Przełęcz pod Chłopkiem

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem – strach ma moje oczy

Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem miała być dla mnie prawdziwym wyzwaniem.

Lubię jechać w góry, będąc w miarę przyzwoicie przygotowanym. Wiedzieć gdzie i po co idę. No to zaczytywałem się kolejnymi, złowrogimi opisami, oglądałem zdjęcia, aż wkrótce doprowadziłem się do takiego stanu, że… bałem się wyjść na szlak. Miałem ruszać sam i kiedy wyjawiłem swój plan Darkowi, oczekiwałem jakiegoś „dasz radę!” albo chociaż „będzie dobrze!”. Zamiast tego, w przeddzień wyjazdu udzielił mi swojego wymownego błogosławieństwa, pytając: „serio?”. Poważnie Darek, naucz się kłamać.

Serio. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem uchodzi za wymagający, ale ciągle jednak turystyczny szlak. Gdy natrafiłem na wzmiankę, mówiącą o tym, że pod względem trudności ustępuje jedynie Orlej Perci, zacząłem się zastanawiać, po co sobie to robię. Ale z drugiej strony, to kiedy miałem to zrobić? Parę ciekawych miejsc już zaliczyliśmy, nie przejawiałem jakiegoś specjalnego lęku przed przepaściami, a i z trudnościami technicznymi radziłem sobie… przyzwoicie. Ok, może nie jestem tak rozciągliwy i gibki jak rosyjskie gimnastyczki, ale mój styl jest całkiem skuteczny. Musiałem więc spróbować. Musiałem się w końcu przekonać, czy to dla mnie, czy nie.

Aktualizacja: TPN postanowił w niektórych miejscach zamontować łańcuchy oraz dodatkowe klamry, ułatwiające nieco poruszanie się po szlaku.

O poranku zaparkowałem w Palenicy i samotnie ruszyłem przed siebie. Szlak powoli się zapełniał, chociaż liczyłem, że w środku tygodnia i pod koniec wakacji będzie nieco luźniej. Nie było, tutaj chyba nigdy nie robi się pusto. Miałem sporo obaw, a co gorsze, to ja sam je sobie wytworzyłem i to w swojej własnej głowie. Mogłoby się wydawać, że powinienem mieć nad nią kontrolę, ale cholera, zaprogramowałem się tak negatywnie, jakby na przełęczy, już od wczoraj czekał na mnie kat. Najpierw jednak musiałem się rozprawić z asfaltowym odcinkiem prowadzącym do Morskiego Oka.

Skróty w drodze nad Morskie Oko. Tempo mam niezłe

Skróty w drodze nad Morskie Oko. Tempo mam niezłe

 

No co wam będę mówił, to nie jest najbardziej emocjonujący fragment tej wycieczki, a mnie się wyjątkowo spieszyło. Wymyśliłem sobie bowiem, chyba nawet słusznie, że jeżeli wcześnie zabiorę się za te właściwe trudności, już tam na górze, to będę mógł je pokonać samotnie i w spokoju. Kusiło mnie, żeby napisać, że na szlaku nie ma niczego, co warto oglądać, ale z pewnością bym skłamał. No bo sam pamiętam, jak podczas pierwszej naszej wizyty w Tatrach, spodobała mi się chyba najnudniejsza z nudnych, Dolina Chochołowska. Wszystko było nowe, większe i ciekawe. Nie ma co, wybrałem sobie obiekt pierwszych westchnień.

Mieguszowieckie Szczyty i Cubryna. Jestem coraz bliżej

Mieguszowieckie Szczyty. Jestem coraz bliżej

 

Dlatego mogę sobie wyobrazić, że droga do Morskiego Oka też może się komuś spodobać. No bo w oddali gdzieś zza drzew pokazuje się Gerlach, bo Wodogrzmoty szumią, a kiedy już człowiek ma powoli dość, to wreszcie widać majestatyczne Mięguszowieckie Szczyty. Z drugiej strony, kiedy idzie się tamtędy kolejny i kolejny raz, chce się jak najszybciej dotrzeć do celu. Ja chciałem tak bardzo, że uwinąłem się z tym etapem w godzinę i 5 minut. Wreszcie mogłem zachwycić się genialnym otoczeniem tego stawu.

Morskie Oko i błoga cisza

Nad Morskim okiem. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem jest tym głębokim wcięciem przy lewej

 

Było jeszcze wcześnie, ludzi ciągle niewiele, a wszystko to sprzyjało rozmyślaniu. Na rozmyślanie tego dnia nie byłem jednak przygotowany, bo nie wychodziło z tego nic dobrego. Tylko niepotrzebnie się nakręcałem. Pięknie tam, nie powiem, ale Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem zerkała na mnie złowrogo już z daleka. I ja na nią też, żeby już na starcie nie okazać słabości. Przełęcz zawieszona jest mniej więcej na wysokości 2307 m n.p.m., co już w samo sobie jest niezłym wynikiem. To nawet wyżej niż taka Świnica. Teraz wyobraźcie sobie, że lustro Morskiego Oka znajduje się na 1395 metrze i dokonajcie kalkulacji.

