W drodze do Szatili

Szatili – nawet gdy jest brzydko, jest ładnie

Szatili było kolejnym przystankiem na mapie naszego trekkingu.

Padał deszcz. Nie jakoś ulewnie, a po ostatnich dniach wypełnionych słońcem kiedyś ta chwila musiała nadejść, ale i tak czułem się niepocieszony. Pierwszym powodem był nieudany wschód słońca. Uwierzcie mi, że kiedy wczoraj schodziliśmy z Atsunty, byliśmy świadkami niesamowitego spektaklu. Na wypadek powtórki nastawiłem więc budzik, ale Chewsuretia schowała się o poranku za mgłą. Drugim powodem było to, że jakoś musieliśmy zebrać te wszystkie nasze graty i poskładać namioty, a kapiąca z nieba woda sprawy nie ułatwiała. O! Jeszcze trzeci powód był. Tak jakby czułem się nie najlepiej.

Spałem naprawdę dobrze, a jak na warunki biwakowe, to wręcz rewelacyjnie. Żadnych oznak duszności już nie odnotowałem. Gdzieś tam jednak w środku, trochę za żołądkiem, zaczęło mi się coś kotłować. Niby dbałem o to, żeby gotować wodę i nie pić jej prosto z rzeki, a w ręce wcierałem niekiedy żel antybakteryjny, ale coś ewidentnie musiało mi zaszkodzić. Ciągle miałem jednak szansę, by ten dzień, w którym mieliśmy schodzić do Szatili, wyglądał względnie normalnie. Czytaj: bez biegania za krzaki.

Mgliście, ale całkiem ciekawie

Mgliście, ale całkiem ciekawie

 

Trzeba było działać. Nie pamiętam już, czy Monika poratowała mnie antybiotykiem właśnie wtedy, czy może później. Nie pamiętam też jego nazwy, bo ta zaczynała się od złowrogo brzmiącego „X”. Miało ponoć pomóc. Z apteczki wyciągnąłem jeszcze różne, własne leki, pochłaniając je jak cukierki, a całość przykryłem śniadaniem. Tym razem było całkiem dobre. Kuskus z sosem pomidorowym. Z proszku oczywiście.

Poranek deszczowy i pochmurny, ale będzie lepiej

Poranek deszczowy i pochmurny, ale będzie lepiej

 

Nie wyruszyliśmy o ustalonej godzinie, co już i tak na nikim nie robiło wrażenia, no ale tym razem winę za ten stan rzeczy ponosiła pogoda. Gdy tylko warunki się poprawiły, wykorzystaliśmy ten moment na składanie obozowiska, no i w zasadzie mogliśmy ruszać. Skierowaliśmy się w stronę wąskiej ścieżki, która wyglądała jak wymarzony plac zabaw każdego dziecka. Stromo i ślisko. Wokół, na oko, jakieś dziewięć sążni wody i sześć błota stóp. Że to zdanie nie ma sensu? No nie ma.

Po deszczu jest jakoś tak klimatycznie

Po deszczu jest jakoś tak klimatycznie

 

No bo kto mógł pomyśleć, że Mel zacznie śpiewać szanty w górach? Kto mógł przypuszczać, że ta melodia jest tak zaraźliwa? Kto by przewidział, że po chwili przez Chewsuretię będzie się niosło gromko powtarzane „sześć błota stóp”? I chociaż los marynarza z utworu zdawał się przesądzony, to mnie wszystko jedno nie było. Brudny byłem mniej więcej do kolan i taki stan rzeczy chciałem utrzymać na koniec dnia. Może tylko chwilami zazdrościłem tym, którzy wspomagali się kijkami, ale zsuwanie się na butach zapewniało zdecydowanie więcej frajdy.

