Tarnica Halicz Rozsypaniec

Tarnica – Halicz – Rozsypaniec – Bieszczady w pigułce

Plan tego dnia był prosty. Chciałem przejść najpiękniejszy szlak w Bieszczadach

Nie nazwałbym siebie spontanicznym człowiekiem, chyba że chodzi o planowanie wędrówek. To, że nie znam dzień wcześniej celu wycieczki, można pewnie jeszcze zrozumieć, ale że nie znam go trzy godziny wcześniej? Wyjazd w Bieszczady chodził mi po głowie już od kilku dni, tak szczerze mówiąc, ale zawsze coś stawało na drodze. Albo pogoda, albo lenistwo. No i uwierzcie, że pewnego dnia, pijąc poranną kawę, postanowiłem, że to jest ten moment. Rzucam wszystko i jadę! Spakowałem się, wsiadłem w samochód i po trzech godzinach podróży wylądowałem w Wołosatem.

Jeszcze w czasie jazdy rozmyślałem nad tym, gdzie się udać, ale ostatecznie wymyśliłem sobie, że przejdę taką klasyczną pętelkę, prowadzącą przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec. W końcu to jeden z najbardziej widokowych szlaków w całych Bieszczadach. Nie bez problemów wcisnąłem się na parking, ale chwilę później, gdybym mógł, poklepałbym się po plecach. Wszyscy bowiem ruszyli w stronę Tarnicy, natomiast ja, taki dumny ze swojego planu, udałem się w stronę Przełęczy Bukowskiej. Zamierzałem bowiem całą pętelkę pokonać od drugiej strony, głównie z uwagi na jeden, malutki, drobny, ciągnący się raptem osiem kilometrów element. Musicie wiedzieć, że w myśl zasady „Każde góry mają swoją Chochołowską”, w Bieszczadach również spotkacie taki długi, nużący i monotonny odcinek.

 

No i na tej ubitej drodze, o ile nie spotkacie niedźwiedzia, nie dzieje się nic. Z tego właśnie powodu postanowiłem udać się początkowo w tym kierunku, a nie na Tarnicę, bo uznałem, że łatwiej będzie mi uporać się z tą monotonią, teraz kiedy mam pełno sił i entuzjazmu, zostawiając sobie widokowe wrażenia na koniec. Sprytnie, co?

Start szlaku to nudny asfalt

Start szlaku to nudny asfalt

 

Pomknąłem przed siebie, spoglądając niekiedy w lewo, gdzie ładnie prezentowała się Tarnica. Starałem się trzymać solidne tempo i po kilkunastu minutach uporałem się z asfaltem. Sukces był to niewielki, bo wygląd szlaku zmienił się tylko pozornie. Co prawda droga wkroczyła między drzewa, ale dalej przypominała bardziej deptak, niż górską ścieżkę. Zdecydowałem się jeszcze podkręcić tempo, bo im krócej w lesie, tym dłużej na połoninach. Ależ bym się klepał po plecach za te wszystkie mądrości, gdybym mógł.

Charakterystyczna sylwetka Tarnicy

Charakterystyczna sylwetka Tarnicy

 

W drodze na Przełęcz Bukowską czasu na rozmyślanie jest sporo, bo droga ciągnie się niczym wizyta u dentysty. Niby fajnie, bo równo, a wokół drzewa, jednak nigdy nie przepadałem w górach za takimi odcinkami. Ucieszyłem się więc w momencie, w którym pod stopami pojawiła się stara, asfaltowa nawierzchnia, a teren zaczął wymuszać szybszy oddech. Był to niewątpliwy znak, że jestem już naprawdę blisko celu, albo utraty zmysłów.

Niewiele się dzieje, ale wszystko wkrótce się zmieni

Niewiele się dzieje, ale wszystko wkrótce się zmieni

 

Wszystko wyjaśniło się chwilę później, bo moim oczom ukazała się wiata, gdzie można odpocząć, no i przede wszystkim tabliczka z informacją, że oto dotarłem na przełęcz. I tutaj miało być już pięknie, ale wydarzyło się coś strasznego. Zerknąłem na zegarek, żeby kontrolować tempo, bo w końcu zacząłem wycieczkę koło południa i chciałem mieć pewność, że gdzieś wyżej będę miał ciągle zapas czasu na jakieś lenistwo. Wszystko jednak wskazywało na to, że szedłem nawet wolniej, niż pokazywały oznaczenia. Nie dwie i pół godziny, a dwie czterdzieści!

