Gęsia Szyja

Rusinowa Polana, Gęsia Szyja i zachód słońca

Gęsia Szyja zachwyciła mnie już przy pierwszej wizycie. Postanowiłem więc wrócić na zachód słońca.

Gęsia Szyja przez długi czas była dla mnie kompletną zagadką. No wiecie, jeszcze niedawno kojarzyłem te wszystkie najpopularniejsze tatrzańskie szczyty (niech żyje Giewont), ale niewiele ponad to. Poza tym mierzy ona raptem 1489 m n.p.m. i kiedy już jechaliśmy w Tatry, to wybieraliśmy coś, co znacznie lepiej wypełniłoby nasz wycieczkowy dzień. Tak się jednak jakoś złożyło, że podczas wycieczki na Krzyżne nasza trasa prowadziła właśnie przez wspomniany „pagór” oraz położoną nieco niżej Rusinową Polanę. No, a że schodziliśmy już późnym popołudniem, to całe to otoczenie wtłoczyło w moją górską duszę masę pozytywnych odczuć. Postanowiłem więc wrócić o złotej godzinie.

Powiem wam w sekrecie, że ja to nawet lubię zachody słońca. Nie, żebym był jakimś romantykiem, bo romantycy to straszni mazgaje, ale lubię kiedy wiatr mi twarz smaga, gdy głaszcze moje włosy, a wokół unosi się złocista poświata i zapach lata… ekhm. Głównie widoki lubię. W Tatrach trudno to wszystko zorganizować, bo zanim człowiek zejdzie ze szczytu, przedostanie się przez tę dolinę, to już wyobraźnia zdąży wygenerować setki wpatrzonych zza drzewa ślepi. A jak plecak pachnie jeszcze kabanosami, to kłopoty gotowe. Wybór padł więc umyślnie na Gęsią Szyję, która nie tylko zachwyca panoramą, ale zapewnia też możliwość szybkiego zejścia na parking. No, a po drodze znajduje się jeszcze wcale nie brzydsza Rusinowa Polana. Miejsca idealne, by przeżyć zachód słońca.

Szlak na Gęsią Szyję

Szlak na Gęsią Szyję. Tatry polskie, Wydawnictwo Compass. Swoją trasę możesz zaplanować tutaj

 

W Tatrach zjawiliśmy się tego dnia dosyć późno, więc zachód na Gęsiej był takim naturalnym pomysłem. Na nic innego nie mielibyśmy czasu. Towarzystwa miała mi dotrzymać koleżanka, która ponoć od kilku tygodni szlifowała kondycję. Wyobraźcie sobie, że w przeszłości już dwa razy szturmowała szczyt, ale poza wszechobecną mgłą czy szalejącą burzą, nie widziała nic. Czy moja obecność miała być tym razem gwarantem pogody? Szybko mieliśmy się o tym przekonać, zostawiając samochód na parkingu w Wierchu Poroniec, skąd zaplanowaliśmy start. Wokół nas było dziwnie pusto, a ze szlaku schodzili ostatni turyści. Mimo naszych najszczerszych chęci, nikt nie chciał przyjąć od nas pieniędzy za parking – nikogo już nie było. Lubię ruszać tak pod prąd o nietypowych porach, bo mam wtedy wrażenie, jakby góry stawały się tylko moje, choćby na chwilkę.

Jak widać, szlak na Rusinową Polanę nie stwarza problemów

Jak widać, szlak na Rusinową Polanę nie stwarza problemów

 

Początkowo szlak nie wyróżniał się niczym szczególnym, a gdzieś tam zza drzew przebijały się widoki na najwyższe szczyty Tatr. Klasyka wędrowania. Było ciepło, cicho i tak bez przeszkód pokonywaliśmy kolejne metry. Ten pierwszy etap nie jest wymagający, bo teren tylko miejscami wznosi się ciut mocniej do góry. Jest łatwo i czy jesteś genialnym trzylatkiem czytającym ten tekst, czy może emerytem chcącym zabić nudę, to śmiało możesz tu zawitać wstając prosto od biurka. Mapy wskazywały, że na Rusinowej Polanie znajdziemy się po niecałej godzinie marszu, a że kontrolowaliśmy czas, to nigdzie nie było nam spieszno.

