwiejsze. Najczęściej pojawiającą się więc metodą poradzenia sobie z wypadkami w górach są zakazy. Nie trzeba nawet specjalnie rozbudowanych zdolności umysłowych, żeby zauważyć, że zupełnie one nie działają, a im głupsze obostrzenia, tym mniej ludzi ich przestrzega. Co w związku z tym? A no wprowadźmy ich jeszcze więcej! Nie ma sensu dyskutować, czy to dobrze, czy źle. Nikogo też do łamania prawa nie namawiam.

Przepisy są naturalnie potrzebne, np. żeby ci sąsiad nie podrzucił śmieci pod drzwi, czy nie zwinął samochodu sprzed garażu. Teoretycznie do tego wystarczyłoby nie być bucem, ale nie zawsze to działa. Sporo osób liczy natomiast na to, że zakaz poruszania się po szlakach rozwiąże wszystkie problemy zimowej turystyki. Ot tak po prostu. Ale to ciągle za mało! Bo skoro zakazy działają, to czy nie lepiej wprowadzić zakazu bezdomności? Albo może raz na zawsze ustawą znieść ubóstwo? Ludzie, celujcie między gwiazdy! Nawet jak chybicie, znajdziecie się na Księżycu!

Zimowy klimat w Dolinie Gąsienicowej. Brakuje tylko słońca

 

Ktoś złośliwy i czepialski mógłby zwrócić uwagę, że to nieco bardziej złożone. Że może lepiej wyjaśnić czym dane zachowanie grozi i tłuc to komuś dziesięć razy do głowy. Że jeżeli ktoś nie ma doświadczenia, to niech poprzestanie na dolinach, że zimowy marsz jest znacznie bardziej męczący, i że zagrożenie lawinowe to żadna bajka, a prawdziwy żywioł. O, jak np. w tekście o tym, jak się przygotować do zimowej wędrówki. Ale tłumaczenie wymaga czasu, a czasu nie ma! Już, teraz, natychmiast trzeba ratować ludzi od samodzielnego podejmowania decyzji o własnym życiu! No kto to widział, żeby decydować samemu o sobie? W Polsce przecież wcale nie przekracza się prędkości, nikt nigdy nie przeszedł przez jezdnie w niedozwolonym miejscu, żaden nastolatek nie spróbował alkoholu przed osiemnastym rokiem życia, wszyscy sumiennie opłacamy abonament za TV, a w kraju, gdzie 95% obywateli deklaruje wiarę katolicką, wcale 55% młodzieży przed 20 rokiem życia nie rozpoczęło przedślubnego współżycia. Bo przecież nie wolno, zakaz i grzech.

System, jak widać, działa wybornie i wystarczy go tylko rozszerzyć na większość ludzkich aktywności. Dokładnie tak samo jest z Tatrami. Ta słowacka część zamknięta jest powyżej schronisk na okres zimowy. I co, myślicie, że szlaki świecą pustkami? No oczywiście macie rację, a te zdjęcia, które wszyscy lajkujemy, biorą się z pracowni najlepszych grafików. Ponoć tych z NASA od lądowania na Księżycu. Aby nam się udało uchronić ludzi przed zachłyśnięciem się wolnością, musimy wykazać się wielką wiarą! Wiarą porównywalną z tą, kiedy rodzice swoich dorosłych już prawie dzieci ciągle myślą, że oni to do tych koleżanek czy kolegów faktycznie chodzą się uczyć, a na łóżku to owszem, leżą, ale tylko trzymając się za ręce i recytując Przerwę – Tetmajera.

Po lewej Saturn, a po prawej Ratusz. Tak nazywają się te turnie

 

Skoro chcemy karać turystów za wychodzenie zimą na szlak, to musimy wykazać się sprawiedliwością i karać za nietrzymanie diety, picie alkoholu, czy palenie papierosów. Skutki zdrowotne podobne, a zapewniam, że te ostatnie przypadki obciążają budżet zdecydowanie mocniej. Można odnieść wrażenie, że często Ci sami ludzie, którzy tak chętnie zamknęliby innym szlaki, będą na imprezie wykrzykiwać: „Aaale, żżże ze mnom siem nie napijeszsz?!” To zupełnie normalne. Pamiętajcie, że chodzenie po górach zimą jest nieodpowiedzialne, ale rozkład wątroby, to tylko weekendowa tradycja.