 

W drodze na

Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

 

Sporo tego podejścia, a widok otaczających ścian może się wydawać przytłaczający. Wejść? Tam? Taki był plan, więc nie obijając się, ruszyłem wzdłuż tafli wody, gapiąc się na Niżnie Rysy i trochę brzydsze z tej strony Rysy „właściwe”. Spodziewałem się, że to tam tradycyjnie skotłują się wszyscy turyści, a ja w spokoju będę mógł oddać się moim paranoicznym i pielęgnowanym od godzin lękom. Właśnie w tamtej chwili zacząłem zazdrościć ludziom, którzy bez namysłu, refleksji i w sandałach wchodzą gdzie chcą, a dopiero schodząc pytają, gdzie byli.

Ścieżka wzdłuż stawu

Ścieżka wzdłuż stawu

 

Tutaj nie tylko zaczynała się właściwa część mojej wycieczki, ale też wszytko od tego miejsca, miało stanowić dla mnie nowość. Ścieżka początkowo prowadzi przez taki przyjemny, kamienny chodnik, nad którym też nie ma się co rozwodzić. Było miło, rześko, a Mięgusze wyglądały wyjątkowo atrakcyjnie. Nawet wygląd Mnicha zmieniał się z każdym krokiem. W końcu dotarłem do strzałki oznajmiającej skręt do Czarnego Stawu pod Rysami, gdzie postanowiłem trochę przyspieszyć i wyprzedzić jakąś angielską wycieczkę.

Zaczyna się podejście

Zaczyna się podejście

 

No i traf chciał, że to właśnie tam dopadł mnie pierwszy skurcz łydki. Pierwszy raz w górach w ogóle. Co śmieszne, właśnie wtedy też do moich uszu doleciały zdania komplementujące tę część mojego ciała, serio. I tak już byłem rumiany od wysiłku, ale zarumieniłbym się drugi raz. Po angielsku, że niby nie zrozumiem. No, a że ogląda się seriale z napisami i języki się zna, to głupio było mi się zatrzymać i łapać za nogę. Jak to tak przed wielkim światem okazać słabość? Zdusiłem w sobie ból i z udawanym, zawadiackim uśmiechem (chociaż podobno na żadnym zdjęciu się nigdy nie uśmiechnąłem), czmychnąłem do góry.

Morskie Oko i skryte w cieniu schronisko

Morskie Oko i skryte w cieniu schronisko

 

Podejście wg znaków to jakaś godzina, chociaż mnie wydało się to jedną chwilą. Liczne zakosy po ułożonych kamieniach wyprowadziły mnie wprost nad staw, gdzie widoki stały się jeszcze ciekawsze. A jak cicho było! I wiecie co? Wreszcie do mnie dotarło, że ja przecież wcale nie dostałem żadnego nakazu wejścia na tę Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem! Mogłem iść tak wysoko jak będę chciał i jak długo będę się czuł komfortowo, bo w końcu to ja byłem głównym architektem tej wycieczki i mogłem ją przebudować w dowolnej chwili. A jeśli poczułbym się niepewnie, mógłbym zejść z powrotem tutaj. Genialne odkrycie, nie?

Nad Czarnym Stawem pod Rysami. Jest pięknie

Nad Czarnym Stawem pod Rysami. Jest pięknie

 

Urządziłem sobie przerwę, rzuciłem okiem na otaczające mnie szczyty i skierowałem wzrok w stronę Kazalnicy. To bodaj najsłynniejsza i najbardziej znaczącą ściana polskiego taternictwa i naprawdę robi ona wrażenie. I tak się właśnie składało, że w drodze na Przełęcz pod Chłopkiem, szlak miał mnie wyprowadzić na sam jej czubek. Skierowałem się więc w stronę zielonych oznaczeń, obserwując jednocześnie, jak zdecydowana większość wybiera szlak na Rysy, po czym zacząłem podchodzić do góry.

Ruszam zielonym szlakiem do góry

Ruszam na Przełęcz pod Chłopkiem

 

Początkowo nie działo się tam nic szczególnego. Nabierałem wysokości, krocząc wśród kosówki po kamiennych głazach i obserwowałem, jak schronisko w oddali się pomniejsza. Nawet skurcz łydki wpasował się w rytm mego marszu, odzywając się co kilkaset kroków. Pomyśleć, że nigdy wcześniej nie zdarzyło mi się to w górach. Mój organizm miał już tyle okazji, tyle różnych i prostszych beskidzkich szlaków do wyboru, ale nie. To musiało się stać akurat w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Mówię wam, Prawo Murphy’ego istnieje.

Morskie Oko z każdym krokiem coraz mniejsze

Morskie Oko z każdym krokiem coraz mniejsze

 

Ścieżka nie była na razie trudna, owszem czasami trzeba było wyżej podnosić nogi, ale szło się raczej bezproblemowo. W zasięgu wzroku miałem dwie inne osoby, ale poza tym było pusto i cicho – tak jak sobie zaplanowałem. Tylko czasami dało się słyszeć jakiś donośny głos, czy kamień spadający w dół zbocza. Szybko zlokalizowałem zespół wspinający się na ścianie Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego, a widok ich postępów miał mi towarzyszyć aż do samej przełęczy. Wyczekiwałem powoli tych osławionych trudności. Gdzieś przecież musiały się kryć i faktycznie, coraz częściej musiałem korzystać z pomocy rąk. Nie było to nic strasznego, ot jakiś kamienny próg czy kilkanaście stabilnych schodków. Może przekraczając żleb i poruszając się wzdłuż strumienia poczułem przypływ emocji, ale ciągle nie było to nic strasznego. Warunki miałem bowiem świetne. Pogodnie, sucho i bezwietrznie.

