W drodze na Świnicę

Świnica – mój kolega łańcuch

Świnica uchodzi za trudny, ale popularny cel wycieczek. Nadeszła pora i na mnie.

Czołówka rozświetliła mrok. Tyle wystarczyło, bym poczuł się pewnie, ruszając tego dnia ku kolejnemu wyzwaniu. Świnica przez długi czas pozostawała poza moim zasięgiem. Znajdowała się gdzieś hen poza granicą rzeczy, które przychodzą mi lekko i przyjemnie. Poprzedniego dnia jednak, mimo sporych obaw, całkiem gładko rozprawiłem się z Mięguszowiecką Przełęczą pod Chłopkiem. A przecież szlak, który tam prowadzi, uchodzi za jeden z trudniejszych w Tatrach. Świnica natomiast to szczyt, który chociaż sprawia kłopoty, to odwiedzany jest przez masę osób. Czemu nie miałbym być kolejną z nich?

Było zupełnie cicho, a ja rozgrzany marszem pokonywałem niebieski szlak z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej. Wyszedłem na trasę o jakiejś nieludzkiej godzinie, kiedy większość ludzi przekręcała się jeszcze na drugi bok, ale miałem w tym pewien interes. Jak już wspomniałem, szlak jest popularny, a ja nie chciałem się z kimś przepychać o kawałek łańcucha. Im wcześniej znalazłbym się na górze, tym spokojniej mógłbym pokonywać przeszkody. Tych podobno tam nie brakuje. Drugi powód był prozaiczny – lubię oglądać w górach wschody słońca i zaplanowałem sobie, że obejrzę go gdzieś w drodze. Odczuwałem delikatnie trudy poprzedniego dnia, ale mięśnie szybko podłapały narzucony przeze mnie rytm.

Szlak na Świnicę

Szlak na Świnicę, Tatry Wysokie polskie i słowackie, Wydawnictwo Compass. Wycieczkę możesz zaplanować też tutaj

 

Tylko przez chwilę się wahałem, czy nie wybrać szlaku przez Dolinę Jaworzynki. Nigdy nim jeszcze nie szedłem i… tym razem też tego nie zrobiłem. Kłopot bowiem w tym, że jak wieść niesie, dosyć często zza ciemnych drzew wychylają się tam lokatorzy. Obrośnięci futrem, z wielkimi kłami i jeszcze większymi łapami. No co się im będę pchał na podwórko nocą? Poza tym idąc przez Boczań, miałem szansę na ładne widoki. Wkrótce mogłem zobaczyć więc migoczące światła w dolinach i świetlistą łunę wstającego dnia. Na takie właśnie okazje kupiłem nowy, mały i niesamowicie lekki statyw. No i postanowiłem go tego dnia nie zabierać. Nadążacie za moją logiką? Uznałem, że to kolejna rzecz, którą trzeba dźwigać, a przy długiej i męczącej trasie, wolałem wcisnąć do plecaka butelkę wody. Użyłem za to pokładów uśpionej inteligencji, w końcu nie było jeszcze nawet szóstej i wymyśliłem! Idealnie nada się plecak, na którym położyłem aparat.

Tuż przed świtem, w drodze na Halę Gąsienicową

Tuż przed świtem, w drodze na Halę Gąsienicową

 

Zadowolony z siebie ruszyłem w stronę Przełęczy między Kopami, gdzie po chwili ujrzałem Świnicę. Nie wiem czy znacie ten klimat tuż przed świtem, kiedy niebo jaśnieje, ale słońce ciągle jeszcze spoczywa poniżej horyzontu. Otoczenie rozświetla wtedy taka ciekawa aura, a otaczającą człowieka cisza i rześki, lekki wiatr sprawiają, że momentalnie przestaje się żałować porannego wstawania. Miałem wtedy tyle zapału, że wystarczyłoby mi go na kilka wycieczek. Wchodząc na Halę Gąsienicową, mój wzrok przyciągała zazwyczaj sylwetka Kościelca. Wyniosła, foremna i nieco samotna, gdzie zresztą stawiałem swoje pierwsze kroki w Tatrach Wysokich. Tym razem przed oczami miałem tylko Świnicę.

 

W drodze na

Świnicę

 

Że wokół ładnie? Spoko. Że słońce powoli się wzbija ponad doliny? Ok. Nie mogłem oderwać wzroku od miejsca, w którym miałem nadzieję stanąć za kilka godzin. Czekałem nawet chwilę na to leniwe słońce, żeby mi cel wędrówki ładnie oświetliło, ale nie chciało tego dnia zbytnio współpracować. Poważnie, stałem tam jak słup przez dobre piętnaście minut, aż w końcu zmarzłem i obrażony na prawa fizyki, poszedłem sobie dalej. Oczywiście otoczenie było piękne, według niektórych nawet najpiękniejsze w polskich Tatrach. I chociaż nie lubię takich rankingów, no bo jak to oceniać, to tutaj wszystko komponuje się wręcz bajkowo.

