Góry Kamienne

Waligóra – Andrzejówka – Sokołowsko – GSS 2.0 dzień 12

Tego dnia miałem zmierzyć się z licznymi podejściami w Górach Kamiennych

Poranek były szary, ale nie padało. Wlało to w moje serce sporo optymizmu, wszak z mapy wynikało, że będzie to długi i wyczerpujący dzień. Z tego też powodu, na szlak wyruszyłem jeszcze przed świtem. Kalkulowałem, że w czasie walki na osławionych i stromych podejściach w Górach Kamiennch, lepiej mieć jakiś zapas czasu, niż pędzić na oślep ryzykując kolejne ubytki w uzębieniu. We wróżkę Zębuszkę już nie wierzę i pośpiech byłby zupełnie nieopłacalny. Na pewno rozumiecie, chyba że akurat jesteście stomatologami, to przepraszam.

Ruszam w Góry Kamienne

Ruszam w Góry Kamienne

 

Pod uwagę brałem jeszcze jeden fakt. Pierwszym celem dzisiejszego etapu miała być wieża widokowa na Włodzickiej Górze. Jakoś nie traciłem nadziei, że może gdzieś wyżej będzie ładniej i uda mi się złapać jakiś ciekawy wschód słońca. Nie złapałem. Podejście ze Świerków, gdzie nocowałem, było natomiast strome i chyba już dawało przedsmak tego, co miało mnie czekać później. Może to efekt nierozgrzanych łydek, ale szczerze się tam zmęczyłem.

Wieża na Włodzickiej Górze

Wieża na Włodzickiej Górze

 

Gdy dotarłem pod wieżę, stało się jasne, że o magicznym, słonecznym wschodzie słońca mogę co najwyżej pomarzyć. Mimo wszystko i tak wlazłem na taras widokowy, a sama konstrukcja jest naprawdę interesująca. Mocno zakręcone schodki doprowadzają do krótkiej drabiny, a ta z kolei już bezpośrednio na górę. Miejsca dużo tam nie ma, co wadą jest niewielką, natomiast panorama jest mocno ograniczona przez drzewa. To jest już poniekąd smutne.

Włodzicka Góra

Włodzicka Góra

 

Szaro było, mglisto i brzydko, to co miałbym tam robić? Pognałem dalej, kręcąc niekiedy głową w niedowierzaniu, że całą tę z trudem nabieraną wysokość, musiałem oddać. W Góry Kamienne ruszyłem ponownie z poziomu gruntowej drogi biegnącej przez wioskę. Powiem wam, że wyczekiwałem tych osławionych stromizn. Gdy tylko coś zaczynało się dziać, od razu zaczynałem się zastanawiać, czy to już. A działo się raczej niewiele. Tu gdzieś wpadłem w kałuże, a gdzieś indziej w błoto. Po ostatnich opadach trzeba było niekiedy lawirować na szlaku, ale obiektywnie nie było źle. Co więcej, roślinność nabrała jakichś przyjemnych kolorów i w kompletnej ciszy maszerowałem dziarsko przed siebie.

Skakanie przez kałuże mam we krwi

Skakanie przez kałuże mam we krwi

 

Tylko że płasko było! I łatwo w dodatku, więc przez chwilę nawet myślałem, że cała Polska przesadza, a ja taki mocny. Że marudy nie potrafią pokonać tych małych pagórków i robią z nich jakieś legendy na miarę Yeti czy dobrobytu w Polsce. Do czasu jednak! Kiedy bowiem zaczęło się na poważnie i zobaczyłem tę „świecę” do góry, do głowy przyszła mi jedna, krótka myśl: „Kogoś tu zdrowo powaliło”.

Waligóra, czyli najwyższy szczyt Gór Kamiennych

 

 

Autentycznie przystanąłem, by potwierdzić sobie na mapie kierunek marszu, ale czego bym nie sprawdzał i na co nie patrzył, wniosek był ten sam. Trzeba cisnąć tam właśnie pod górę. Krótkie, strome podejścia nie były jeszcze takim poważnym problemem, ale zejścia? Poprzedniego dnia padało, więc było ślisko i błotniście. No i wiecie – w Tatrach zazwyczaj w takim terenie idzie się po skałach albo kamiennych blokach. Tutaj była goła, sypka ziemia, a niekiedy jadący spod nóg rumosz skalny. Bawiłem się wybornie.