Przez żleb wzdłuż spływającego strumienia

Przez żleb wzdłuż spływającego strumienia

 

Szlak prowadził łukiem, najpierw w zachodnim kierunku, by w końcu zakręcić w lewo i skierować mnie w miejsce, gdzie zabawa rozpoczynała się na dobre. Tyle, że wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. A zaczęło się całkiem niepozornie, bo od takiej niewielkiej i dobrze urzeźbionej formacji skalnej. Pełno stopni, sporo chwytów, a ja szedłem kompletnie sam, więc ze stoickim spokojem, ale dysząc już coraz głośniej, wchodziłem uważnie do góry. A tam? Lekki zakręt i dłuuuuga, stroma, skalna rynna. Znów przyjąłem pozycję niemowlaka uczącego się raczkować i z pełnym wykorzystaniem wszystkich kończyn piąłem się do góry.

Trzeba być skupionym

Trzeba być skupionym. Podejście na Kazalnicę

 

Czy to miejsce jest trudne? I tak, i nie. Rzeźba terenu jest naprawdę dobra i nie ma tam kłopotu ze znalezieniem chwytów czy stopni. Jeżeli macie już jakieś obycie z Tatrami Wysokimi, to raczej nie powinniście mieć kłopotu z pokonaniem tej przeszkody. Nie zmienia to jednak tego, że za plecami mamy sporo stromego zbocza, co może działać niektórym na wyobraźnię. No i samo to miejsce ciągnie się długo, bo to żaden trzymetrowy próg, a kilkudziesięciometrowa rynna. Obciąża to nogi i jest męczące nie tylko fizycznie, ale też mentalnie. Trzeba być cały czas skoncentrowanym. Wiecie co jest jednak najlepsze? Gdy dostaniecie się już na górę tej formacji, znajdziecie się w bodaj najbardziej rozpoznawalnym miejscu na szlaku. Tak, tym miejscu z klamrą.

Najsłynniejsze miejsce w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

Najsłynniejsze miejsce w drodze na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

 

I w zasadzie człowiek pojawia się tam bezrefleksyjnie, bo wychodzi zza załamania terenu, a przez głowę przebiega coś w stylu: „to już?”. Dalej mamy kilka metrów eksponowanego trawersu, który doprowadzi nas (uwaga, uwaga) do kolejnej skalnej przeszkody! Sama ścieżka obrywa się z lewej strony (podchodząc) przepaścią i faktycznie jest wąska, ale szczerze mówiąc, to nie poczułem tam żadnych emocjonujących dreszczy. Chyba, że te w prawej, mojej ulubionej nodze. Mimo wszystko, jeżeli macie lęk przed ekspozycją, to zalecam tu uwagę, co robię zresztą zawsze. Dobrze i rozsądnie jest się sprawdzić na jakimś łatwiejszym szlaku, żeby wiedzieć, czy takie otoczenie nie zadziała paraliżująco. Niby krótki fragment, ale głupio byłoby się potknąć.

Nie ma czasu na odpoczynek. Cały czas do góry

Nie ma czasu na odpoczynek. Cały czas do góry

 

No, a jakbyście mieli mało „wspinaczki”, to już kawałek dalej szlak lekko zakręca w prawo i znów musimy użyć rąk. Jest tam nawet klamra, których na szlaku jest kilka i stanowią jedyne ułatwienie w wędrówce. Znów, obiektywnie nie jest tak trudno pod względem technicznym, jeżeli podłoże jest suche. Jednak cały ten odcinek może niektórym obciążać psychikę. Wszak jesteśmy wysoko w górach i cały czas trzeba iść w skupieniu. Po czasie daje to w kość, a w kość dostają przede wszystkim nogi, zwłaszcza jeżeli podobnie jak ja, zabieracie na szlak sporo wody w plecaku. Po prostu uważajcie, zwłaszcza że po chwili robi się ciut łatwiej.

Ta wygląda ten etap z góry

Ta wygląda ten etap z góry

 

Zmachałem się dosyć konkretnie, przyznaje, więc ucieszyło mnie to, co zobaczyłem. Poczułem też lekką ulgę, bo nigdy wcześniej nie pokonywałem tylu przeszkód w jednym ciągu, a poszło mi to zaskakująco sprawnie, mimo gigantycznych obaw. Nie byłbym sobą, gdybym nie zaczął od razu wyobrażać sobie zejścia, ale szybko odrzuciłem te myśli. Dość tego negatywnego myślenia. Kopuła Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego była już świetnie widoczna, wypatrzyłem też dalszy przebieg szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem, po czym już łatwiejszym terenem udałem się na Kazalnicę. Tempo miałem świetne, pogoda była rewelacyjna i do pełni szczęścia brakowało mi tylko czegoś dobrego do jedzenia. Dlatego też zaplanowałem dłuższą przerwę, po pierwsze żeby coś przegryźć, a po drugie żeby trochę rozmasować i porozciągać nogi. Taki aerobik na Kazalnicy.

Widok z Kazalnicy i ja

Widok z Kazalnicy i ja

 

Widok stąd jest imponujący. Po wschodniej stronie znajdują się Rysy i Niżnie Rysy, gdzieś za nimi wychyla się Wysoka, a w dole znajduje się Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami. Otoczenie naprawdę malownicze, a w dodatku dopiero stąd widać, jak długo ciągnie się Dolina Rybiego Potoku, którą przecież prowadzi najsłynniejszy kawałek asfaltu w Tarach. Kierując wzrok na lewo od doliny, zobaczyć można m.in. Miedziane, Opalone i masyw Wołoszyna. Ładnie widać też Ceprostradę, zmierzającą na Szpiglasową Przełęcz.