Kolejny argument to ubezpieczenie dla wychodzących w góry. Połamałeś się? Płać ze swoich! Znów przywołajmy przykład Słowacji, gdzie taki model jest stosowany. Wiecie jaki procent budżetu słowackiej HZS stanowią wpływy z akcji? Szalone 8%. Nasz TOPR z kolei dostaje 15% od każdego, sprzedanego przez TPN biletu. W 2017 roku sprzedano tych biletów łącznie ponad 3,4 mln, w tym nieco ponad milion stanowiły te ulgowe. Łącznie więc do budżetu TOPR, który liczy około 15 mln złotych rocznie, wpłynęło 1,8 mln – około 12% całości. Tak mi wyszło z obliczeń, ale że jesteśmy w Internecie, to nie gwarantuje, że są prawdziwe. Zgadzam się z tym, że budżet TOPR i GOPR jest bardzo skromny. Tylko około 50% stanowi państwowa dotacja z MSWiA, a reszta, poza wpływami z biletów, pozyskiwana jest od sponsorów i ludzi dobrej woli. Sam chciałbym, żeby cały system ratownictwa w Polsce miał wystarczająco dużo pieniędzy.

W wielu komentarzach pojawiają się natomiast głosy, że ktoś nie chce się dokładać i finansować „fanaberii” turystów. I bardzo słusznie! Turyści są, jak wiadomo, przybyszami z kosmosu, którzy tylko żerują na pozostałych podatnikach. Ktoś widział, aby którykolwiek z nich dokładał się do budżetu? Złośliwi powiedzą, że gdyby chociaż 500 tys. odwiedzających Tatry pracowało, to nawet przy najniższym wynagrodzeniu odprowadziliby z tytułu samej tylko składki zdrowotnej niemal miliard złotych rocznie. I że to nie wina turystów, a państwa, że TOPR ma mało hajsu.

Oczywiście tak jak wspomniałem wcześniej – w Internecie nie potrzebujemy żadnych argumentów, które kłócą się z naszą gotową tezą. Logiczne przecież, że jeśli ktoś na szlaku złamie nogę w sierpniu, to powinien otrzymać pomoc, bo wokół kolorowo, a jeśli w styczniu, to powinien najpierw uregulować rachunek, bo wokół biało. Logiczne, że jeżeli miłośnik tanich trunków rozwali sobie głowę po maratonie alkoholowym, to powinien dostać transport karetką, badania i wygodną poduszkę, a jak turysta pechowo postawi nogę, powinien jeszcze dodatkowo zapłacić. Czy tak trudno to pojąć?

Ratownicy Topr nad Orlą Percią. Po lewej Granaty

 

Ratownicy interweniowali w 2017 roku 754 razy, w tym 229 z użyciem śmigłowca. Mogłoby się więc wydawać, że przy liczbie 3,4 mln odwiedzin to całkiem niewiele. Że zdecydowana większość turystów to osoby odpowiedzialne, a w dobie Internetu rozdmuchuje się te najbardziej „medialne” wezwania pomocy. W końcu kliknięcia muszą się zgadzać – tak jak u nas. Większość to prawdopodobnie niefortunne zdarzenia, jak skręcone kostki, czy osłabnięcia, ale kto by chciał o tym czytać? Warto wybierać wyłącznie absurdalne przypadki! Pamiętajmy też, by koniecznie umożliwić czytelnikom zostawianie komentarzy! Inaczej nie będzie tak ciekawie i całą kontrowersję trafi szlag. Dorzućmy do tego jeszcze lobby ubezpieczeniowe, działające pod przykrywką wielkiej troski o dobro budżetu i mamy idealny wstęp do dyskusji o zamykaniu szlaków.

