Wspinaczka. Pierwsze kroki

Wspinanie? A na co to komu?

Pierwszy raz w skałach. Spokojnie, tekst nie zawiera scen nagości.

Życie różnie się układa, mówią. Jednego dnia idziesz leśną, bieszczadzką ścieżką, a drugiego wisisz na linie kilkanaście metrów nad ziemią. Układa się jeszcze dziwniej, jeżeli przypomnę wam, że istnieją wieże widokowe, na których dostaję ataków paniki. O, choćby ta na Jaworzu, czy Mogielicy, gdzie wchodziłem na raty. Jak do tego wszystkiego pasuje więc wspinaczka? A no nie pasuje. Zacznijmy jednak od początku.

Dawno, dawno temu, kiedy Darek nie był jeszcze siwy, dostaliśmy od Gosi z bloga rudazwyboru.pl zaproszenie do Radomia na bloGÓRsferę. Takie kameralne spotkanie ludzi, którzy piszą o górach i szlakach. Traf chciał, że wszystko to miało miejsce na ściance wspinaczkowej, a wiszące spod sufitu liny tylko kusiły, żeby się do nich przywiązać jakąś pokraczną ósemką*. No i tak z pomocą dobrych ludzi zmordowaliśmy wtedy po jakiejś łatwej czwórce*. Czytaj: wspinaliśmy się na łatwych, standardowych drogach.

Chociaż chyba nie nazwałbym tego wspinaniem, tak jak nie nazwałbym weselnych pląsów o czwartej nad ranem tańcem. No niby pięliśmy się do góry, ale czy zataczającego się do rytmów disco wujka można nazwać Maserakiem? Frajdy sprawiło nam to natomiast masę. Okazało się również, że człowiek ma zdecydowanie więcej różnych małych mięśni i ścięgien, z których istnienia nie zdaje sobie sprawy. No, a przynajmniej do czasu pierwszej wizyty na ściance wspinaczkowej i dnia następnego, kiedy boli prawie wszystko.

Centrum Wspinaczkowe Grota

Pierwszy raz na ściance. Radom okazał się bardzo gościnny

 

I to by było na tyle! Wszystko przez nasze patologiczne wręcz niezdecydowanie. Bo chociaż nam się spodobało i rozważaliśmy kontynuację, to nijak nie umieliśmy się zgrać w czasie i przestrzeni. Niby chcieliśmy, potem trochę jakby nie, kolejnego dnia byliśmy już prawie zdecydowani, by po chwili znów przełożyć termin. I tak trwało to… ponad 1,5 roku. W takim tempie to my oczywiście nie tylko nigdy się nie ożenimy, ale nie podbijemy też górskiego świata. Ważne jednak, że przy odrobinie szczęścia w końcu dotarliśmy na Baltoro. I jeśli pomyśleliście, że chodzi o ten lodowiec w Karakorum, to puknijcie się w głowę. Do tego musielibyśmy się przekonywać pewnie z 15 lat.

Taką natomiast nazwę nosi Centrum Wspinaczkowe Rzeszowskiego Klubu Wysokogórskiego. No i kręciliśmy się tam od czasu do czasu, próbując swoich sił głównie na boulderowni*, a że działalność ta była dziwnie satysfakcjonująca i czas mijał nam przyjemnie, to wkrótce sporadyczne wizyty zamieniliśmy na te bardziej regularne. Gdy Darek zakupił buty wspinaczkowe, wiedziałem, że żarty się skończyły. Potem sam sobie takie sprawiłem, co nie tylko poprawiło moją ogólną sprawność, ale przybliżyło mnie też do rozwiązania zagadki, dlaczego kobiety czasami dobrowolnie wkładają niewygodne buty. No i było całkiem fajnie, ale pewnie kręcilibyśmy się tam kolejne lata, gdyby nie fakt, że RKW organizował kolejną edycję Mityngu Wspinaczkowego. Spotkania, którego główną ideą było upamiętnienie dwóch tragicznie zmarłych wspinaczy, poprzez wspólne spotkanie i wspinanie.