Na zdjęciach tak dobrze tego nie widać

Na zdjęciach tak dobrze tego nie widać

 

Musicie też wiedzieć, że szybko w wysokich trawach i kałużach zmoczyłem buty, wkładki i skarpetki. Zapasowe miałem, wiadomo, ale i z nich po chwili musiałem wyciskać wodę. Ostre zejścia wymuszały naprawdę mocne hamowanie ciała i plecaka, a to sprawiało, że wilgotne wkładki zaczynały mi się w butach podwijać. No a wilgoć w butach nie służy stopom na szlaku długodystansowym, dlatego często robiłem przerwy, żeby chociaż trochę przesuszyć stopy, posmarować je Sudocrem i wycisnąć wodę ze skarpet. Góry Kamienne szybko pokazały swój charakter, a w niektórych miejscach nie pozostawało mi nic innego, niż stosowanie starożytnej taktyki schodzenia od drzewa do drzewa.

Raz pod górę, a raz z górki

Raz pod górę, a raz z górki

 

Walczyłem dzielnie z grawitacją, a jednym z większych sukcesów z tą walką związanych, było wdrapanie się na Płoniec czy Široký vrch. Wydaje mi się natomiast, że idąc w tym kierunku, zdecydowanie bardziej strome i niebezpieczne były zejścia. Czy tak jest w rzeczywistości, czy może to podwinięte w butach wkładki zamąciły mi pogląd na rzeczywistość, tego dzisiaj już nie jestem pewien. Jedno natomiast wiem. Czegoś takiego w górach jeszcze nie przeżyłem i nie chodzi nawet o samo nachylenie terenu. Po prostu szlak tutaj ostro się wspina tylko po to, żeby za chwilę równie ostro sprowadzić niżej. Takich kombinacji wykonuje się co najmniej kilka i mimo, że jest to męczące, to sprawia pewną frajdę. Sadystycznego rodzaju, ale frajdę.

Ruprechticki Szpiczak. Czy jak mu tam

Ruprechticki Szpiczak. Czy jak mu tam

 

Moje problemy natomiast miały się dopiero rozpocząć. Podejście na Ruprechticki Szpiczak nie było zbyt strome, zwłaszcza porównując je do tych poprzednich. Z daleka wypatrzyłem już wieżę widokową na jego szczycie i śmiało maszerowałem przed siebie.  Na trasie pojawiały się jakieś widokowe prześwity, ale czym one są, wobec tego, co miałem zobaczyć z tej wielkiej, wzniesionej ludzką ręką konstrukcji.

Panorama ze szczytu Szpiczaka

Panorama ze szczytu Szpiczaka

 

Pierwsze oględziny sugerowały, że jej fanem nie zostanę. Nie panikowałem jednak, bo w czasie całego przejścia przez Sudety, kilka tych wież widokowych odwiedziłem. Wdrapałem się nawet na te znajdujące się na Kłodzkiej Górze czy Jagodnej, a z uwagi na fakt, że tam również widać wszystko, co pod stopami, podejrzewałem, że i na Szpiczaku sobie jakoś poradzę.

Ratunku. Wieża na Ruprechtickim Szpiczaku

Ratunku. Wieża na Ruprechtickim Szpiczaku

 

No i poradziłem sobie… tak sobie. Na taras widokowy jakoś jeszcze dotarłem, ale tam, najzwyczajniej na świecie się zablokowałem. Mimo prób obudzenia w sobie resztek odwagi, spały one w najlepsze i nie dałem rady podejść do krawędzi tarasu. Kurczowo trzymałem się środka wieży, dlatego i zdjęć nie zrobiłem zbyt wiele. Większość z nich zasłaniały metalowe barierki. Bywają i takie dni, więc uznałem, że nie ma się co szarpać z psychiką. Niżej znajdowało się coś na kształt zabudowanej klatki schodowej i tam postanowiłem zrobić przerwę.

Spod szczytu też sporo widać

Spod szczytu też sporo widać

 

Decyzja szybko okazała się słuszna, bo zaczęło potwornie padać. Wyciągnąłem więc jedzenie i zbierałem siły do ostatniego etapu tego odcinka. No i w czasie całego tego dnia pogoda zmieniała się jak w kalejdoskopie. Już po chwili wyszło słońce, pierwszy tego dnia raz, natomiast jak szybko się pojawiło, tak szybko ukryło się za chmurami.

Nie będzie absolutnie żadną tajemnicą jeśli napiszę, że kolejny etap wycieczki zaczął się od naprawdę ostrego zejścia z Ruprechtickiego Szpiczaka. Znów musiałem poprawiać wkładki i ponownie starałem się wypatrywać drzew, które pomogłyby mi się zatrzymać, gdybym „rozpędził się” ciut za mocno.