Przełęcz Bukowska

Przełęcz Bukowska

 

Podejrzewałem, że po formie z przeszłości nie ma już śladu. Nie jestem może jakimś fit-trenerem, ale domyślam się, że kondycji nie buduje się, zajadając chipsy przed komputerem. W dodatku zrobiłem trochę zdjęć i nakręciłem sporo klipów do filmu, a to zawsze zajmuje sporo czasu. Nie spodziewałem się więc, że pobiję rekord trasy, ale i tak byłem w szoku. No i wiecie, wkurzyłem się, tak po ludzku. Pokonał mnie jakiś asfaltowy odcinek z mizerną sumą podejść i nie mogłem tego tak zostawić. Musiałem się odkuć. Zrezygnowałem z przerwy i bez ociągania się ruszyłem na Rozsypaniec. Pierwszy szczyt na trasie mojej wędrówki.

Czuć już jesień

Czuć już jesień

 

Ścieżka początkowo niknie w takiej gęstwinie krzewów i kwiatów, ale szybko wyprowadza na otwarty teren. To właśnie od tego miejsca zaczyna się prawdziwy bezkres widoków, który trwać będzie niemal do końca wędrówki. Otoczenie naprawdę wyglądało rewelacyjnie. W oczy przede wszystkim rzuca się odcinek Połoniny Bukowskiej z Kińczykiem Bukowskim. Mimo że fragment ten wydaje się niezwykle malowniczy i wręcz zaprasza do spacerów, to wybrać się tam z przełęczy niestety nie można, bo nie ma tam szlaku. W dodatku prowadzi tamtędy granica polsko-ukraińska i zabawa w chowanego ze strażą graniczną, powinna ostudzić ostatecznie wszelkie zapędy nawet największych entuzjastów pozaszlakowych przygód. Gdyby kogoś natomiast interesowały odwiedziny na Kińczyku, to można to zrobić zupełnie legalnie szlakiem prowadzącym po stronie naszych sąsiadów.

 

W drodze na Rozsypaniec

 

W ogóle panorama, którą widać z podejścia na Rozsypaniec należy do moich ulubionych w całych Bieszczadach, natomiast jeśli chcecie ją zobaczyć, musicie pamiętać o jednej, ważnej rzeczy. Trzeba się oglądać za siebie. Na wierzchołek docieram po kilkunastu minutach marszu z przełęczy. Robię kilka zdjęć, zachwycam się otoczeniem i niechcący podsłuchuję rozmowę, która miała zmienić dosłownie wszystko. Wiecie, ja tam sobie klikałem te różne rzeczy w aparacie, żebym miał wam co pokazać, ale uszu nie zatykałem. Co się okazało? Pomyliły mi się godziny… Jakoś nie zwróciłem uwagi, że w międzyczasie telefon złapał już ukraińską sieć, a w związku z tym przeskoczyła też strefa czasowa. W rzeczywistości więc nie szedłem na przełęcz dwie godziny i czterdzieści minut, a… godzinę krócej. Ha, czyli można zbudować formę na chipsach! Szach-mat trenerzy!

Halicz w tle

Halicz w tle

 

Ze szczytu świetnie prezentują się kolejne cele na ten dzień, które podziwiam już z błogim uczuciem spokoju i satysfakcji. W oddali widać między innymi podejście na Halicz, które z tej perspektywy wcale nie zachęca do odwiedzin. Pocieszam się w myślach, że jakby źle szło, to przecież sobie zegarek cofnę o jeszcze godzinkę. Albo o trzy i skończę, zanim jeszcze zacząłem! Znów poklepałbym się po plecach, gdybym mógł.

W oddali Tarnica, Przełęcz Goprowska i Krzemień po prawej

W oddali Tarnica, Przełęcz Goprowska i Krzemień po prawej

 

Wreszcie też pokazała się Tarnica no i szczerze przyznam, że widok od tej strony podoba mi się chyba nawet bardziej od tego, który można oglądać z Wołosatego. Wzrokiem można również prześledzić dalszy przebieg szlaku, ale uznałem, że będę go śledził na bieżąco. Zejście z Rozsypańca nie stwarza kłopotów, może jest tam taki jeden, stromy fragment, ale kto by się nim przejmował, kiedy wokół przestrzeń, szum traw i obłoki na niebie. Sielanka trwa w najlepsze i przerywa ją może tylko widok schodów, które stały się już nieodłącznym elementem bieszczadzkiego krajobrazu. I żeby było jasne, to mi tak na dobrą sprawę one nie przeszkadzają, bo wiem, po co tam są. Ruch turystyczny w Bieszczadach jest ostatnio ogromny, szlaki erodują, a co gorsze, część turystów rozdeptuje tereny wokół ścieżek. Psioczę tylko dlatego, że trochę nienaturalnie stawia się tam kroki. Albo trzeba je wydłużać, albo wręcz przeciwnie, trzeba dreptać stopa za stopą.