 

W górach nawet gdy jest brzydko, jest ładnie. Rozdział XIV

Nawet jak jest brzydko, to jest ładnie

 

Niczym w slalomie pokonywaliśmy kolejne zakręty, które szybko sprowadziły nas do lasu. I wierzcie albo nie, ale był to pierwszy, prawdziwie leśny odcinek od początku naszego trekkingu. Do tej pory tylko te widoki, panoramy, odkryte grzbiety i przełęcze. Nuda, co? Trochę zwiększyłem koncentrację, bo zwiększyła się też liczba przeszkód w postaci wystających kamieni i korzeni, ale obiektywnie schodziło się naprawdę sprawnie.

Byle nie zaliczyć upadku

Byle nie zaliczyć upadku

 

Bywają w czasie wędrówek takie momenty, kiedy do głosu dochodzi moja filozoficzna strona. To była właśnie ta chwila i wymyśliłem: „W górach nawet gdy jest brzydko, jest ładnie. Bo przecież padało, wokół mokro, błoto, chmury takie, że mało co widać, ale wystarczyło kilkadziesiąt minut marszu, a znów pokazywały się wierzchołki gór, rzeka w dolinie, do której swoją drogą zmierzaliśmy, a wszystko to było jakoś tak dziwnie klimatyczne, że szczerze nie wiedziałem, o co już chodzi. Nawet pomarudzić sobie w spokoju nie mogłem.

Opuszczamy grzbiet Khoditani i schodzimy w stronę rzeki

Opuszczamy grzbiet Khoditani i schodzimy w stronę rzeki

 

Szybko wytracaliśmy wysokość, a marsz raczej nie obfitował w przygody. Był całkiem przyjemny, ale wierszy o tym pisać nie będą. W taki oto sposób dotarliśmy do dna doliny i nad brzegiem rzeki zrobiliśmy sobie przerwę. Wciągnąłem od razu z pół termosu herbaty. Może i wstyd się tak publicznie przyznać, ale tak, czytam ulotki leków. No i skoro napisano, że odwadniają, to piłem. Sukces natomiast był taki, że mimo wewnętrznego dyskomfortu, mój organizm ciągle dzielnie walczył.

Szybko się obniżamy

Szybko się obniżamy

 

Spacer brzegiem rzeki to zawsze przyjemna sprawa, ale szybko wyszło na jaw, że czeka nas trochę emocji. Dato coś niby wspominał wcześniej, że jest tam JAKIŚ mostek, ale ja, jak nie zobaczę, to nie uwierzę. Bać się? Nie bać się? Zamartwiać? Dzwonić do rodziny? Tak więc dotarliśmy na miejsce przeprawy, za którą służyły przerzucone nad potokiem kłody. Może trochę chybotliwe, może lekko śliskie, ale sprawnie przeszliśmy na drugą stronę. Banał. Spacerujemy dalej i dalej, gdy docieramy do kolejnego, niemal identycznego mostku. I znów zwinnie, jakbyśmy nic innego w życiu nie robili, tylko przechodzili po zwalonych drzewach, dostajemy się na drugą stronę. Rzeka zresztą nie była w tym miejscu jakoś szaleńczo głęboka, a nurt specjalnie silny. Tak przynajmniej wyszło mi z kalkulacji, które przeprowadziłem na wypadek, gdyby mi się noga obsunęła. Bo wiecie – już parę razy na tym trekkingu mi się obsunęła i takie rzeczy zacząłem brać pod uwagę.

Czeka nas teraz trochę zabawy

Czeka nas teraz trochę zabawy

 

Rzeka jednak nie chciała się kończyć. Nic to dziwnego, rzeki przecież nie kończą się ot tak, w szczerym polu. Wędrowaliśmy przed siebie, a przed nami wyrósł więc kolejny mostek. Ostateczny przeciwnik. Boss w naszej kampanii przekraczania górskiego strumienia. Było głęboko na tyle, że zdecydowanie nie chciałem znaleźć się w wodzie. Czy dam mu radę? Czy uda mi się go pokonać, mimo że od samego początku nosiłem buty, które zapewniały -10 do zwinności?