Czy setki tysięcy turystów nie odprowadziło do budżetu wystarczająco dużo kasy? A może lepiej zabawić się w filantropów i przelewać pieniądze wprost na konto towarzystw ubezpieczeniowych, które nigdy, przenigdy nie robią problemów w momencie wypłaty środków? Można o tym dyskutować. Tak jak o sposobie dofinansowania tej formacji, czy o metodzie ograniczenia ilości ewidentnie nieuzasadnionych wezwań, by nie traktować ratowników jak taksówki. Przecież wszystkim zależy, by mogli pełnić służbę, za którą im dziękujemy, w jak najlepszych warunkach. Może i byłoby świetnie, gdyby z roku na roku wzrastała świadomość i umiejętności turystów, żeby akcji było mniej. Ale to wymaga wysiłku. Zresztą zakazy są niesamowicie satysfakcjonujące. No bo skoro my czegoś nie robimy, to dlaczego miałby to robić somsiad?

Śmigłowiec TOPRu na tle Świnicy. Ratownicy latali tego dnia kilkukrotnie

 

Ktoś może powiedzieć, że gdyby nie wychodził na szlak, to nic by się mu nie stało. I jest to bardzo dobry trop. Tak właśnie jest, to prawda! Ponownie apeluję, by nie poprzestawać na tym. Nie bądźmy minimalistami. Walczmy o bezpieczeństwo naszego społeczeństwa. Wyjście do sklepu po nieodśnieżonym chodniku jest równie niebezpieczne, a przecież powszechnie wiadomo, że człowiek jest w stanie wytrzymać bez pokarmu aż trzy tygodnie! To po co ryzykować, jak zaraz przyjdzie odwilż? Poza tym głodówka to równocześnie świetny element programu walki z otyłością. W końcu to dla naszego dobra.

Niektórzy sugerują, że zimowa turystyka nie wpływa bezpośrednio na przeciętnego Kowalskiego. Rozumiem, że można ulec złudzeniu, że od takiego tatrzańskiego, oddalonego wędrowca, większym zagrożeniem jest dla nas te 109 405 nietrzeźwych kierowców zatrzymanych w 2017 roku. Krajowa Rada Bezpieczeństwa Ruchu Drogowego oszacowała, że z tytułu wypadków spowodowanych przez tych „podchmielonych”, budżet poniósł w 2016 roku 1,7 mld złotych straty. Ale znów – pomińmy dane, które nie pasują do naszego rozważania. Co prawda turysta nie potrąci nam śmiertelnie małżonka czy dziecka, ale nie ma to żadnego znaczenia. Bo te 32 705 wypadków na naszych drogach, to żadna zbrodnia w porównaniu z tym, co robi taki piechur. Niby kto dał mu prawo, by miał lepiej od nas, siedzących w domu?!

Dyskutujmy, wymieniajmy się argumentami, ale sięgajmy gwiazd. Jeżeli chcemy, by nasze góry były naprawdę bezpieczne, to zamknięcie ich na zimę jest zupełnie niewystarczające! W końcu według danych TOPR za lata 2003-2010, to w miesiącach od października do maja wydarzyło się zaledwie 20% wszystkich wypadków. A co z pozostałymi nieszczęśnikami? Aż 80% wszystkich akcji miało miejsce w „letniej” połowie roku, czyli od maja do października. Zwłaszcza sierpień jest dla toprowców niezwykle pracowity. Po co bezsensownie narażać ich zdrowie? Jeżeli komuś szczerze zależy na poprawie bezpieczeństwa w polskich Tatrach, to z pewnością pozytywnie zareaguje na pomysł zamknięcia szlaków w okresie letnim. W końcu właśnie wtedy najczęściej dochodzi do wypadków. Jeżeli połączymy to z pomysłem zamknięcia gór na zimę, to osiągniemy niebywałe 100% normy! Pozwoli to równocześnie znacząco obniżyć koszty ratownictwa, więc wszyscy podatnicy powinni być zachwyceni.

 

To oczywiście nie koniec. Słowacki model ochrony przyrody jest niewystarczający. Jesteśmy dumnym krajem i stać nas na więcej. Aż 80% ruchu turystycznego przypada w miesiącach od maja do października. Kto był, ten wie, jak bywa wtedy tłoczno. Jeżeli właśnie wtedy zamkniemy góry, to przyroda zacznie się regenerować tak szybko, że drwale nie nadążą z wycinaniem drzew. Sprzedane drewno pozwoli nam pozyskać środki na zasypanie morza, by już nikt, nigdy w nim nie utonął.