Schody na Halicz

Schody na Halicz

 

Z moim wzrostem pozostało mi tylko dreptanie, ale że w górach bywam niezwykle uparty, to spokojnym tempie dotarłem w końcu na szczyt Halicza. Trudno stwierdzić, czy to tutaj panorama jest ładniejsza, czy może na poprzednim, mijanym przeze mnie wierzchołku. Ale czy taki ranking ma sens? Szczerze wątpię, bo wszechobecna przestrzeń sprawia, że po prostu aż chce się wędrować. Gdybym jednak miał wybrać mój ulubiony element krajobrazu, to byłby to masyw Tarnicy, który tak łagodnie opada w stronę Przełęczy Górowskiej. Całą scenę domyka z drugiej strony postrzępiony Krzemień. No bajka!

Tarnica po lewej i Krzemień po prawej

Tarnica po lewej i Krzemień po prawej

 

Jeśli nie zbudowaliście (jak ja) formy na chipsach, to podejście na Halicz może być męczące. Na całe szczęście Bieszczady okazują się zaskakująco łaskawe nie tylko jeśli chodzi o atrakcyjność przyrodniczą, ale też przebieg szlaku. Kolejny odcinek pozwala więc zarówno nacieszyć oczy, jak i nieco wypocząć. Ścieżka łagodnie sprowadza w dół, a następnie zakręca w lewo w kierunku Kopy Bukowskiej. Tutaj niekiedy teren faluje, ale grzbiet trawersuje się bezproblemowo. Nawet nie wiem kiedy, a moim oczom ukazała się Przełęcz Goprowska. Z Halicza to niby godzina, ale na tym etapie wycieczki już tego nawet nie sprawdzałem.

W oddali widać już Przełęcz Goprowską

W oddali widać już Przełęcz Goprowską

 

No i miejsce to jest ciekawe i klimatyczne, bo Tarnica wreszcie ukazuje się w pełnej krasie. Jeden miałem tylko kłopot, jedyny. Czułem się nieźle, ale moje łydki już mniej, a gdy patrzyłem na to podejście w stronę szczytu, to już w ogóle zaczynały drżeć z przerażenia. Wtedy myślałem, że może to wina hektolitrów kawy, które normalnie wypijam i związanego z tym deficytu magnezu. Teraz obstawiam natomiast… nowe buty! Tak, wreszcie sobie je sprawiłem i mam nadzieję, że od tego momentu we wpisach przestanę narzekać na ból stóp. Myślę, że nowy typ obuwia, inna praca stopy i ułożenie mięśni, mogły mieć wpływ na tę słabszą dyspozycję.

Szlakowskaz w tym miejscu wskazuje, że do szczytu Tarnicy zostaje mniej więcej godzina marszu. Ja dopowiem z kolei, że w tym czasie trzeba podejść jeszcze niemal dwieście metrów w pionie. Siedzenie i wzdychanie to nie jest jednak najlepszy sposób, by się z trasą rozprawić, dlatego znów zacząłem dreptać pod górkę.

Schody na Tarnicę. W tle Krzemień

Schody na Tarnicę. W tle Krzemień

 

Tutaj na nowo trzeba zaprzyjaźnić się ze schodami, ale pocieszające mogą być widoki, które w czasie marszu pokazują się za plecami. Pięknie prezentuje się Krzemień, a w dodatku wyraźnie widać ścieżkę, która doprowadziła mnie na Przełęcz Goprowską. Docieram ostatecznie na Przełęcz Krygowskiego, że tak od razu przejdę do sedna. Przecież nie będę wam opisywał tych wszystkich „o matko, czemu jestem dzisiaj taki słaby”. Przełęcz, zwana czasami „siodłem”, rozdziela Tarnicę (1346 m n.p.m.) właśnie, od Tarniczki, czyli najwyższej kulminacji Szerokiego Wierchu. Kto ma ochotę i siły, może tamtym grzbietem zejść później do Ustrzyk Górnych, przedłużając sobie wędrówkę. Mnie interesował tego dnia już tylko najwyższy szczyt po naszej stronie Bieszczadów i szybko zacząłem się rozprawiać ze szlakiem prowadzącym na wierzchołek.