Pomocna dłoń czekała na drugim brzegu

Pomocna dłoń czekała na drugim brzegu

 

Nie odwlekałem tego momentu. Im szybciej przecież wpadniesz do wody, tym więcej czasu, żebyś wyschnął. Do stawiania kroków przywiązywałem nawet większą uwagę niż wtedy, gdy zaraz po skończeniu „osiemnastki”, wracałem z imprezy do domu i nie chciałem obudzić rodziców. Ale (w tym przypadku) udało się! Na zdjęciach tego nie widać, natomiast cała konstrukcja kołysała się złowrogo w rytm naszych kroków i w końcu do pomocy wkroczył nasz przewodnik, Dato. Na drugim brzegu Alek podawał przechodzącym pomocną dłoń i mam wrażenie, że w tamtym momencie, to właśnie ta wyciągnięta dłoń stała się najważniejszym elementem otoczenia. W komplecie przeprawiliśmy się na drugi brzeg i rozpoczęliśmy ostatni etap wędrówki do Szatili. Etap płaski, w teorii przyjemny, ale że ostatnie dni spędziliśmy wysoko w górach, to nieco nużący.

 

O tym, że równa droga też męczy. Rozdział XV

Szaro, ale i tak ciekawie

 

Wreszcie, po kilku dniach zachwytów, mogłem sobie trochę ponarzekać! Droga równa, nad nami szare niebo, widoków niewiele, a jak były, to raczej zmieniały się rzadko. No i klasycznie jeszcze dodam, że jak to w górach bywa, cel był dalej, niż mi się początkowo wydawało. Może to kogoś zdziwi, ale źle mi się szło po tej płaskiej drodze. Trochę tak, jakby mi ktoś po tych kilku dniach zabrał zabawkę. Moje filozoficzne twierdzenie zaczynało się konkretyzować. W górach nawet gdy jest brzydko, jest ładnie. Ale czy tam samo jest w dolinach? A może byłem po prostu zbyt rozpieszczony dotychczasowymi warunkami? Rozważania postanowiłem odłożyć na przyszłość, bo nagle dotarliśmy do Muco.

Piwo i chinkali to wystarczająca reklama

Piwo i chinkali to wystarczająca reklama

 

Wioska to niewielka, raptem kilka budynków, ale po ostatnich dwóch nocach pod namiotami, nawet to robiło wrażenie. Ważny to punkt na mapie trekkingu przez Tuszetię i Chewsuretię. A dlaczego? Kiedy opuszczaliśmy Girevi, musieliśmy uzyskać specjalne pozwolenie, na poruszanie się w strefie nadgranicznej. Teraz kiedy ją opuszczaliśmy i zbliżaliśmy się do Szatili, musieliśmy się po prostu wszyscy w komplecie odmeldować. Ważniejszym wydarzeniem był jednak widok „sklepogospody”!

Czasami w internecie można znaleźć opinie, że obsługa klienta w Gruzji nieco kuleje, w porównaniu do tej spotykanej w Polsce. Że nikt się nie uśmiecha, nie pyta, czy nam smakowało, nie głaszcze po głowie, no i że ludzie są ogólnie mało interaktywni. I poniekąd tak jest, a na pewno było tak w Muco, ale nie posądzałbym Gruzinów o złą wolę, czy złośliwość. Tak, jak moja twarz nie zdradza zbyt często oznak radości, tak i oblicza tutejszych kelnerów bywają mocno powściągliwe. Ot, zapewne kolejna różnica kulturowa.

Pani zza lady natomiast dosyć sprawnie obsłużyła naszą grupę i już wkrótce na stołach pojawiła się np. tłusta zupa zwana charczo, zawierająca m.in. kawałki baraniny. Ponoć idealnie nadaje się ona na kaca. Na talerzach zagościł też tutejszy ser. Nie dopadł mnie jeszcze w życiu taki głód, żebym był zmuszony się nim zajadać, dlatego grzecznie odpuściłem sobie podgryzanie tego przysmaku. No nie mój klimat i już, chociaż nikogo nie zniechęcam. Michał to pewnie mógłby na nim przeżyć i tydzień. Z racji tego, że mój organizm ciągle walczył z choróbskiem, nie zdecydowałem się na żadne lokalne specjały. Niczym uprzedzony przybysz zajadałem się batonami.