Ja natomiast patrzyłem coraz częściej w stronę Przełęczy pod Chłopkiem. Nazwa pochodzi od charakterystycznej iglicy skalnej, która z daleka może się kojarzyć z ludzką sylwetką. Spędziłem na Kazalnicy dłuższą chwilę, bo perspektywa naprawdę przypadła mi do gustu. To żadne łagodne zbocze, tylko pokaźne urwisko, a to dosyć znacząco zmienia punkt widzenia. No i przyznać się muszę, że podążyłem za modą XXI wieku, kupując najprawdziwszy kijek do selfie. Spokojnie, nie będę was jednak karmił zdjęciami mojej facjaty. Po prostu ludzka sylwetka trochę lepiej oddaje górską przestrzeń.

Ścieżka jest wąska, ale nie jakoś dramatycznie wąska

Ścieżka jest wąska, ale nie jakoś dramatycznie wąska

 

Internet solidnie nakarmił mnie obawami dotyczącymi dalszej drogi eksponowaną galerią, ale że tego dnia czułem się całkiem dobrze, to już bez większych obaw poszedłem dalej. Zresztą zdjęcia są trochę bardziej dramatyczne niż rzeczywistość, więc nie ma co z góry zakładać najgorszego. I kto to mówi, nie? Co się okazało? Ścieżka jest wąska, racja, ale relacje wspominające, że nie ma tam miejsca na wyminięcie się z drugim człowiekiem są najzwyklejszą przesadą, bo taki odcinek ciągnie się może przez kilka czy kilkanaście metrów. Warunkiem koniecznym jest oczywiście brak lęku przed eksponowanymi miejscami i suche podłoże, bo idąc na przełęcz, po prawej będziemy mieli strome zbocze. I to też nie jest tak, że ścieżka nagle obrywa się pionową ścianą, nie. Zwykłe, trawiaste zbocze, które jednak może i uspokaja lekko psychikę, ale każde potencjalne zachwianie i potknięcie może skutkować pogrzebem. Jeśli cię znajdą i poskładają do kupy.

Podejście na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

Podejście na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

 

Tutaj jest za to już mniej stromo, bo to bardziej taki łagodny i długi trawers ściany Czarnego Mięgusza. Nie zmienia to faktu, że znów przyjdzie nam się zmierzyć ze skalnymi przeszkodami, chociaż nie są one już tak długie jak te pod Kazalnicą. Najtrudniejszym dla mnie miejscem był niewielki próg skalny, który trzeba pokonać, żeby przewinąć się już w stronę samej przełęczy. Dosłownie kilkadziesiąt metrów od celu. Podłoże stanowią skalne płyty, które są względnie gładkie i pokryte mało przyczepnym pyłem. Kiedy jest tam mokro, na pewno jest jeszcze trudniej. W przypadku przymrozków chyba bym sobie ten szlak odpuścił, żeby podśpiewywane pod nosem „Ach jak przyjemnie!”, nie zamieniło się w „Anielski orszak niech twą duszę przyjmie”.

Kluczowa przeszkoda w podejściu galeryjką. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem jest tuż za nią

Kluczowa przeszkoda w podejściu galeryjką. Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem jest tuż za nią

 

Byłem tam naprawdę czujny i dwa razy sprawdzałem każde miejsce, zanim na dobre obciążałem stopę. No, a po przejściu moim oczom ukazała się już nieodległa Mięguszowiecka Przełęcz pod Chłopkiem. I tutaj faktycznie ścieżka stała się tak wąska, jakby była przeznaczona dla jednej osoby, ale też nie jakoś dramatycznie wąska. W internecie znalazłem wzmiankę, że należy wręcz „przytulić się” do ściany i stawiać kroki bokiem do kierunku marszu. No nie, na szczęście aż tak nie trzeba kombinować i można zupełnie normalnie przejść na Przełęcz pod Chłopkiem, jeśli oczywiście nie przerazi was spora przepaść po prawej stronie. Tak, w końcu dotarłem do celu.

Koprowy Wierch. Z tyłu grań Hrubego

Koprowy Wierch. Z tyłu grań Hrubego

 

Przełęcz jest łagodna i rozległa, więc śmiało można tu zrobić dłuższą przerwę. Wreszcie można też rzucić okiem na stronę słowacką w kierunku Doliny Hińczowej, gdzie świetnie widać szlak prowadzący na Koprowy Wierch. Sam Koprowy też wygląda nadspodziewanie dobrze, bo z tej perspektywy to taka ładna i foremna piramida. Widok ten ucieszył mnie głównie dlatego, że rok wcześniej mieliśmy okazję wędrować na jego wierzchołek, skąd obserwowaliśmy m.in. Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem. Wtedy wydawała się nieosiągalna, a teraz proszę: stoję tu na własnych, nieco zmęczonych nogach. W dole widać Wielki Hińczowy Staw, a za nim piękną Grań Baszt. Znalazłem sobie wygodny kawałek trawnika i kontemplując cud natury, przygotowywałem się do kolejnego wyzwania.