I w lesie może być pięknie

I w lesie może być pięknie

 

Tradycyjnie już zrobiłem dziesiątki identycznych zdjęć w lesie, z których pokażę wam pewnie ze dwa, a reszta zaśmieci mi dysk, z nadzieją że to minimalnie różniące się ujęcie, kiedyś okaże się przydatne. Na Rusinową Polanę można się też dostać z Palenicy lub z Doliny Filipka. Ten drugi wariant pozwala jeszcze odwiedzić Sanktuarium Maryjne na Wiktorówkach, ale i z samej polany można tam podejść w kilkanaście minut. Nasz wariant był po prostu wyborem dla tych najbardziej leniwych. Co was będę oszukiwał – zależało nam na czasie, a to na tej ścieżce spotkacie najmniej przewyższeń do pokonania. Będąc jednak uczciwym powiem, że to też całkiem ładna trasa i wcale nic nie stracicie, jeśli się na nią zdecydujecie. Nam towarzyszyło słońce przebijające się zza drzew, a ścieżka stała się tak wygodna, że czułem się jak na spacerze w parku.

Teren wreszcie się otwiera

Teren wreszcie się otwiera

 

Ani się obejrzeliśmy, kiedy gdzieś w oddali pojawiły się charakterystyczne elementy polany. Wokół nas kwitła Wierzbówka Kiprzyca, to te różowe kwiatki, a nam pozostał już jeden, płaski i bezproblemowy etap do pokonania. Na Rusinowej Polanie przystanęliśmy na chwilkę, głównie żeby rzucić okiem na majestatyczne szczyty w oddali. W tym celu można wykorzystać liczne ławki i zrobić sobie trochę dłuższą przerwę. Już samo to miejsce może być świetnym celem na wędrówkę z dziećmi, jeżeli szukacie łatwego i widokowego szlaku. O górski klimat dbają też wypasające się tu zazwyczaj owce, a smakoszy oscypków ucieszy pewnie fakt, że ponoć to tutaj można dostać najlepsze. Ile w tym prawdy nie wiem, ale tak twierdziła moja towarzyszka wędrówki. Musicie to sprawdzić sami.

Rusinowa Polana

Rusinowa Polana

 

Świetnie z tej perspektywy prezentuje się Lodowy Szczyt i dalej będę się upierał, że wygląda trochę jak taki mini Everest widziany od północy. Urody dodawały jeszcze białe obłoki leniwie płynące po niebie, a ja powoli już liczyłem na to, że o zachodzie rozświetlą się jakimś ładnym kolorem. Pomarańczowym, czerwonym czy jakimś zbliżonym, którego moje męskie oczy nie potrafiłyby i tak odróżnić.

 

W drodze na Gęsią Szyję

 

Tutaj też warto sobie uświadomić, że łatwo to już było. Że teraz będzie już tylko do góry, pojawi się pot, zadyszka i zmęczenie, ale na koniec też satysfakcja. Drogę na Gęsią Szyję widać od razu, a setki schodów przemawiają do wystraszonej wyobraźni. No i mam tu kłopot z opisem, bo obiektywnie to tego podejścia nie ma aż tak dużo – jakieś 250 metrów. Zdaję sobie jednak sprawę, że kondycja ludzka bywa zawodna, a ścieżka poprowadzona w taki sposób, może dać w kość. Nie lękajcie się jednak! Choćby na raty, ale dacie radę, zwłaszcza że nagroda na górze jest spora.

Ruszamy schodami na Gęsią Szyję. Trochę ich jest

Ruszamy schodami na Gęsią Szyję. Trochę ich jest

 

Ruszyliśmy z zapałem po tych schodach, trzymając raczej spokojne, ale rytmiczne tempo. Mapy wskazywały, że trasa powinna nam zająć niecałą godzinę. Polana zdawała się szybko pomniejszać, a my niknęliśmy w iglastym lesie. Tak, tu też niczym prawdziwy miłośnik drzew, zrobiłem masę niepotrzebnych ujęć. Droga na szczyt sprawia wrażenie trochę złośliwej. Brak tutaj wypłaszczeń, cały czas trzeba cisnąć pod górkę, a kolejne zakręty oszukują człowieka, że do celu już blisko. To, w połączeniu z moją nieumyślną złośliwością (bo gdzie ja tam złośliwy), mogło zirytować koleżankę. „Jesteśmy już niedaleko” – rzucałem to hasło trzykrotnie, niczym wytrawny polityk obietnicami przedwyborczymi. Skuteczność​ miałem podobną, bo pomyliłem się we wszystkich przypadkach, za każdym jednak razem myląc się coraz mniej.