Szczyt Tarnicy

Szczyt Tarnicy

 

Według oznaczeń to jakieś 15 minut marszu i pewnie po takim czasie ujrzałem charakterystyczny, wysoki krzyż znajdujący się na szczycie. Tutaj też następuje takie zwieńczenie wycieczki. W końcu to ostatni, po Rozsypańcu i Haliczu, szczyt na trasie wędrówki. Ławek w okolicy nie brakuje, więc śmiało można odpocząć, natomiast muszę przyznać, że z wiadomych względów zrobiło się tłoczno. Magia szczytu działa. Tarnica to oczywiście świetny punkt widokowy, a ja polubiłem szczególnie panoramę w kierunku Szerokiego Wierchu i odległej Caryńskiej, która z tej odległości wydaje się taką ładną piramidą.

Rzut oka w stronę Szerokiego Wierchu i odległej Caryńskiej

Rzut oka w stronę Szerokiego Wierchu i odległej Caryńskiej

 

Przede wszystkim zwróciłem jednak uwagę na miejsca, w których nie tak dawno jeszcze byłem, bo cały przebieg szlaku jest stąd bardzo dobrze widoczny. Gdzieś w dole odnalazłem nawet parking w Wołosatem, a dalej skierowałem wzrok w stronę Rozsypańca i Halicza. Świetnie też widać było ścieżkę przecinająca grzbiet Krzemienia.

Co potem? Domknięcie pętelki oczywiście, dlatego po przerwie ruszyłem w stronę przełęczy, a następnie wybrałem szlak, który miał mnie sprowadzić już na parking. Według znaków to tylko godzina marszu, co w porównaniu z wcześniejszym podejściem na Przełęcz Bukowską, wydawało się raptem chwilą. I tak właśnie było, bo końcu ścieżka wkroczyła do lasu, a tam, gdzie się dało, postanowiłem zbiegać. W końcu buty same się nie przetestują. Wnioski końcowe są takie, że stopy mnie nie bolały, a szlak jest piękny i gorąco go polecam. No i nigdzie się nie wywaliłem.

A pętelka kończy się w taki sposób

Pętelka kończy się w taki sposób

 

Pewnie nie muszę was już namawiać, żeby wybrać się na szlak prowadzący przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec. Jest to w końcu nie tylko widokowa wędrówka, ale przede wszystkim ma postać takiej wygodnej pętelki. Łatwo można więc zostawić samochód na parkingu, a potem wrócić do miejsca startu. Moim zdaniem lepiej jednak pokonywać ją w takim kierunku, w którym zrobiłem to ja. Wydaje mi się, że jeśli zostawicie ten monotonny odcinek na koniec, to może was to niepotrzebnie dobić. Zresztą zrobicie, jak chcecie. Każdy ma przecież swoje preferencje.

 

Mapy wskazują, że do pokonania jest mniej więcej 19 km i jakieś 900 metrów podejść. Czas samego marszu to około sześciu godzin, ale oczywiście warto wziąć poprawkę na swoją kondycję, warunki pogodowe, czy liczne przerwy. Gorąco polecam i zostawiam również filmik z tego dnia. Jeżeli natomiast interesuje was tylko wejście na najwyższy szczyt polskich Bieszczadów, to zostawiam w linku opis wycieczki na Tarnicę. Zachęcam oczywiście do subskrybowania kanału. Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

3 komentarze
  • Irmina
    Posted at 15:28h, 07 listopada Odpowiedz

    Że też wcześniej tu nie trafiłam! Nie przejmowałabym się tak bardzo ostatnią paczką chipsów, którą zjadłam:D Świetnie piszesz, lektura to sama przyjemność:)

  • Sebastian Słota
    Posted at 09:58h, 19 września Odpowiedz

    Świetny pomysł z tym odwróceniem kolejności. Wybieram w się w październiku w Bieszczady, ta pętla to trasa nr 1, ale chciałem ją przejść, idąc najpierw na Tarnicę. Skorzystam w waszego patentu.

  • Gosia
    Posted at 17:25h, 14 września Odpowiedz

    Na szlaku byliśmy krótko po obejrzeniu ‚top szlaków’. Podejście w lesie też chcieliśmy pokonać szybciej i już na Rozsypańcu pomyśleliśmy że na koniec dnia zejdziemy z tego padołu.
    Szlak oczywiście przepiękny i rzeczywiście wydaje się że w tą stronę daje lepsze widoki. Na stronę ukraińską można popatrzeć z przełęczy Bukowskiej i spoglądając za siebie co kilka minut.
    Po pierwszej wizycie w masywie Tarnicy myślę, że najpiękniejszym przejściem byłoby chyba Wołosate-Rozsypaniec-Halicz-Tarnica-Krzemień-Bukowe Berdo-Widełki.
    Trzeba napewno mieć dobrą kondycję i przemyśleć logistykę bo to już nie jest pętelka a zajmie jednak troszkę więcej czasu amatorowi.

Post A Comment