Hala Gąsienicowa o poranku

Hala Gąsienicowa o poranku i Świnica w pierwszych promieniach słońca

 

Wyraźna ścieżka otoczona kwiatami, nieopodal chatki, a w tle piękny Kościelec i grań, prowadząca od Świnicy, przez Kozi Wierch i Granaty. Cala ta widokówkowa sceneria zamknięta jest z jednej strony przez Kasprowy, a z drugiej przez grań opadającą do Żółtej Turni. Nie dziwię się, że każdy chce mieć zdjęcie tego miejsca. Nie dziwie się też sobie, bo mimo że mam już kilka fotek z Gąsienicowej, to robiłem kolejne jak oszalały. Świnica nie znajdowała się na tegorocznej liście Darka, a ja znów maszerowałem sam, dlatego po raz kolejny mogłem narzucić konkretne tempo. Wiecie, żeby się rozgrzać.

Kościelec jakby taki mniej stromy

Kościelec jakby taki mniej stromy. Świnica w centrum kadru

 

Dotarłem do czarnego szlaku, który miał mnie wyprowadzić na Przełęcz Świnicką. Tutaj sprawa może wydawać się trochę pogmatwana, bo najpierw trzeba iść żółtym w stronę Kasprowego, ale wierzę, że dacie radę i się nie zgubicie. No i fajnie się zrobiło, bo okoliczne wierzchołki oświetlało już słońce, a w tych rejonach doliny jeszcze nigdy się nie znalazłem. Kościelec z każdym krokiem wydawał się jakby mniej stromy, natomiast mój cel zdawał się złowrogo wisieć nad moją głową. Szedłem kompletnie sam, w zupełnej ciszy. Trudno to osiągnąć w Tatrach podczas wakacji, ale przy drobnym poświęceniu, czyli pobudce po trzeciej, jak widać się da.

Zielony Staw Gąsienicowy

Zielony Staw Gąsienicowy

 

Szlak prowadził wygodnym, kamiennym chodnikiem, a kiedy minąłem Zielony Staw Gąsienicowy, zaczął piąć się do góry. Jeden, drugi, a potem niezliczone zakosy i tak coraz wyżej. Zabrakłoby mi chyba palców u rąk, żeby je policzyć. To już wymagało większego zaangażowania ze strony płuc, ale już drugi dzień z rzędu spisywały się znakomicie. Nawet cierpiące poprzedniego dnia łydki wspinały się po głazach z nieznaną mi dotychczas gracją. Szkoda, żeście tego nie widzieli. Tymczasem już od dobrych kilkunastu minut obiecywałem sobie przerwę, ale chciałem wreszcie wyjść trochę wyżej, na wzniesienie terenu, by mieć stamtąd dobry widok na Przełęcz Świnicką. No i ciągnęło się to zaskakująco długo, ale w końcu dopiąłem swego.

Wydaje się, że Świnica jest już na wyciągnięcie ręki

Wydaje się, że Świnica jest już na wyciągnięcie ręki

 

Świnica wydawała mi się dziwnie bliska, a dalszy przebieg szlaku trochę uspokoił. Z mojej perspektywy, przełęcz była takim głębokim wcięciem w grani i ucieszył mnie fakt, że droga prowadzi względnie łagodnym trawersem zbocza po prawej. Bo jakby to powiedzieć, przez chwilę się nawet bałem, że to tam na wprost trzeba uderzać. No co? Nigdy wcześniej tu nie byłem. Rzuciłem jeszcze okiem w stronę zboczy Kościelca i zauważyłem, że coś jest nie tak. Na horyzoncie działo się coś dziwnego. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to przecież gruba warstwa niskich chmur.

Dolina Gąsienicowa coraz niżej

Dolina Gąsienicowa coraz niżej

 

Z wysokości powinno być to lepiej widoczne, więc zerwałem się na równe nogi i pognałem szlakiem dalej. No i tutaj robi się ciut, a może nawet nie, trudniej. Trzeba wykrzesać z siebie trochę energii, momentami pomóc sobie rękami, ale to ciągle jednak spokojny spacer po wygodnej ścieżce. Czasami może pojawi się jakaś kruszyzna, czasami trzeba będzie podnieść nogę wyżej, ale przełęcz jest tak blisko, że wcale się o tym nie myśli. No i wkrótce zameldowałem się tam, gdzie chciałem.

Teren robi się trochę mniej wygodny, ale to ciągle nic trudnego

Teren robi się trochę mniej wygodny, ale to ciągle nic trudnego

 

Świnica z perspektywy przełęczy nie wygląda wcale specjalnie groźnie. Ot, takie pochylone i kamieniste zbocze. Sęk w tym, że szlak całkiem szybko przewija się na południową stronę, gdzie robi się trudniej. Skoro jednak tyle ludzi wchodzi na szczyt i jest on tak popularny, to chyba nie może być tak ciężko? Wszak machnąłem wczoraj bez przeszkód „Chłopka”, to tutaj tym bardziej dam radę, prawda? Otóż nie jest to takie znowu proste. Uwaga, bo lecę teraz pięknym i poetyckim porównaniem, nad którym dumałem pół dnia. Gotowi? Tak jak nie ma dwóch takich samych płatków śniegu, tak nie ma dwóch takich samych przeszkód na szlakach. Zaleciało tanim wierszem, ale to prawda. Każdą trudność trzeba traktować indywidualnie, bo to co dla mnie może być trudne, dla kogoś innego może być łatwe. Nie myśląc za wiele, po prostu ruszyłem w kierunku szczytu.