Gęsia Szyja. Wreszcie na miejscu

Wreszcie na miejscu

 

Było może nieco monotonnie, ale droga zleciała nam raczej szybko. Gdy tylko zobaczyliśmy charakterystyczne skałki na szczycie, wykrzesaliśmy z siebie ukryte pokłady energii, by jak najszybciej rzucić okiem na te wszystkie widokowe cudowności. Natychmiast zrzuciliśmy plecaki i rozsiedliśmy się wygodnie. Ile jest schodów w drodze na Gęsią Szyję? Podobno by dotrzeć na wierzchołek, trzeba ich pokonać po drodze aż 1180. Nie liczyliśmy, ale moim zdaniem nie ma ich aż tak dużo, chociaż momentami zdają się ciągnąć i ciągnąć w nieskończoność. Tymczasem rozłożyłem statyw, wyciągnęliśmy z plecaków coś dobrego i tak w ciszy oczekiwaliśmy na zachód słońca. Jedyny minus? Jakieś muchopodobne coś, latające nad naszymi głowami.

Od lewej masyw Wołoszyna, Dolina Waksmundzka i zamykająca ją z prawej strony grań Koszystej

Od lewej masyw Wołoszyna, Dolina Waksmundzka i zamykająca ją z prawej strony grań Koszystej

 

To, co rzuciło się w oczy to fakt, że większość chmur gdzieś się ulotniła. No cóż, nie zmieniło to ani przez chwilę tego, że było wyjątkowo ładnie, zwłaszcza że otoczenie przybierało już ciepłe barwy. Ciekawie wygląda stąd dzika Dolina Waksmundzka, otulona z jednej strony masywem Wołoszyna, a z drugiej granią Koszystej. Sama dolina objęta jest ścisłym rezerwatem przyrody i jest ostoją nie tylko dla tłuściutkich świstaków, ale też nie mniej zaokrąglonych niedźwiedzi, które chętnie wybierają pobliskie zbocza na swoje gawry. Ot, ciekawostka.

 

Gęsia Szyja i panorama ze szczytu. W środku Gerlach

Gerlach

2655 m n.p.m.

11 km

Mała Wysoka

2429 m n.p.m.

11 km

Świstowy Szczyt

2383 m n.p.m.

10 km

Szeroka Jaworzyńska

2210 m n.p.m.

7 km

Batyżowiecki Szczyt

2448 m n.p.m.

11 km

Młynarz

2170 m n.p.m.

8 km

Ganek

2462 m n.p.m.

10 km

Wysoka

2547 m n.p.m.

10 km

Rysy

2503 m n.p.m.

9 km

Ciekawostka
Kliknij! No, śmiało!

 

Już podczas pierwszej wizyty tutaj, stałem się fanem panoramy, jaką można stąd zobaczyć, mimo że sama góra nie powala wysokością. Po pierwsze genialnie widać stąd Gerlach (2655 m n.p.m.) i całą długaśną Dolinę Białej Wody. Kiedyś wędrowaliśmy nią na Małą Wysoką, którą też świetnie było teraz widać. Znajduje się ona na lewo od najwyższego szczytu Tatr, zaraz za tym głębokim wcięciem – to Polski Grzebień. Całkiem przy prawej krawędzi kadru znajdziecie Rysy, a tuż obok dwuwierzchołkową Wysoką. Trochę bardziej w lewo świetnie prezentuje się Ganek (w cieniu), no i nie można zapomnieć też o Młynarzu,  skąpanym w promieniach słońca i zawieszonym niejako nad samą doliną.

Najwyższy na zdjęciu Lodowy Szczyt. Po jego lewej Baranie Rogi

Najwyższy na zdjęciu Lodowy Szczyt. Po jego lewej Baranie Rogi

 

Drugą „osobistością”, która przyciąga wzrok, jest na pewno rozległy masyw Lodowego Szczytu (2627 m n.p.m.) Odrobinę na lewo zobaczycie Baranie Rogi, które akurat z tego miejsca łatwo skojarzyć z… dwoma baranimi rogami. Dalej na lewo nie jest ani trochę gorzej, bo gdzieś tam z drugiego planu wita się z nami Kieżmarski, potem jest jeszcze Kołowy, Jagnięcy (przy lewej krawędzi zdjęcia), no i wreszcie bardzo urodziwe Tatry Bielskie, których urodę mieliśmy już okazję potwierdzić.

Jest po prostu pięknie

Jest po prostu pięknie

 

Co jeszcze widać z Gęsiej Szyi? Odległe wzniesienia Beskidu Żywieckiego, z Babią Górą na czele. Swoją drogą mam wrażenie, że widać ją niemal z każdego miejsca w Tatrach, a swoją sylwetką naprawdę przykuwa uwagę. To w końcu odległości w granicach 50 km. Przy dobrej przejrzystości powietrza, a taką najwyraźniej tego dnia mieliśmy, uda się wam też zobaczyć najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego – Skrzyczne. Znajdziecie go kierując wzrok nieco na prawo od Pilska, do którego zdaje się być przytulony. No i tak obracaliśmy głowami, patrząc jak cienie nielicznych chmur suną w dolinach i jak słońce oświetla już tylko najwyższe wierzchołki. Wzrok oczywiście skradł ostatecznie Gerlach, który „zapłonął” przed samym zachodem.