Grań Baszt i Wielki Hińczowy Staw

Grań Baszt i Wielki Hińczowy Staw

 

Bo wiecie, tak na dobrą sprawę, to ja bardzo nie lubię kończyć wycieczek na przełęczy i wcale nie po to tu przyszedłem. Siedziałem więc w pobliżu mocno nieoficjalnej ścieżki prowadzącej na Mięguszowiecki Szczyt Czarny i starałem się użyć wyobraźni, by jak najlepiej zobrazować sobie to, co zobaczyłem i przeczytałem w zasobach internetu. No ale siedzę i widzę, że ktoś patrzy to na szczyt, to na mnie. Na pewno widzieliście jakiś hollywoodzki film, w którym jeden bohater spogląda na drugiego, ich wzrok się spotyka „i już wiedzą, że to to”. No, to my też wiedzieliśmy, że mamy wspólny cel.

Wymieniliśmy kilka zdań, po czym ruszyliśmy wzdłuż wydeptanej autostrady (choć ciągle jednak nielegalnej) w kierunku kolejnego wyzwania. I co? I nic. Po kilku minutach wisiało nad nami widmo otrzymania kwitu opiewającego na całkiem pokaźną kwotę, co już zupełnie wyleczyło nas z entuzjazmu. Grzecznie się wycofaliśmy, a ja wróciłem do siedzenia, zajadania czegoś dobrego i wydawania z siebie dźwięków zachwytu. Widoki z przełęczy na pewno są warte wysiłku i kilku godzin marszu.

Dolina Rybiego Potoku i Morskie Oko

Dolina Rybiego Potoku i Morskie Oko

 

W końcu perspektywa powrotu zaczęła się nieubłaganie do mnie zbliżać, a to oznaczało ponowne zmierzenie się z wszystkimi przeszkodami na trasie. Nie przepadam za schodzeniem i przychodzi mi to z większym trudem, ale mój początkowy strach już dawno uleciał. Oczywiście nie zamierzałem robić tego z rękami w kieszeniach, ale wiedziałem, że zachowując uwagę, nie powinienem mieć z tym kłopotów. No i właśnie, co do uwagi, to ten szlak też jest pod tym kątem wyjątkowy. Odcinki w których trzeba utrzymać koncentrację są naprawdę długie, a to sprawiało, że działałem w takim ciekawym, pozytywnym napięciu. Spakowałem się i ruszyłem w stronę galeryjki. I to tam znajdowało się miejsce, którego się najbardziej obawiałem – mówię poważnie.

Widoki z przełęczy

Widoki z okolic Przełęczy po Chłopkiem

 

Podejście na Kazalnicę było długie, owszem, ale było sucho, rzeźba terenu była dobra, więc zakładałem, że powoli stamtąd zlezę. Natomiast w tym miejscu, na tych niewygodnych i gładkich płytach, gdzie trudno było wcisnąć kawałek buta, odezwał się we mnie stres. Uwierzcie mi, znam siebie i właśnie w takich miejscach najczęściej lądowałem w swoim życiu na tyłku. Cóż, strach ponownie miał wielkie oczy, a ja ruszyłem już szybciej w stronę Kazalnicy. Widoki były rewelacyjne, a idąc w tym kierunku, łatwiej było zwracać uwagę na szczegóły krajobrazu. Ciekawie wyglądały Tatry Bielskie, ale główną atrakcją był chyba widok Morskiego Oka, położonego prawie 900 metrów niżej. Idąc galerią, trzeba zmierzyć się jeszcze z drobnymi, skalnymi progami, ale nie było to specjalnie trudne zadanie. Został mi ostatni fragment grani, która może i wydaje się z daleka wąska i niedostępna, ale idąc nią, wcale tego nie odczuwałem.

Powoli w stronę Kazalnicy

Powoli w stronę Kazalnicy

 

Ponownie zjawiłem się na Kazalnicy i postanowiłem chwilę odpocząć przed chyba najtrudniejszym odcinkiem na szlaku. Tak jak pisałem wcześniej, kłopoty wcale nie wynikają z tego, że trzeba umieć się wspinać na jakimś wysokim poziomie. Absolutnie nie, bo z tym odcinkiem jest w stanie poradzić sobie każdy, kto ma jakieś obycie z podobnymi miejscami na innych szlakach. Kłopoty może sprawić niektórym to, że brakuje tu sztucznych ułatwień i odcinek ten jest dosyć długi, a schodząc doskonale widzimy opadające z jednej strony urwiska. No, ale nie jest też tak strasznie, bo jeżeli jest sucho, to rzeźba terenu pozwala na spokojne schodzenie, co udowodniłem sam sobie.

Nieliczne klamry na szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

Nieliczne klamry na szlaku na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem

 

Odetchnąłem trochę z ulgą i w sumie powoli zaczynałem odczuwać coś na kształt satysfakcji. Ja wiem, że dopóki nie zejdzie się na sam dół, to trzeba się pilnować. Mimo wszystko dolny odcinek trasy jest już łatwiejszy, ekspozycja zanika, a bliskość Czarnego Stawu pod Rysami działa uspokajająco. Cywilizacja, z wszystkimi plusami i wadami, była na wyciągnięcie ręki. Grzało już dosyć mocno, a moje solidne zapasy wody były na wykończeniu. Postanowiłem więc jeszcze przez chwilę posiedzieć gdzieś w cieniu, zerkając tylko czasami na odległą już Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem.