Z tej perspektywy, Świnica nie wygląda zbyt groźnie

Z tej perspektywy, Świnica nie wygląda zbyt groźnie

 

Szlak początkowo to najzwyklejsze, kamienne płyty, poukładane w bardzo wygodny sposób. Sprawnie nabiera się wysokości, a po czasie przypomnieć musimy sobie o rękach. To ciągle nic trudnego. Bardziej takie kamienne schodki, gdzie czasami warto się czegoś złapać. Jednak taka sielanka nie trwa wiecznie, a ja powoli wyczekiwałem widoku łańcuchów. Szlak ten miał być podobno hojnie w nie wyposażony, co teraz, z perspektywy czasu mogę potwierdzić. I właśnie to nieszczęsne żelastwo było źródłem moich problemów, uwierzycie? Wszystko szło pięknie, a widoki miałem coraz lepsze. Łatwo uporałem się z pierwszą, ubezpieczoną rynną i bez przeszkód zmierzałem dalej. Znakomita pogoda wprawiała mnie w dobry humor i nawet widok na osławiony Żleb Blatona nie był w stanie tego zmienić.

Żleb Blatona nie jest miejscem trudnym, ale błąd może sporo kosztować

Trawers Żlebu Blatona nie jest miejscem trudnym, ale błąd może sporo kosztować

 

To jedno z ciekawszych miejsc na szlaku, które niemal w całości ubezpieczone jest łańcuchem. Żleb jest stromy, a upadek kończy się pewnie w mało gustownym, czarnym worku. Ani to ładne, ani modne – nie chcecie się w nim znaleźć. Warto więc tego żelastwa się złapać, ot tak dla spokoju ducha. Trawers tego miejsca trudny nie jest, bo wystarczy stabilnie stawiać kroki na płytach, które się tu znajdują. Skała była sucha, więc bez większych emocji szedłem sobie przed siebie.

Żleb Blatona i dojście do Wrótek

Żleb Blatona i dojście do Wrótek (tam gdzie strzałka)

 

Na szlaku ani żywej duszy, więc o żadnym pośpiechu nie było mowy. Ścieżka, chociaż względnie szeroka, jest jednak trochę nachylona i nie jest na pewno zbyt przyczepna. Po tych płytach przeszły już przecież tysiące osób, więc są one miejscami dosyć gładkie. Kiedy jeszcze traficie na okres, w którym są mokre oraz tłok, faktycznie może się zrobić bardzo niebezpiecznie, zwłaszcza że miejsce jest eksponowane. No i od tego miejsca, zaczynają się faktyczne trudności na szlaku.

Wrótka

Wrótka

 

Po trawersie dotarłem do osławionych „Wrótek”, które też nie są specjalnie trudnym miejscem i gdzie też znajdziecie łańcuch. Po prostu powoli trzeba przekroczyć to miejsce. Przede mną otworzyła się za to nowa perspektywa. I szczerze myślałem, że teraz to już pójdzie gładko. Że Świnica już praktycznie zdobyta, a jedyne czym trzeba się martwić, to miejsce na karcie, co by więcej zdjęć narobić. No i nie. Po prostu nie. Przeszkody obiektywnie nie były trudne, ale tak bardzo „zafiksowałem” się na łańcuchach, że straciłem zdolność racjonalnego myślenia.

Łańcuchy w drodze na Świnicę

Łańcuchy w drodze na Świnicę

 

Tuż obok są łatwe skały? Łap za łańcuch. Po lewej jest świetnie urzeźbione miejsce? Nieważne. Łap łańcuch. Gdyby ktoś zrzucił to żelastwo z samego szczytu do Doliny Gąsienicowej, to bym się go i tak uczepił i wciągał na samiuśki wierzchołek. I pewnie to najbezpieczniejsze rozwiązanie, przecież po coś one tam w końcu są, ale wszystko to sprawiło, że zdecydowanie wygodniej szło mi się poprzedniego dnia na Przełęcz pod Chłopkiem. Jakoś naturalniej i spokojniej – mówię szczerze. Jeśli miałbym więc wskazywać jakaś główną różnicę, to w drodze na Świnicę, skała jest chyba trochę gorzej urzeźbiona. Sporo tu płyt (niebezpiecznych zwłaszcza po deszczu), w których da się wyszukać wyżłobienia na stopy, a gdzieś obok są dogodne chwyty, ale kto by się tym interesował – łap łańcuch.

Kawałek już za mną

Kawałek już za mną

 

No i tak sobie szedłem do góry, ściskając każdy kolejny kawał żelastwa na trasie. Żadnemu nie przepuściłem, ściskając je mocno i serdecznie. Szlak piął się do góry, pokonywałem kolejne, ubezpieczone fragmenty, a wszystko to w bezpośredniej bliskości stromego zbocza. Ekstremalnie trudne to nie było, bo szedłem sam, a skała była sucha, chociaż jeżeli macie lęk przed ekspozycją, to prędzej czy później, na tym właśnie szlaku, się o tym dowiecie. A wszystko za sprawą ostatniego odcinka. Raptem kilka kroków od wierzchołka Świnicy.