Zejście jak zwykle emocjonujące

Zejście jak zwykle emocjonujące

 

Do Waligóry, kolejnego celu mojej wędrówki, szedłem już w zasadzie przez las. Odcinek ten, w porównaniu z tym wcześniejszym, raczej nie obfitował w emocje, a to nieco uśpiło moją czujność. W końcu o najwyższym szczycie Gór Kamiennych krąży sporo legend, w tym te związane z niesamowicie stromym podejściem, trudami wdrapywania się i innymi, wywołującymi trwogę historiami. Tymczasem maszerowałem sobie raczej spokojnie, nawet tętno mi się uspokoiło, gdy nagle dotarłem do celu.

W kierunku Waligóry

W kierunku Waligóry

 

Waligóra nie jest najbardziej atrakcyjnym szczytem na świecie, delikatnie mówiąc. Nawet w samych Górach Kamiennych znalazłoby się kilka znacznie bardziej widokowych szczytów, co trudne raczej nie jest. Waligóra bowiem gwarantuje ich całe zero, bo szczyt porastają drzewa. Natomiast to ciągle najwyższy szczyt tego pasma, w dodatku wlicza się do Korony Gór Polski i znany jest z czegoś, czego miałem doświadczyć już chwilę później.

Waligóra. Szczyt nie wyrywa z butów

Waligóra. Szczyt nie wyrywa z butów

 

Okazało się bowiem, że faktycznie wdrapanie się, albo zejście z wierzchołka może być pewną przygodą, a ja wchodziłem na Waligórę od tej łagodniejszej strony. W czasie zejścia więc musiałem dosyć mocno się skupić, bo w czasie takiej pogody, marsz w dół nie jest najprzyjemniejszym doznaniem na świecie. Znów jednak dodam, że jest w tym jakiś dziwny urok. I stres.

Zejście w stronę schroniska Andrzejówka było więc świetnym przeżyciem. I słowo „przeżycie” jest tu na miejscu, bo cieszę się, że się nigdzie na głupi ryj nie wywaliłem. W schronisku coś zjadłem, wypiłem kawę i posiedziałem chwilę, żeby się zagrzać i przeczekać deszcz, który ponownie zaczął padać.

W stronę schroniska

W stronę schroniska

 

I wiecie co? Myślałem, że do Sokołowska, gdzie miałem nocować, to już bułka z masłem. Kaszka z mlekiem. Małe piwo albo inne te kulinarne porównania. Nie było może już tak stromo, jak wcześniej, ale skupienie trzeba było zachować praktycznie do końca. Nagrodą za to były jednak całkiem ładne widoki z okolic Suchawy, Kostrzyny, a zwłaszcza Włostowej. Tamtejsza panorama niekiedy przypominała mi obrazki znane między innymi z Beskidu Wyspowego. Pojedyncze, wyniosłe góry momentalnie kradły wzrok.

Bardzo ładne widoki na koniec tego dnia w Górach Kamiennych

Bardzo ładne widoki na koniec tego dnia w Górach Kamiennych

 

Nastawiłem się, że Góry Kamienne będą ciężką przeprawą. No i były wymagające, a na stromych odcinkach trzeba było uważać. Natomiast fizycznie czułem się tam dobrze i powiedziałbym nawet, że mają one swój urok. Naprawdę trzeba te podejścia zobaczyć na własne oczy, bo ani zdjęcie, ani film nie za bardzo to oddaje.

Dzień jednak należał do grupy tych szarych, zimnych i mokrych. Niekiedy padało. Czasami przelotna mżawka, a i jakaś przelotna ulewa się trafiła. Było mokro, błotniście, a stopy wysuszyłem, dopiero gdy dotarłem na metę. Wszystko jednak się udało, Góry Kamienne dostarczyły mi sporo nowych doświadczeń, a co lepsze, nocowałem w miejscu, gdzie wreszcie działał grzejnik w łazience.

 

Informacje praktyczne:

Odcinek ze Świerków do Sokołowska można uznać za wymagający. Co prawda mapy wskazują, że to około 27 kilometrów i nieco ponad 1400 metrów do pokonania w pionie, natomiast liczne podejścia i zejścia, mogą okazać się męczące. Sporo zależy również od pogody i warunków, bo w niektórych miejscach bywa naprawdę stromo.

Na odcinku tym raczej brakuje dogodnych miejsc noclegowych, a pierwszym z nich jest schronisko Andrzejówka. Tam można również coś zjeść i odpocząć. Baza noclegowa w Sokołowsku z kolei uchodzi za dobrą. Nie powinniście mieć tam problemów ze znalezieniem pokoju i sklepu.

Zachęcam oczywiście do subskrybowania kanału. Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

No Comments

Post A Comment