Ostatni trudniejszy fragment

Ostatni trudniejszy fragment

 

Co ciekawe, ściany Mięguszy są tak okazałe, że mimo południa, nie miałem kłopotu ze znalezieniem cienia. Rozsiadłem się gdzieś na skraju „Bandziocha” i odpoczywałem. Urocza nazwa, prawda? To nic innego, jak kocioł lodowcowy, w tym przypadku dosyć okazały. Wciśnięty jest między zbocza Mięguszowieckiego Szczytu Czarnego i Wielkiego, z górującym nad nim jeszcze tym trzecim – Pośrednim. No, a gdzieś pod tymi stromymi ścianami, zauważyć można szczątkowy Lodowczyk Mięguszowiecki, czyli całoroczny płat wiecznego śniegu.

Rysy (po prawej) i Niżnie Rysy

Rysy (po prawej) i Niżnie Rysy

 

Jeszcze tylko obniżyć się kawałek wzdłuż płynącego strumyka, uważać żeby nie wrócić z wycieczki z pamiątkowym siniakiem i zanim się spostrzegłem, wkroczyłem w piętro kosówki.  Tutaj było już łatwo. Stabilne głazy wyznaczały ścieżkę, która niechybnie sprowadzała mnie w stronę stawu. Znów pięknie prezentowały się Niżnie Rysy, ale odpuściłem sobie dłuższy odpoczynek na tej plaży. W porównaniu z porankiem, kiedy było tu niesamowicie cicho, teraz kręciło się tu już sporo osób. Zamiast tego, postanowiłem obejść Morskie Oko od drugiej strony, bo nigdy wcześniej nie miałem ku temu okazji. Momentalnie uleciał gdzieś klimat tej wycieczki, ciszę wypełniły rozmowy, a ja musiałem zgrabnie lawirować w tej turystycznej rzece. I w sumie było mi to kompletnie obojętne. Zmęczony, ale zadowolony kroczyłem wzdłuż lustra wody, przysłuchując się rozmowom i zerkając na wzniosłe ściany w oddali. Ot, taki własny świat.

Niżnie Rysy górujące nad stawem

Niżnie Rysy górujące nad stawem

 

Minąłem jeszcze Dwoistą Siklawę, czyli ciekawy wodospad który na pewno warto zobaczyć, no i wyszukałem sobie jakiś zacieniony głaz, żeby wreszcie się trochę poobijać. Według map, droga z Palenicy na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem zajmuje 6 godzin samego marszu. Ja uwinąłem się w 3:55 h i to wliczając już wszystkie przerwy. Jak nic zasłużyłem na dłuższą chwilę lenistwa. Powrót standardowo mi się za to dłużył. Trudne było to przejście z eksponowanych ścieżek na nudny i płaski asfalt. Wstąpiłem jeszcze do schroniska, kupiłem butelkę wody i rzucając ostatnie spojrzenie za siebie, ruszyłem w dół. Nie było innego wyjścia – musiałem ten etap jakoś zmęczyć, a wymyśliłem sobie, że zbiegając skrótami, szybciej będę to miał za sobą. Proste rozwiązania bywają najskuteczniejsze.

Dwoista Siklawa. Warto tu zaglądnąć

Dwoista Siklawa. Warto tu zaglądnąć

 

I kiedy wreszcie dotarłem na parking, kiedy wreszcie rozsiadłem się wygodnie w fotelu mojego samochodu, mogłem uśmiechnąć się w duchu sam do siebie. Strach po raz kolejny miał moje oczy. Przecież to ja sam stworzyłem sobie te lęki, z którymi później osobiście musiałem się mierzyć na górze. Zwycięsko, a jakże. I żebyście mnie dobrze zrozumieli – ten szlak jest trudny. Jeżeli nie mieliście jeszcze do czynienia z Tatrami Wysokimi, to może wybierzcie coś innego, łatwiejszego, co wstępnie oswoi was z ekspozycją czy skalnymi przeszkodami. Tych, w drodze na Przełęcz pod Chłopkiem zdecydowanie nie brakuje.

Teraz już tylko w dół wygodną ścieżką

Teraz już tylko w dół wygodną ścieżką

 

Zmierzam jednak do tego, że to ciągle turystyczny szlak, a jeżeli faktycznie nieźle radzicie sobie w górach i nie przeraża was bliskość przepaści, to nie warto tych trudności demonizować. Być świadomym zagrożenia, nie lekceważyć go, ale nie piętrzyć sobie w głowie problemów, które równie dobrze mogą na szlaku nie wystąpić i was nie dotyczyć. Bo szczerze mówiąc, to bawiłem się tam naprawdę świetnie, a działanie w tym ciekawym stanie napięcia i uwagi, bywa niesamowicie satysfakcjonujące. I pewnie się powtórzę, nie wiem już który raz, ale żeby wam poszło równie gładko jak mnie, warto być dobrze przygotowanym i świadomym własnych możliwości. Lepiej je poznać na jakimś łatwiejszym szlaku. Ot, choćby Kozim Wierchu (z Doliny Pięciu Stawów), pętelce na Szpiglasowy Wierch, czy w końcu Kościelcu, gdzie nie uświadczycie obecności sztucznych ułatwień.