Podchodziłem już pod grań, oczywiście ściskając w dłoni łańcuch, kiedy dotarłem do niewielkiej, stromej i gładkiej ścianki. Ledwie kilka odpowiednich ruchów. I normalnie pewnie obszedłbym to z którejś strony. No ale skoro kawałek metalu wystawał ze ściany, to musiałem go dokładnie obmacać. No musiałem, jak małe dziecko, które mimo ostrzeżeń i tak dotknie. I to stało się źródłem mojego problemu. No ledwo się tam wgramoliłem, w jakiś tylko sobie znany sposób i podciągając się z całych sił. Mocowałem się z tym miejscem naprawdę przez dłuższą chwilę, aż cały się spociłem. Ze zmęczenia i z przypływu adrenaliny zapewne. Nie wiem, za krótkie nogi mam, może?

Coraz bliżej szczytu Świnicy

Coraz bliżej szczytu Świnicy. Wg danych ze zdjęć, jakieś 5 minut od wierzchołka

 

Co potem? Króciutki kawałek grani. Najwyżej kilka metrów, które mogą jednak odmienić twoje życie. Ekspozycja to tam jest ładna, na szczęście na takie niespodzianki chyba jestem względnie odporny, a tobie radzę to sprawdzić może gdzieś indziej. Tutaj trzeba oczywiście uważać, ale droga na szczyt stoi już otworem i wystarczy zrobić kilkanaście kroków. Świnica klepnięta. Dopiero w domu, przeglądając zdjęcia odkryłem, że tej ostatniej przeszkody nie uwieczniłem na żadnej fotce! Nie zdarza mi się to zbyt często, ale po pierwsze nie spodziewałem się, że to już ostateczna trudność w drodze na szczyt, a po drugie zawieszony na szyi aparat mi przeszkadzał.

Przerzuciłem go gdzieś na plecy i naprawdę mocno skupiłem się na tej ostatniej ściance. Nie chciałem tam popełnić błędu i jak widać tak bardzo mnie to zaaferowało, że o pstrykaniu zdjęć nie myślałem. Sami rozumiecie, gdybym stamtąd zleciał, to innych  fotek też bym nie miał. Miejsce to od góry wygląda tak, a zdjęcie należy do Gosi z bloga www.rudazwyboru.pl. Link do jej opisu szlaku z kolei tutaj, gdzie znajdziecie nie tylko wspomnianą fotkę.

 

Na szczycie

Świnicy

 

Na szczycie znalazłem jednego kompana, wymieniliśmy kilka zdań, po czym mogłem wreszcie odetchnąć. Widoki były świetne, ale, bo przecież zawsze musi jakieś być, nisko nad Orlą Percią świeciło słońce i w tamtym kierunku też nie mam fotek, bo i tak by nic dobrego z nich nie wyszło. Ehh, smuci mnie to jeszcze do teraz. No ale pewnie kojarzycie, że widać tam Kozi Wierch, Granaty itd. Oczywiście przy dobrej pogodzie zobaczycie też m.in. Lodowy Szczyt, Rysy, Mięguszowieckie Szczyty i nawet Gerlach. Zaskakująco mały wydał mi się Kościelec, którego tak wielbię. Cudownie za to wyglądało morze chmur, nadciągające od północy. Wreszcie doczekałem się takiego widoku w Tatrach.

Piękna Grań Hrubego i nieco schowany Krywań

Piękna Grań Hrubego i nieco schowany Krywań

 

Co jeszcze widać ze Świnicy? Przede wszystkim grań Hrubego Wierchu i piękną piramidę Krywania, a w przypadku dobrej pogody, odległe Niżne Tatry. Nie wolno również zapomnieć o grani prowadzącej w stronę Kasprowego Wierchu, gdzie pokazuje się też Giewont, no i o ciągnących się dalej szczytach Tatr Zachodnich, z najwyższą w tamtej części gór Bystrą. Na pewno jest co oglądać, bo nawet Hala Gąsienicowa wyglądała ciekawie z tej perspektywy. Zwłaszcza to nadciągające morze chmur tworzyło klimat. Tylko czekałem, aż znajomy mi Wielki Kopieniec skryje się pod tą puchatą kołderką.

Panorama ze Świnicy. W oddali Kasprowy Wierch i Giewont. No i Babia Góra na horyzoncie

Panorama ze Świnicy. W oddali Kasprowy Wierch i Giewont. No i Babia Góra na horyzoncie

 

Szczyt nie jest zbyt rozległy, ale spokojnie można tu znaleźć ciut miejsca na odpoczynek. A tego właśnie potrzebowałem. Wygrzebałem jakieś słodkości z plecaka, uzupełniłem płyny i kręciłem głową dookoła, oglądając panoramę. Na górze nie zabawiłem jednak zbyt długo. W końcu wcisnąłem aparat do plecaka i przełączyłem się w tryb koncentracji. No i co się okazało? Że zejście wyjątkowo szło mi lepiej, niż podchodzenie. Ewenement jakiś, bo nie zdarzało mi się to nigdy, ale po prostu wiedziałem już mniej więcej, jakie przeszkody mnie czekają i jak się za nie zabrać.