Widoki z Gęsiej Szyi. W centrum Gerlach. Po lewej Mała Wysoka. Po prawej Młynarz i nieco w tle Ganek

Widoki z Gęsiej Szyi.

 

Zachodzące słońce niknęło niekiedy w niskich chmurach, znajdujących się tuż nad horyzontem, co sprawiało, że okoliczne szczyty chwilami zdawały się rozświetlać ciepłymi kolorami. A kiedy ostatecznie pochwaliłem się już znajomością topografii, mogliśmy z czystym sumieniem zamienić się w niemych widzów tego ulotnego spektaklu. No dobra, nie takich całkiem znowu niemych, bo poza cichym wyrażaniem zachwytu, instruowaliśmy się nawzajem w co wycelować aparat, co wcisnąć i co zmienić, chcąc wyłapać jak najciekawszy kadr.

Na to czekaliśmy. Zachód z Gęsiej Szyi

Na to czekaliśmy. Zachód z Gęsiej Szyi

 

Gęsia Szyja sprawiła nam masę satysfakcji, a zachód słońca to już w ogóle genialny bonus do tych widoków. Dźwięk migawki powoli milknął, a słońce chowało się za horyzontem, co oznaczało tylko jedno – pora wracać na dół. Znów musieliśmy pokonać niezliczone stopnie w drodze na Rusinową Polanę, ale w tym kierunku szło nam to błyskawicznie. Pewnie głównie dlatego, że ograniczyłem się tym razem do bardzo nielicznych, leśnych zdjęć. Nie odmówiłem ich sobie jednak już na polanie, gdzie chciałem po raz ostatni złapać na matrycy trochę tego wieczornego klimatu.

Ostatnie, wieczorne widoki na polanie. Pora wracać

Ostatnie, wieczorne widoki na polanie. Pora wracać

 

Wokół nas było już kompletnie pusto, poza szumem wiatru nie dało się słyszeć żadnego dźwięku, a całe otoczenie spowijał powoli mrok. I mimo najszczerszych chęci trudno mi ubrać cały ten klimat w słowa. Zachęcam więc, żeby kiedyś samemu się tu wybrać, przy czym nie musi być to od razu zachód słońca. Wystarczy, że posiedzicie tutaj późnym popołudniem, żeby chociaż trochę poczuć tę atmosferę, bo jest ona na pewno niepowtarzalna. Nam natomiast nie pozostało nic innego, jak skierować się do lasu i pokonać ostatni odcinek szlaku. Obyło się bez historii, a czołówek używaliśmy dopiero pod sam koniec, kiedy naprawdę zrobiło się ciemno. Głupio byłoby nabić sobie guza, będąc tak blisko parkingu. Wpakowaliśmy graty do samochodu i zadowoleni zakończyliśmy ten udany dzień. Chyba po raz kolejny się okazało, że ja to nawet lubię zachody słońca.

Na Rusinowej Polanie o zmroku

Na Rusinowej Polanie o zmroku

 

Wycieczka na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję to naprawdę propozycja dla każdego. Tak, dla ciebie też. Wg map bowiem, całość trasy w naszym wariancie to niecałe 9 km i około 420 m przewyższeń. Wędrówka na szczyt to kwestia jakichś 2 godzin, przy czym na samą polanę możecie się dostać już po godzinie spokojnego marszu. Wszystko to sprawia, że to świetna opcja dla początkujących, czy jako rozgrzewka przed poważniejszym chodzeniem. Szlak jest względnie krótki, sporo tu ławek na których można wypocząć, a jeśli widoki ci się nie spodobają, to już chyba nic w życiu ci się nie spodoba.

Możecie zajrzeć też do galerii, a może nawet powinniście to zrobić, gdyż znajdziecie tam więcej zdjęć z tego wyjazdu. Zachód na Gęsiej Szyi i Rusinowej Polanie na pewno wam się spodoba. Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Gdybyście natomiast nie wiedzieli co robić z nadmiarem gotówki, to zerknijcie na nasz profil w portalu Patronite. Można zgarnąć fajne zdjęcia. Pozdrawiamy!