I to tyle. Szlak jest piękny, emocjonujący, zapewnia prawdziwe, wysokogórskie przeżycia. Podobał mi się niesamowicie, mimo że początkowo tak bardzo się go obawiałem. Jest to jednak szlak wymagający nie tylko ze względu na występujące trudności, ale również kondycyjnie. Startując jak ja, w Palenicy Białczańskiej, do pokonania zostaje 23 km trasy i prawie 1600 m przewyższeń. Według map, trzeba na niego poświęcić niemal 11 godzin. Długi i pogodny dzień na pewno ułatwi zadanie, bo zdecydowanie łatwiej pokonywać go przy suchej skale. Bawcie się dobrze i bezpiecznie!

Możecie zajrzeć też do galerii, gdzie znajdziecie znacznie więcej zdjęć z tej wędrówki. Wycieczka na Mięguszowiecką Przełęcz pod Chłopkiem jest wymagająca pod względem pokonywanych trudności, ale też wymaga niezłego przygotowania kondycyjnego. Zerknijcie więc, czy to coś dla was. Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Pozdrawiamy!

24 komentarze
  • Beata
    Opublikowano o 22:05h, 02 grudnia Odpowiedz

    Świetny opis i mistrzowski styl, Lubię czytać a już bardzo lubię czytać, kiedy ktoś umie przekazać to co przeżył w taki przystępny aczkolwiek bardzo poprawny , czasem dowcipny sposób, ukazując wszystko takim, jakim jest naprawdę…nie demonizując ale też nie ukrywając, że całkiem łatwo nie było. Bardzo obiektywny i mądry tekst. Rozumiem Ciebie dokładnie bo przed pójściem na Orlą naczytałam się o naoglądałam i bałam się jak nie wiem. Jednak już na Małym Kozim Wierchu wiedziałam,że to jest to i że mój strach był na wyrost. Przeszłam najtrudniejszy odcinek od Zawratu do Koziego Wierchu jak burza – zaczęliśmy też od Kalenicy a na Kozim byłam już przed 11.00 było super i nigdzie nie miałam żadnych problemów. Tempo było super i mogliśmy zrobić tego dnia bez problemu całą Orlą do Krzyżne ale ja jestem z tych co się rozkosz,ują widokami i taki sprint mi się nie podoba. Był cudowna pogoda więc powiedzieliśmy na Kozim dwie godzinki i zeszlismy. Miesiąc później zrobiliśmy odcinek Granaty od Skrajnego do Zadniego i zeszliśmy Żlebem Kulczynskiego.Poszło jak z płatka. Potem na zimowo weszliśmy jeszcze na Zadni Granat( ja o mąż bo razem łazimy) w przyszłym roku planuję dokończyć Orlą, Chlopka, Wysoką i Czerwoną Ławkę, i moje marzenie wejść na Mnichaz przewodnikiem. Pozdrawiam Beata

    • Mateusz
      Opublikowano o 14:46h, 03 grudnia Odpowiedz

      Dzięki! Miło to czytać 😀 To był w ogóle bardzo ciekawy wypad, bo tak jak tam gdzieś pisałem – spodziewałem się wszystkiego, co najgorsze 😛 Natomiast mając już jakieś doświadczenie i przygotowanie, okazało się, że no wcale nie było tak źle. Dlatego pewnie fajnie sobie stopniować doznania i trudności, bo potem jest łatwiej 🙂 Super plany – mam nadzieję, że się uda 🙂

  • Justyna
    Opublikowano o 20:10h, 07 września Odpowiedz

    Wow! Jestem pod wrażeniem, myśleliście o karierze w branży dziennikarskiej?😁 Już dawno nie widziałam tak dobrej, szczegółowej i poetyckiej relacji z wyprawy 🙂 podczas czytania waszych opisów wypraw można zamknąć powieki i oczyma wyobraźni widzi się piękne Mięgusze…🙂 Dla jednego wyczynem jest sarnia skała,dla drugiego będzie to Gerlach 🙂 Jak to ostatnio powiedział jeden z braci Bargiel,każdy ma swoje K2🙂 trzymam za was kciuki, jak najwięcej udanych wypraw i tyle samo powrotów 😁 powodzenia!😊

  • Pawełek
    Opublikowano o 10:58h, 10 sierpnia Odpowiedz

    A ja zupełnie nie rozumiem skoro naczytałeś się wcześniej głupot w internecie czemu powielasz je dalej. Byłem wczoraj, szlak jest bardzo łatwy, wszystkie miejsca wspinaczkowe mają tak dużo uchwytów że klamry na dobrą sprawę wcale nie są potrzebne. Jedynie pod samą przełeczą skały są ostre, trzeba delikatnie się trzymać. Tuż przed przelęczą lunął deszcz, większą część zejścia mi towarzyszył, też nie zmieniło to specjalnie nic. Szlak polecam ze względu na fantastyczne widoki ale dla szukających wrażeń technicznych jest średni.