Wielki Kopieniec pochłaniany powoli przez chmury

Wielki Kopieniec pochłaniany powoli przez chmury

 

Krótka grań, potem ta ścianka i coraz sprawniej obniżałem się wzdłuż szlaku. W niektórych miejscach rezygnowałem z dotykania łańcuchów, a w innych śmiało korzystałem z ich pomocy. Kwestia uwagi i spokoju. I tak pokonując kolejne płyty, dotarłem pod Wrótka, gdzie przywitał mnie stary znajomy – Żleb Blatona. W tym miejscu postanowiłem wyciągnąć już aparat, bo przekraczanie tego miejsca może być ryzykowne, ale nie jest zbyt trudne technicznie. Ścieżka nie jest jednak zupełnie pozioma. Wracając ze szczytu Świnicy, teren bardzo nieznacznie się wznosi. I tutaj też spotkałem pierwszych, podchodzących turystów.

Żleb Blatona w drodze powrotnej

Żleb Blatona w drodze powrotnej

 

To chyba też dobre miejsce, żeby przypomnieć trochę niepisanych zasad, na temat poruszania się w takim terenie. Otóż w górach opłaca się być cierpliwym i dobrze o tym pamiętać, korzystając ze sztucznych ułatwień. Optymalnie, jeżeli z jednego przęsła korzysta w tym samym czasie jedna osoba. Jeżeli szarpniecie za łańcuch i przygnieciecie komuś palce do skały, w najlepszym przypadku zetkniecie się ze spojrzeniem pełnym chęci mordu. Gorzej, jeśli pozbawicie kogoś równowagi. Tak więc bądźcie cierpliwi, idźcie w swoim tempie, a ewentualnie w łatwiejszych miejscach zatrzymajcie się i przepuście tych, którzy idą za wami szybciej. Ja tego problemu nie miałem, bo ze szczytu schodziłem o porze, w której inni dopiero podchodzili do góry.

Dolina Gąsienicowa

Dolina Gąsienicowa

 

Wymieniałem więc kolejne „cześć”, rozmawiałem chwilę z kolejnymi grupami, kiedy nagle przywitała mnie czyjaś uśmiechnięta twarz. „Nie poznajesz mnie? Robiliśmy sobie wczoraj zdjęcia na Chłopku”. Tak! Od razu sobie przypomniałem, że to ten sam turysta, z którym poprzedniego dnia rozmawiałem na przełęczy. Jakie jest prawdopodobieństwo, że dwóch obcych ludzi, wybierze w ciągu dwóch dni te same szlaki i na nich się spotka? Nie wiem, ale takie górskie, krótkie pogawędki są naprawdę miłym przerywnikiem samotnych wędrówek. Pozdrawiam!

Najtrudniejsze już za mną, więc obniżam się niespiesznie

Najtrudniejsze już za mną, więc obniżam się niespiesznie

 

Wiedziałem za to, że od tego miejsca będzie już łatwiej. Owszem, są jakieś niewielkie przeszkody skalne, przydatne są momentami ręce, ale to już nic, co budziłoby jakąś specjalną grozę. Tak więc mając przed sobą grań prowadzącą w stronę Kasprowego, a po prawej piękne chmury, powoli obniżałem się w stronę Przełęczy Świnickiej. Moja poranna eskapada dobiegała powoli do końca, a ja w bezpiecznym i jednym kawałku, mogłem się już nieco rozluźnić. Lubię to uczucie, które towarzyszy człowiekowi, kiedy upora się już z trudnościami na szlaku. Sporo satysfakcji, ale też trochę ulgi. Bo owszem, mogłem się poobijać w drodze powrotnej do Kuźnic, ale wymagałoby to już nieco więcej starań z mojej strony, niż gdzieś w podszczytowych partiach Świnicy.

Wracam na Przełęcz Świnicką

Wracam na Przełęcz Świnicką

 

Tymczasem powoli rozważałem, który wariant zejściowy wybrać. Nie było to jednak takie proste, bo zaczynałem odczuwać już dosyć mocny ból stóp. Czułem się znakomicie, poza tą jedną dolegliwością, która w górach niestety bywa mocno uciążliwa. Szlak w dalszej części prowadzi przez Pośrednią i Skrajną Turnię, a przynajmniej tak mogłoby się wydawać z daleka. Na moje szczęście i ku radości moich dolnych kończyn, ścieżka trawersuje zbocze po południowej stronie, więc ominęły mnie trudy kolejnych podejść.

Tutaj mogłem sobie już dreptać powoli z nogi na nogę, ciesząc się świetną pogodą i rozległym widokiem na południe. Tyle tylko, że stopy bolały mnie już nie na żarty. Przed sezonem zmieniłem buty, później zmieniłem wkładki, potem jeszcze skarpetki i… niewiele to dało. No powiedzcie mi, czy tak ma być i wy też przeżywacie taki ból po dwóch dniach chodzenia, czy to ze mną jest coś nie tak? Macie na to jakieś sposoby? Nie ukrywam, że trochę psuło mi to wędrowanie i to mimo tego, że ogólnie czułem się doskonale.