Zanim pomaszerowaliśmy dalej, odwiedziłem też tutejszą toaletę. Wiem, głupio tak pisać o kiblu, ale ten był o tyle ciekawy, że umiejscowiono go dokładnie na brzegu rzeki. Po otwarciu drzwi załatwiałeś się wprost do wody, co po chwili zwiększyło moją satysfakcję z faktu, że z tego mostku jednak nie spadłem.

Nasz kolega konik

Nasz kolega konik

 

Gdzieś w tamtych stronach spotkaliśmy też chłopaków, którzy przez cały ten trekking pomagali nam transportować nasze duże plecaki. W czasie tej wyprawy z Mountain Freaks mieliśmy ten komfort, że sprzęt biwakowy i całą resztę gratów mogliśmy oddać na grzbiety koni. Robota to ciężka, bo szlak jest tylko jeden i prowadzi przez Atsuntę. Mijaliśmy się z nimi, gdy wracali z Szatili, gdzie właśnie zostawili nasze bagaże. Wyobraźcie sobie więc, że teraz tę samą drogę musieli pokonać w drugą stronę, by dostać się do swoich domów. Zamieniliśmy z nimi kilka słów, a w zasadzie zrobił to Dato, a gdy już podziękowaliśmy za eskortę, każdy ruszył w swoją stronę.

Jest ładnie, ale po wczorajszych zachwytach czegoś jakby brakuje

Jest ładnie, ale po wczorajszych zachwytach czegoś jakby brakuje

 

Dalsza droga wyglądała niemal identycznie. Szlak wzdłuż rzeki, a wokół góry. Przez chwilę może ożywił nas widok dosyć specyficznie wyglądających liści, ale Natalia stwierdziła, że to może nie być to tym, o czym myślimy, bo to, o czym myślimy, że jest TYM, bywa podobne do tego, o czym w życiu byśmy nie pomyśleli, że może mieć podobne liście. Jaka jest prawda? Nie wiem, potrzebny ekspert.

Intrygujące liście

Intrygujące liście

 

Pisałem już wcześniej, że lubię na szlaku spotykać ślady historii. Zazwyczaj były to pozostałości opuszczonych wiosek, może jakieś ruiny, czy widoczne z oddali wieże. Na takie znalezisko nie byłem jednak gotowy, a gdy zbliżyłem się do tablicy informacyjnej, zrobiło się trochę poważnie. Z pozoru widok, do jakiego trekking przez Tuszetię i Chewsuretię nas już przyzwyczaił. Kilka tradycyjnych, kamiennych budynków. Nic, co jakoś wybitnie odcinałoby się od krajobrazu, zwłaszcza że sam kompleks odsunięty jest nieco od szlaku. Zrobiliśmy sobie przerwę, a ja początkowo nawet nie odnotowałem faktu, że jesteśmy w miejscu, o takiej historii. Do czasu.

 

Szatili i lekcja historii. Rozdział XVI

Pozostałości po Anatori

 

Te kilka budynków, to jedyne, co zostało po Anatori. Co takiego wydarzyło się w wiosce? Co stało się z jej mieszkańcami? Według przekazów rejon ten nawiedziła tajemnicza choroba – zhami. Nie wiadomo dokładnie, czym była, jednak według historyków, pojawiła się w Chewsuretii w drugiej połowie XIV wieku, a więc w czasach, w których Europę dziesiątkowała dżuma. Plaga szybko zaczęła zbierać krwawe żniwo, a dla zarażonych nie było lekarstwa. To, co najbardziej mnie zszokowało, nastąpiło później. Wewnątrz pomieszczenia znajdowały się stosy szkieletów. Lokalni historycy wyjaśniają, że ci, dla których nie było już ratunku, z czasem dobrowolnie udawali się właśnie do krypt. Zamiast ryzykować rozprzestrzenianie się zarazy, wybierali często samotną śmierć w odosobnieniu, licząc na to, że uda się uchronić bliskich od fatalnego losu. Można sobie tylko wyobrazić, co czuli, gdy w otoczeniu innych, zmarłych nieszczęśników, czekali na swój koniec.