Formacje skalne na Kamieńcu

Formacje skalne na Kamieńcu

 

I do samego końca nie wiedzieliśmy, czy mamy w tym Odrzykoniu w ogóle czego szukać. Nasze patologiczne niezdecydowanie znów dawało o sobie znać, ale ciekawość zwyciężyła. Jedni chcą zdobyć Everest, inni marzą o urlopie na Majorce, a my chcieliśmy po prostu pomacać trochę skały. Niby niewiele, ale jak to czasami bywa, trzeba wiedzieć co i gdzie macać, żeby nie narazić się na uszczerbek na zdrowiu. Dlatego ucieszyła nas perspektywa przewidzianych w programie warsztatów dla początkujących, bo w ten sposób znacząco malała możliwość samouszkodzenia, chociaż chcąc być szczerym, to w takim sporcie jak wspinaczka, ryzyko nigdy nie spada do zera. Pewnie nigdy nie wybralibyśmy się samodzielnie w skały, a obecność ludzi, którzy wiedzą, co robią, stanowiła idealną szansę na realizację naszego małego marzenia.

Tak mniej więcej wyglądało centrum naszej aktywności

Tak mniej więcej wyglądało centrum naszej aktywności

 

Wiecie, jak człowiek jest „zielony”, to wszystko robi na nim wrażenie. A że zameldowałem się na miejscu chwilę przed Darkiem, to mój pierwszy SMS do niego wyglądał tak: „Ja tu nie widzę możliwości wspinania się”. Moje oczy były przyzwyczajone raczej do wystających z panelu chwytów, a skały wyglądały z daleka niemal na zupełnie gładkie. Tym bardziej byłem więc ciekawy, jak w praktyce będzie to wszystko wyglądać. Formuła spotkania była naprawdę ciekawa. Poza możliwością integracji i poznania innych ludzi można było przystąpić do zawodów wspinaczkowych, lub wziąć właśnie udział we wspomnianych warsztatach. Zaczęło się od boulderów*. Niby proste piątki*, czyli dostępne dla każdego, względnie sprawnego człowieka, ale chwilę zajęło nam przyzwyczajenie się do zupełnie nowego doświadczenia.

Zaczynamy zabawę

Zaczynamy zabawę. Podziękowania dla Emilii za zdjęcia!

 

O dziwo, skała nie chciała współpracować z nami tak dobrze, jak klamy* na ściance. Jakież było zdziwienie Darka, gdy jako pierwszy uporałem się z problemem! Z kolejnymi nie poszło mi już tak dobrze, za to Darek rozkręcał się coraz bardziej. No i tak obijaliśmy sobie łokcie, kolana i inne odkryte miejsca, aż nadszedł czas na kolejny etap naszego skałkowego wtajemniczenia. Zebraliśmy się pod Krowią Turnią, zadzierając głowy do góry. Na początek posłuchaliśmy Artura, który chyba dostał najtrudniejsze tego dnia zadanie — miał czuwać nad zgrają kompletnych nowicjuszy.

Mityng Wspinaczkowy RKW

Mityng Wspinaczkowy RKW

 

Oczywiście znaliśmy podstawy wspinania na wędkę*, wiązania ósemki* czy asekuracji z wykorzystaniem Grigri*, bo ćwiczyliśmy to sobie na ściance, ale mimo wszystko kontakt ze skałą był nieco innym doświadczeniem. Po pierwsze: ktoś musi się najpierw wspiąć, żeby tę linę reszcie opuścić. Po drugie: wyszukiwanie stopni i chwytów wygląda nieco inaczej, niż na sztucznym panelu, gdzie często są kolorowe i widać je już z daleka. Wykład był krótki i wkrótce chętni mogli próbować swoich sił, ale że chętnych było dużo, to… wróciliśmy do obijania się na boulderach. Kilka siniaków później byliśmy gotowi do akcji.