Trawers zbocza z widokiem na Tatry Zachodnie

Trawers zbocza z widokiem na Tatry Zachodnie

 

Dotarłem w końcu do Przełęczy Liliowe, granicznego miejsca pomiędzy Tatrami Wysokimi, a Zachodnimi i rozbiłem obóz. Położyłem się w przybierającej odcienie rudego trawie i miałem ochotę leżeć tam godzinami. Było słonecznie, ciepło, a przede mną chmury wiszące nisko nad Doliną Gąsienicową. To była też pora, żeby wreszcie dłużej odpocząć i coś zjeść. Do samego końca zastanawiałem się, który szlak zejściowy wybrać. No i uznałem, że tutaj na górze jest tak ładnie, że przejdę się granią w stronę Kasprowego Wierchu i stamtąd zielonym szlakiem udam się do Kuźnic. Przy okazji chciałem zerknąć, jak ten odcinek wygląda, bo nigdy wcześniej jeszcze nim nie szedłem. Z małym grymasem zerwałem się na nogi i ruszyłem przed siebie, mijając jeszcze Beskid.

Trawy przybrały już piękny, rudy kolor

Trawy przybrały już piękny, rudy kolor

 

Kasprowy Wierch na wyciągnięcie ręki. Tłum uśmiechniętych, rozgadanych turystów i ja. Z niechęcią pokonujący ostatnie schody w drodze na szczyt. Miało być już jednak tylko w dół, prosto do Kuźnic, gdzie chciałem zakończyć tę bardzo przecież udaną wycieczkę. Rzuciłem jeszcze wzrokiem w stronę Świnicy, upewniłem się że Giewont ciągle stoi w tym samym, co od milionów lat miejscu, po czym ruszyłem w dół. Nie zatrzymywałem się już ani na sekundę. Zielony szlak w początkowym fragmencie nie należał do specjalnie wygodnych, a ja na niewygody stałem się strasznie podatny jakoś tak w okolicy Przełęczy Liliowe. Dużo kruchego podłoża dotkniętego erozją, co nie ułatwiało sprawy, zwłaszcza na zejściu. Widoki miałem za to całkiem niezłe. Przed sobą przykrywające Zakopane chmury, a po lewej m.in. Czerwone Wierchy.

Otoczenie jest całkiem ładne

Otoczenie jest całkiem ładne

 

Po czasie i to przestało mnie jednak zajmować, a wzrok utkwił na dobre w okolicach butów i kolejnych kamieni. Stawiałem krok za krokiem i zacząłem się zastanawiać, dlaczego ci wszyscy ludzie tak późno wyszli na szlak. Przecież zaraz zastanie ich noc. No ale racja, zjadą sobie w razie czego kolejką. Wiecie, przyzwyczajony byłem, że nasze wycieczki kończyliśmy późnym popołudniem i dopiero po chwili do mnie dotarło, że to ja nadzwyczaj wcześnie schodzę już w doliny. Nie było jeszcze nawet jedenastej, co trochę namieszało mi w głowie. Oddałem się więc w całości maszerowaniu. To był naprawdę udany dzień, tyle że czekało mnie ponad dwie godziny schodzenia na obolałych stopach. Nic przyjemnego. Pokonywałem kolejne zakosy, czasami gdzieś na chwilę przysiadłem i tak kawałek po kawałku mijałem kolejne piętra roślinności.

Trzymam dobre tempo, a wszystko dlatego, że mam juz serdecznie dość

Trzymam dobre tempo, a wszystko dlatego, że mam już serdecznie dość

 

Stan szlaku znacząco się poprawił, dzięki czemu i moje tempo wzrosło. A kiedy wreszcie znalazłem się w lesie wymyśliłem, że jest tylko jedna skuteczna metoda, żeby jeszcze szybciej rozprawić się z trasą: bieg. Tak więc ścisnąłem lepiej paski plecaka i tam gdzie się dało, zbiegałem. I w zasadzie zadowolony z siebie byłem, bo i dystans kurczył się w mgnieniu oka, a mnie bolało jakby mniej. A może to był tylko taki efekt placebo? Nie miało to znaczenia, bo wkrótce minąłem stację przesiadkową kolejki, gdzieś tam mignęły mi Myślenickie Turnie, a teren dość konkretnie się wypłaszczył. No i jak to zazwyczaj bywa, jeżeli czegoś się bardzo mocno chce i wykorzysta zaawansowane techniki wizualizacji, koncentrując wszystkie myśli na upragnionym celu, to… nie stanie się absolutnie nic. Zejść bowiem należy samemu.

Pewnie zachwyciłbym się widokami, gdyby nie ból stóp. Byle niżej

Pewnie zachwyciłbym się widokami, gdyby nie ból stóp. Byle niżej

 

Czekałem na widok zabudowań i schodziłem, czekałem i schodziłem. Schodziłem i czekałem. Trwało to całą wieczność, ale w końcu wypatrzyłem to, czego tak bardzo pragnąłem: lśniący i biały bus marki nieznanej i uśmiechnięty pan kierowca, który z prawdziwą i wcale nieudawaną uprzejmością zaprosił mnie do wnętrza tego wehikułu. Cóż za wygodne siedzenia! Z trudem powstrzymałem westchnienie rozkoszy, co by współpasażerów nie straszyć. Z Kuźnic w mgnieniu oka zjechaliśmy na parking i tak oto domknąłem zaplanowaną rano pętelkę. Najlepiej wydane trzy złote w dziejach tego bloga.