11 komentarzy
  • Zbigniew
    Opublikowano o 16:03h, 09 września Odpowiedz

    Byłem 2 dni temu, po 13 letniej przerwie. Nie wiem czy jeszcze tam wrócę. Krótki półgodzinny pobyt uświadomił mi jakim jestem szczęściarzem mogąc pamiętać to tak miłe mojemu sercu miejsce takim jakim było 45 lat temu: bez hałasu traktora, piły spalinowej, ujadającego owczarka, głośno pomstującego na turystów bacy i podjeżdżającej pod bacówkę terenówki. Na tablicy o „kulturowym wypasie” brak jakiejkolwiek wzmianki o Babce i historycznym (choćby ze względu na osobę Papieża) znaczeniu chatki, którą obecnie sprowadzono do roli szopy gospodarczej.
    Jeśli ktoś chce się dowiedzieć czegoś konkretnego, polecam stronę rusinowa.net

  • tadeusz
    Opublikowano o 15:06h, 31 października Odpowiedz

    Suuuuper sprawa te Wasze relacje. Mnie trochę wciągnęły już góry ( tak gdzieś już ze 38 lub 39 lat i co roku do nich wracam). Trochę daleko mam do gór z Mazur ale staram się co roku i co rok gdzieś dreptam ze swoim sprawdzonym i wysłużonym plecaczkiem ze stelażem. Rusinową a szczególnie kościółek na Wiktorówkach odwiedzam prawie każdego roku- te symboliczne tablice pochówku ludzi, którzy zostali w górach na zawsze ( często ratując życie innych) zawsze robią na mnie wrażenie i powodują zadumę. Polecam to miejsce. Pozdrawiam i raz jeszcze gratuluję, Odwalacie kawał dobrej roboty. Do zobaczenia na szlaku.

    • Mateusz
      Opublikowano o 08:14h, 01 listopada Odpowiedz

      Dzięki! Z Mazur faktycznie masz kawałek, ale świetnie, że znajdujesz chęci i czas 😀 A Wiktorówki pewnie odwiedzę przy okazji kolejnej wizyty w tamtych stronach 🙂 Pozdrawiam!

  • Artur Szymanowski
    Opublikowano o 23:24h, 03 października Odpowiedz

    Gęsia Szyja daje jak zwykle piękne widoki. Też miałem przyjemność posiedzieć na niej podczas zachodu, jak i wschodu.

    A oscypki na Rusinowej rzeczywiście dobre, chociaż żętyca z tego miejsca do mniej najbardziej przemawia.

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:32h, 04 października Odpowiedz

      Kurcze, muszę się trochę przyznać, że ja nie jestem specjalnym wielbicielem nabiału 😛 Za to jestem wielbicielem widoku z Gęsiej 🙂

  • Rude
    Opublikowano o 04:00h, 01 października Odpowiedz

    Byłam na Gęsiej parę dni temu o podobnej porze, ale dziwne pomruki dobiegające z krzaków w dole skutecznie zakłóciły mi możliwość delektowania się tymi widoczkami xd

    • Mateusz
      Opublikowano o 08:46h, 02 października Odpowiedz

      Może to z żołądka? 😛 Stawiam na rykowisko jeleni, ale wiadomo, że mądrym to się jest dopiero w domu, przed komputerem 😛 Ostatnio też szybciej przebieraliśmy nogami.

  • Maciej
    Opublikowano o 20:23h, 05 września Odpowiedz

    Rusinowa Polana i Gęsia Szyja to świetne miejsca z pięknymi widokami. Szczerze mówiąc, już mi się tam nawet nie chce iść, bo z narzeczoną byliśmy już XX razy i widok znamy na pamięć, czy latem, czy wiosną, jesienią czy zimą 😉 Ale na wschodzie Słońca jeszcze nie byliśmy, może się wybierzemy 😉 Pozdrawiamy serdecznie wszystkich górowiczów!

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:02h, 06 września Odpowiedz

      Mnie ciekawi widok zimą, ale mam nadzieję, że ta nie przyjdzie zbyt szybko w Tatry 😀 A o wschodzie i zachodzie wszystko ma całkiem inny klimat, więc jeżeli będziecie cierpieć na brak pomysłów, to można się wybrać 21. raz 😛

  • Marcin
    Opublikowano o 00:10h, 27 sierpnia Odpowiedz

    Zacne. Ostatnio miałem wschód słońca na Grzesiu. Złoto lało się wszedzie

    • Mateusz
      Opublikowano o 10:29h, 27 sierpnia Odpowiedz

      O „złotej godzinie” wszystko wygląda jakoś tak inaczej 🙂

Zostaw komentarz