Anatori i szczątki zmarłych

Anatori i szczątki zmarłych

 

Anatori znajduje się mniej więcej dwa kilometry od Szatili, więc sprawnie pokonaliśmy ten ostatni odcinek. Z daleka już było widać zabudowania fortecy, bo pierwotnie Szatili było właśnie takim miastem-twierdzą i to tam toczyło się życie mieszkańców. Kompleks składał się mniej więcej z sześćdziesięciu kamiennych wież, a całość, która przecież miała spełniać funkcję warowni, ulokowano pomiędzy wartką, górską rzeką, a niedostępnymi skałami.

Historia wioski sięga ponoć XII wieku, ale obecnie mieszkańcy raczej spędzają czas w bardziej „nowoczesnych” domostwach, które często jednocześnie pełnią funkcję guesthousów. Na przykład dla zmęczonych i głodnych turystów, takich jak my. A tak jeszcze nawiasem mówiąc, to różne źródła szacują, że wioskę zamieszkuje obecnie od 22 do 68 osób. I oczywiście trudno odgadnąć, która wartość jest prawdziwa, zwłaszcza że w miesiącach zimowych część mieszkańców schodzi w tym czasie na niziny. Natomiast dobrze oddaje to charakter tego miejsca. Ludność całej Chewsuretii szacuje się na 3200 osób. Kto szuka spokoju, ten na pewno go tutaj odnajdzie.

Szatili

Szatili

 

Ciągle byłem pod wrażeniem tych mijających dni. Piękne widoki, otwarte przestrzenie, no i noclegi w namiocie pod kaukaskim niebem. Mimo wszystko perspektywa noclegu w guesthousie chyba wszystkich nas ucieszyła. Możecie sobie tylko wyobrazić, z jaką radością przyjęliśmy osiągnięcie cywilizacyjne w postaci prysznica. Gdy zanurzyłem głowę w wygodnej poduszce, niemal straciłem przytomność z zachwytu. Nie wszystko było idealne, bo chcąc podładować telefony i aparaty, notorycznie wysadzaliśmy korki, co przedłużało nieco całą operację, ale czy to w ogóle minus?

Kolacja była wyborna i zjedliśmy chyba dosłownie wszystko, co znajdowało się na talerzach. Do moich ulubionych potraw dołączyły proste „placki” z ziemniaczanym wypełnieniem, których nazwy niestety nie pamiętam. Zajadałem się też sałatką, łudząco przypominającą naszą narodową, świąteczną sałatkę jarzynową. Jeśli się nie mylę, to wyjątkowo miała ona zapach kopru, a nie kolendry. Wino chyba też było. Nie jestem już pewien, ale w Gruzji chyba nie mogło go nie być.

I to koniec. Nie koniec naszej przygody oczywiście, bo ta miała jeszcze trwać, ale koniec tego jednak spokojnego dnia. No, zwłaszcza porównując go z poprzednimi. Szlak do Szatili prowadził początkowo wyłącznie w dół, a dalej pokonywaliśmy raczej płaską, wygodną drogę. Emocji i widoków też było chyba mniej, niż do tej pory, jednak absolutnie nie twierdzę, że było brzydko. Po prostu było inaczej. Taki luźniejszy dzień pozwolił nam trochę odpocząć. W końcu już o poranku mieliśmy ruszyć do Roszki, by stamtąd przez przełęcz Chaukhi dostać się do Juty. Zanim więc rozeszliśmy się spać, ustaliliśmy plan działania i godzinę pobudki. Tym razem w grę nie wchodziło żadne opóźnienie, bo ponoć czekał nas naprawdę długi dzień. Ale jak długi? Gdy tylko położyłem głowę na poduszce, przestało mieć to dla mnie znaczenie.

 

W galerii tradycyjnie więcej zdjęć z wędrówki. Zachęcam też do subskrybowania naszego kanału w serwisie Youtube. Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

No Comments

Post A Comment