Ostatnia prosta i wycieczka na Świnicę stanie się przeszlością

Ostatnia prosta i wycieczka na Świnicę stanie się przeszłością

 

Świnica to trudny szczyt, ale ta opinia jest chyba powszechnie znana. Nie są to jakieś ekstremalne trudności techniczne, poza tym szlak obwieszony jest ułatwiającymi sprawę łańcuchami, ale nie poleciałbym go raczej na pierwszy kontakt z Tatrami Wysokimi. Dlaczego nie? Bo nic o tobie nie wiem. Nie wiem, jak reagujesz na ekspozycję, czy nie przeraża cię taki skalny teren, no i czy kondycyjnie dasz radę, bo z Kuźnic to kawał drogi. To ostatnie da się pominąć, bo na Kasprowy można się dostać kolejką, a stamtąd droga na szczyt nie jest już tak odległa. No, a jeżeli ty sam nie jesteś pewien czy się w takim terenie odnajdziesz, to nie ma przecież żadnego wstydu w zdobywaniu doświadczenia na innych, trochę łatwiejszych szlakach. Ciągle za to pięknych pod względem widokowym.

Za takie z pewnością można uznać wejście na Kozi Wierch z Doliny Pięciu Stawów, czy zielony szlak na Zadni Granat. Szpiglasowy Wierch od „Piątki” natomiast pozwala zapoznać się z ułatwieniami w postaci łańcuchów. Tak jak wspomniałem wcześniej, każdy odbiera trudności nieco inaczej. Może niektórych to zdziwi, ale zdecydowanie przyjemniej pokonywało mi się przeszkody poprzedniego dnia, w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. I nie mówię, że jest tam łatwiej – było mi wygodniej. Zdecydowanie przyjemniej też wędrowało mi się na Kościelec, a przecież niektórzy to właśnie ten szczyt uważają za trudniejszy od Świnicy. Jak widać, odbieranie trudności jest bardzo subiektywne, więc warto najpierw poznać trochę samego siebie.

Sztuczne ułatwienia pomagają pokonać przeszkody, ale nie powinniśmy chyba całkowicie na nich polegać. Mają być pomocą, a nie całkowitym zastąpieniem uwagi. Inaczej skończycie jak ja, chcąc dotknąć każdego z nich. Pod względem technicznym, pokonywane przeszkody nie należą do jakichś wybitnie trudnych. No, ta ostatnia ścianka sprawiła mi sporo kłopotów, ale ona też jest ubezpieczona. Główne zagrożenia to ekspozycja, bo szlak biegnie długo w bliskim otoczeniu stromego zbocza, no i samo podłoże. Często pokonuje się płyty, które wydeptane przez innych i po opadach deszczu, mogą stanowić naprawdę śmiertelne zagrożenie. Jeżeli doda się do tego bardzo duży ruch turystyczny, to jestem w stanie sobie wyobrazić, że „mijanki” na szlaku nie należą do najprzyjemniejszych. No i do tego dochodzi przede wszystkim to, co siedzi w głowie, bo trasa wiedzie w prawdziwie górskim otoczeniu. Odporność na „przepaściste” przejścia i brak lęku wysokości na pewno ułatwią sprawę.

Dlatego w mojej ocenie, nie jest to szczyt, który powinieneś wybrać na pierwszą wycieczkę w Tatrach Wysokich. Jeżeli jednak jesteś zdecydowany, to ruszaj śmiało. To naprawdę ciekawy i gwarantujący spore emocje szlak. W powyższym wariancie, to jakieś 18 km marszu i niemal 1600 m przewyższeń. Nie jest to mało, a mapy wskazują, że trzeba zarezerwować sobie prawie 10 godzin wolnego czasu. Możecie zajrzeć też do galerii, gdzie znajdziecie znacznie więcej zdjęć z tej wędrówki. Wycieczka na Świnicę jest wymagająca pod względem pokonywanych trudności, ale też wymaga niezłego przygotowania kondycyjnego. Zerknijcie więc, czy to coś dla was.

Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Gdybyście natomiast nie wiedzieli co robić z nadmiarem gotówki, to zerknijcie na nasz profil w portalu Patronite. Można zgarnąć fajne zdjęcia. Pozdrawiamy!

13 komentarzy
  • Agata
    Opublikowano o 13:13h, 31 lipca Odpowiedz

    Jejku………………dzięki za przywołanie pięknych wspomnień. Ja Świnicę zdobyłam niejako „przypadkiem”. Będąc na Kasprowym uznaliśmy z mężem, że jest na tyle wcześnie, że spokojnie ogarniemy. Nie przewidzieliśmy, że od przełęczy leży już śnieg – był początek września – piękna, słoneczna pogoda, a 25 lat temu internetu nie było, kamerek tez nie było……mapa tylko była…..i wg tejże mapy wyszło nam, że czasowo damy radę. Było…….ciekawie i w sumie dość sprawnie nam to poszło. Mimo tego śniegu. Schodziliśmy przez Zawrat do Gąsienicowej. I to był zasadniczy błąd. Tam zdecydowanie lepiej jest podchodzić. A co do widoku samej Hali Gąsienicowej – masz rację – jest BAJKOWY.
    I niezmiennie za każdym razem zwala z nóg. Przynajmniej mnie.