Zmagania na boulderach

Zmagania na boulderach

 

I nie ma się nad czym specjalnie rozwodzić. Na rozgrzewkę poszliśmy sobie na łatwą trójkę, która taka całkiem łatwa znowu nie była, a później solidarnie odhaczyliśmy po piątce. W stylu może i niespecjalnie urodziwym, ale względnie skutecznym. Darek pokusił się nawet o próbę na VI-* i w zasadzie niewiele mu zabrakło, by przejść ją w całości. Bez objawów lęku wysokości, paniki i tym podobnych. Te zarezerwowane są najwidoczniej dla wież widokowych. I nie pytajcie mnie, jak to możliwe. Sam nie wiem.

Pierwsza V w skałach

Pierwsza V w skałach

 

Tutaj przydałoby się jeszcze parę zdań kołczinigowego bełkotu, który wszyscy tak lubią. Że można wszystko, że cztery lata temu, to my nawet po górach nie chodziliśmy, że trzeba tylko chcieć, że skoro wyszliśmy z Darkiem ze swojej strefy komfortu, to wy też możecie blablabla. Kto wie, może gdybym to dobrze ujął, to już za tydzień siedziałbym na telewizyjnej kanapie, pijąc kawę czy herbatę, a na pasku pojawiłby się tytuł o treści: „Wczoraj chodzili po łące, a dziś pokonują EKSTREMALNE trudności.”

Tylko my serio nic takiego nie robiliśmy. Zwykły fart. A po co nam ta cała wspinaczka? Cholera wie. Chyba po prostu spodobała nam się ta cała zabawa z pokonywaniem przeszkód. Człowiek zmaga się wtedy nie tylko z ukształtowaniem terenu, ale przede wszystkim z ograniczeniami własnego ciała. Może dlatego jest to tak satysfakcjonujące. Mieliśmy ochotę spróbować czegoś nowego, a że nam się to spodobało, to… po prostu to robimy. I wiem, że to mało inspirujące podsumowanie tego tekstu, ale czasami inspiracją nie powinna być rewolucja, a spokojna ewolucja. No bo kto wie, co przyniesie czas. Na razie dalej będziemy po prostu robili to, co lubimy.

Jeżeli natomiast zastanawiacie się, czy taka aktywność jest dla was, to na początek zaglądnijcie na waszą lokalną ściankę wspinaczkową. Jeżeli nie macie ochoty wisieć na linie, to na pewno będzie tam boulderownia. Na początek wystarczą wam pewnie czyste buty i jakiś sportowy strój. No i oczywiście chęci. Bawcie się dobrze!

Szczególne podziękowania dla całego RKW. Przede wszystkim za świetną atmosferę i życzliwość. I to tyle ze słodzenia, bo potem będziecie się głupio na nas patrzeć, jak znów zawitamy na Baltoro. A zawitamy na pewno!

Słowniczek:

Ósemka – a w zasadzie podwójna ósemka. Rodzaj węzła służący m.in. do wiązania liny z uprzężą.

Czwórka/Piątka/VI – określenie trudności drogi według danej skali oceny. Do najczęściej używanych w Polsce należy skala tatrzańska, krakowska (Kurtyki) i francuska. Im wyższa cyfra, tym trudniej.

Bouldering – wspinaczka po niskich, wolnostojących głazach, zazwyczaj bez użycia liny. W celu asekuracji stosuje się crashpady, czyli przenośne materace.

Boulderownia – wydzielona przestrzeń ścianki wspinaczkowej o ograniczonej wysokości, gdzie upadki amortyzuje gruby materac.

Klamy – dobre i wygodne chwyty, których można się złapać w czasie wspinania.

Wędka – a konkretnie asekuracja na wędkę. Rodzaj asekuracji, w której lina przechodzi przez stanowisko asekuracyjne, znajdujące się nad wspinaczem. Obrazowo: jest zamocowana gdzieś u góry drogi, do jednego końca wpina się asekurujący, a do drugiego wspinający.

Grigri – automatyczny przyrząd asekuracyjno-zjazdowy.

 

Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Gdybyście natomiast nie wiedzieli co robić z nadmiarem gotówki, to zerknijcie na nasz profil w portalu Patronite. Można zgarnąć fajne zdjęcia. Pozdrawiamy!

Brak komentarzy

Zostaw komentarz