Mniej ludzi to też mniejszy hałas, mniej śmieci i mniejszy wpływ na środowisko. Wreszcie świstaki i niedźwiedzie będą mogły czuć się swobodnie. Zwolennicy podnoszonych argumentów nie powinni protestować, a co więcej, myślę nawet, że będą zachwyceni z poprawy bezpieczeństwa i mniejszego wpływu człowieka na ekosystem. Natomiast osoby, które wpadły na pomysł, żeby ze względu na kilkanaście tragicznych wypadków zamykać całe pasmo dla setek tysięcy ludzi, zasługują na wyrazy uznania. Wkrótce, dla naszego dobra, będziemy zamykać drogi i baseny. Osuszymy Bałtyk, a lasy otoczymy ogrodzeniem, by żaden z grzybiarzy nie zatruł się już muchomorem. Stworzymy nowy, wspaniały świat. No, chyba że wcale nie o to chodzi.

Zamknijmy więc szlaki na zimę, a potem również w czasie lata. Następnie, dla naszego dobra, sukcesywnie zacznijmy wprowadzać kolejne zakazy, konfiskując rowery i samochody. Na końcu zamknijmy się w domach, ściany wyłóżmy miękkim materiałem i od najlepszego projektanta kupmy sobie specjalistyczne wdzianko ograniczające możliwości ruchu. Kaftan się to chyba nazywa. I na koniec, dla naszego dobra, patrzmy całymi dniami w sufit. To chyba ciągle jeszcze bezpieczne. I wcale nie przejmujmy się tym, że w kraju takim jak Polska, gdzie ludzie oddawali życie za odrobinę swobody, wolność tak szybko się niektórym znudziła.

Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Pozdrawiamy!

9 komentarzy
  • darek
    Opublikowano o 21:29h, 14 listopada Odpowiedz

    ciekawa rozprawka.,,,,,../

  • Anonim
    Opublikowano o 09:00h, 13 listopada Odpowiedz

    Qrwa muszę się sprężyć i wydrapać na Giewont.

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:07h, 13 listopada Odpowiedz

      Giewont w górskim portfolio to podstawa!

  • Piotr
    Opublikowano o 08:10h, 13 listopada Odpowiedz

    ” Wszyscy się zgodzimy, że najbezpieczniej jest w domu. Przekroczenie progu mieszkania zwiększa bowiem wielokrotnie szanse na zgon i to zgon tragiczny. ” Statystycznie najwięcej wypadków jest właśnie w domu a nie poza domem ale cóż artykuł w aktySYFistycznym tonie więc czego się spodziewać było!

  • zebra
    Opublikowano o 21:06h, 12 listopada Odpowiedz

    A dlaczego tylko o polskich turystów mamy się troszczyć? Alpiniści też na naszą troskę zasługują. Może trzeba wysłać polskich wolontariuszy i ogrodzić Himalaje i Karakorum… właśnie tak poraniony jest pomysł „zamykania gór”.

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:06h, 13 listopada Odpowiedz

      „Celujmy między gwiazdy!” Najpierw Polska – potem reszta świata 😀

  • Mateusz
    Opublikowano o 18:30h, 12 listopada Odpowiedz

    W sumie niegłupi pomysł, jak mają zamykać to na zawsze, tylko niech mi jeszcze pozwolą zdobyć Szpiglasa i przejść Żleb Kulczyńskiego 😉
    Tak już zupełnie na poważnie, zakazy jest łatwo wymyślać, tylko nie zawsze one mają sens.

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:05h, 13 listopada Odpowiedz

      A to jest bardzo rozsądne myślenie, w sensie: „Jak już pochodzę po górach, to niech innym zamkną” 😀 Pewnie, zakazy nie zawsze są lekiem na całe zło.

  • yardo
    Opublikowano o 17:45h, 12 listopada Odpowiedz

    dobre 😀

Zostaw komentarz