  • Olo
    Opublikowano o 13:36h, 01 lipca Odpowiedz

    Ładnie

  • Tomasz
    Opublikowano o 08:11h, 16 września Odpowiedz

    Miło poczytać i powspominać te wszystkie górskie wędrówki po Orlej Perci i nie tylko.
    Słowackie tatry i jego szczyty tez są przpiękne Koprowy Wierch, Krywań i sporo innych.
    Dziekuje Ci za super fotki i wspaniałe komentarze od wszystkich.
    Zakochany w tatrach

    • Mateusz
      Opublikowano o 13:21h, 16 września Odpowiedz

      Dzięki! Koprowy już za nami, ale Krywań ciągle na liście 🙂 Pozdrawiamy!

  • Aleksandra
    Opublikowano o 22:07h, 15 września Odpowiedz

    Nie mogę czytać takich wpisów! Przez nie jeszcze bardziej tęsknię za górami, a najbardziej za Tatrami. Świnica jeszcze niezdobyta, na liście marzeń. Czekam aż mąż będzie gotowy…

    • Mateusz
      Opublikowano o 13:20h, 16 września Odpowiedz

      Też długo ją miałem na liście, aż w końcu uznałem, że zebrałem już tyle doświadczeń, że dam radę. No i dałem! 😀 Polecam wybrać się początkowo może na jakieś łatwiejsze trasy. Np. Kozi od Piątki, czy Szpiglasowy z tej samej doliny i zrobić sobie małe „przetarcie”, sprawdzając czy nie jest zbyt trudno i strasznie 🙂

  • Tomek
    Opublikowano o 20:39h, 14 września Odpowiedz

    Ilekroć widzę Świnicę lub o niej słyszę marzy mi się jej północny filar 🙂 Może kiedyś się uda… Tymczasem fajnie przypomnieć sobie jak tam było dzięki Twoim rewelacyjnym zdjęciom. A tak apropo bolących stóp, spróbuj tak mocno nie wiązać butów 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 20:57h, 14 września Odpowiedz

      Komentarz wkleił się podwójnie, więc jeden pozwoliłem sobie usunąć. Północny filar rozpoznaję nawet ja, bo świetnie widać go z perspektywy Gąsienicowej 🙂 No i tego ci życzę. Zdjęcia robiłem tego dnia z przyjemnością, bo pogoda była fajna. Poranek, chmury w dolinie, a potem już te rude trawy. A co do butów, to próbowałem już. Podejrzewam, że przyczyna może być prosta – po prostu nie przywykłem do tak twardych butów (bo kupiłem nowe) i potrzebuje więcej czasu, aby stopy się przyzwyczaiły.

  • Celina
    Opublikowano o 19:16h, 14 września Odpowiedz

    Piękny blog.Wspaniale piszesz,cudownie się czyta? Dziękuję za chwile wzruszenia?

    • Mateusz
      Opublikowano o 20:57h, 14 września Odpowiedz

      Dzięki! Zaglądaj jak najczęściej 🙂

  • Julita Modne Frele
    Opublikowano o 18:11h, 14 września Odpowiedz

    Jeee, no to gratuluję Świnicy 🙂 Super ją wspominam. Październik zeszłego roku – wchodziłam chora, zasmarkana i z migreną 😀 Przez Zawrat z Hali Gąsienicowej – po pokonaniu słynnego kominka Świnicę zdobyłam raz, dwa, a widoki zapierały dech! Ludzi niestety było sporo, Zawrat już oblodzony, ale Świnica piękna. Lepiej ją wspominam niż Kościelec, który był tak zatłoczony tego dnia, że brrr. No i dostałam udaru słonecznego wtedy 😉 Schodziłam przez Przełęcz Świnicką do Murowańca i Kuźnic – tak mi stopy spuchły, że przez to zejście męczyłam się ze schodzącymi paznokciami od stóp, blee 😀 W ogóle Świnica to była moja pierwsza góra z łańcuchami!!! Mój były zrobił mi taką niespodziankę, że fiu fiu 😀

    • Mateusz
      Opublikowano o 21:02h, 14 września Odpowiedz

      Były? No to ładnie ci ta Świnica dała popalić 😛 Jak oceniasz ten odcinek z Zawratu? Może się szarpnę jakoś w przyszłym roku, a jeżeli to Darek czytasz, to mam w planach wybrać się z tobą 😛 Mnie szło się świetnie, no jedynie te stopy nie nadążały za entuzjazmem.

      • Julita
        Opublikowano o 07:03h, 15 września Odpowiedz

        Ano, teraz chadzam po górach w innym towarzystwie, ale przynajmniej dzięki niemu tak je pokochałam 😉
        Wiesz co – wejście od Zawratu podnosi trochę adrenalinę, najgorzej, jak są zatory, wtedy człowieka dobija to stanie. Jak wchodziłam, był lód i śnieg, ale normalnie myślę, że jest lepiej. Kominek tak naprawdę jest najtrudniejszy, ale też w miarę bezproblemowo da się go pokonać 🙂 Wchodźcie koniecznie!

Zostaw komentarz