    • Mateusz
      Opublikowano o 12:14h, 11 sierpnia Odpowiedz

      Na świecie jest 7 miliardów ludzi. I pisanie, że szlak jest łatwy, jest najzwyklejszym i tanim kłamstwem. Bo łatwy, to on był dla ciebie. Jak zapewne wiesz, odbieranie wszelkich szlakowych trudności jest mocno subiektywne. A że czytają to tacy wymiatacze jak ty, ale też zupełni amatorzy, to przecież muszę wziąć odpowiedzialność za swoje słowa, żeby ktoś niedoświadczony potem nie żałował. Piszesz, że jest sporo chwytów – przecież dokładnie to napisałem: „Czy to miejsce jest trudne? I tak, i nie. Rzeźba terenu jest naprawdę dobra i nie ma tam kłopotu ze znalezieniem chwytów czy stopni. Jeżeli macie już jakieś obycie z Tatrami Wysokimi, to raczej nie powinniście mieć kłopotu z pokonaniem tej przeszkody.” A to zdanie chyba jasno mówi, że nie staram się nikogo straszyć, a cały tekst odnosił się do moich subiektywnych wrażeń: „Zmierzam jednak do tego, że to ciągle turystyczny szlak, a jeżeli faktycznie nieźle radzicie sobie w górach i nie przeraża was bliskość przepaści, to nie warto tych trudności demonizować.”

      Pozdrawiam i życzę samych udanych wycieczek 🙂

      • Pawełek
        Opublikowano o 07:55h, 15 sierpnia Odpowiedz

        W sumie masz rację, przekonuje mnie taka argumentacja. Nie chciałem wyjść na zarozumialca, wręcz przeciwnie, jeśli chodzi o Tatry uważam się za początkującego – było to moje pierwsze w tym roku, a jakieś 7 w ogóle wyjście w góry. Po prostu też czytałem wcześniej, że to jeden z najtrudniejszych szlaków a poszło gładko mimo przelotnej burzy, Na zejściu z Kościelca chociażby miałem chwilę paniki wisząc na samych rękach, tam nic nie widać 😀
        Przy okazji, robisz świetne zdjęcia!
        Pozdrawiam,

        • Mateusz
          Opublikowano o 10:25h, 15 sierpnia Odpowiedz

          Ja Ciebie też rozumiem i nie chciałem, żeby poprzedni komentarz źle zabrzmiał – sam demonizowałem ten szlak, a potem w praktyce okazało się, że poszło gładko 🙂 Jednak tak jak wspomniałem, nie chciałbym napisać że to banał, bo nie każdy ma odpowiednie predyspozycje do pokonywania takich szlaków. W rozmowie z kolegami mogę powiedzieć, że było łatwo, ale pisząc do czytelników muszę zakładać, że zaglądają tu różni ludzie 🙂 Wolę więc, żeby zachowali trochę więcej rozwagi. Mimo wszystko gratuluję, że sprawnie rozprawiłeś się z trasą, bo jest naprawdę piękna!

          Dzięki i pozdrawiam! 🙂

  • Adam
    Opublikowano o 20:49h, 19 czerwca Odpowiedz

    A mógłbyś rozwinąć ten fragment z nieudanym wejściem na Czarny? Jak daleko mniej więcej udało wam się dojść i jak to było, że ktoś was zawrócił 🙂 Ciekawość mnie zżera bo w tamtym roku wraz z grupą znajomych mieliśmy podobne wątpliwości, ale w końcu ruszyliśmy na szczyt i na nasze szczęście nikt nam w tym nie przeszkodził… a pewien osobnik, który podobnie jak ty wszedł na przełęcz sam, przyłączył się do nas 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 19:56h, 20 czerwca Odpowiedz

      Niedaleko, ledwo się od przełęczy oddaliliśmy. No sam jesteś przykładem, że niektórym się udaje, a niektórym nie 🙂

  • Imnię
    Opublikowano o 19:29h, 19 czerwca Odpowiedz

    Na Mięgusze, pamiętam, wziąłem „abibasy” do pamiątkowego zdjęcia. Ale, żebym się tak jarał trudnościami tego szlaku to zupełnie nie pamiętam. Było to około 20 lat temu. Czy od tego czasu zmieniono i utrudniono szlak?
    „Abibasy” – lekkie buty do chodzenia przydały mi się na tym cholernym asfalcie do Moka i na samej przełęczy. Przerażenia w oczach osób bliskich i postronnych trudno zapomnieć. „YYY, ty w tym wszedłeś na górę???!!”

    • Mateusz
      Opublikowano o 19:53h, 20 czerwca Odpowiedz

      20 lat temu nie było Internetu, a teraz łatwo dać się zastraszyć opisom 😀 Nie taki diabeł straszny, ale wolę zalecać uwagę, żeby nikogo nie mieć na sumieniu. A asfalt z Moka faktycznie okropny – skutecznie zabija entuzjazm.

  • wujek wiesiek
    Opublikowano o 15:24h, 19 czerwca Odpowiedz

    A na giewont jest ciezko wejsc?

    • Szymon
      Opublikowano o 08:27h, 21 czerwca Odpowiedz

      przed wczoraj wchodziłem z 8 letnią córką , nie miała żadnych problemów, wchodziliśmy od Kasprowego Wierchu przez Kope Kondracką jedyny trudniejszy fragment jest na jednokierunkowym szlaku pod szczytem , są łańcuchy , trochę gorzej się schodzi ale tylko na odcinku z łańcuchami , do Zakopanego zeszliśmy Doliną Malej Łąki przez Przełęcz Kondracką zero problemów

  • Martyna
    Opublikowano o 13:24h, 26 maja Odpowiedz

    A jakie polecasz te łatwiejsze szlaki, żeby się sprawdzić? Żeby było trochę emocji i wysokości. Dzięki za odpowiedz 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 14:53h, 26 maja Odpowiedz

      Cześć! Szpiglasowy Wierch – od strony Morskiego Oka emocji nie ma, ale widoki ze szczytu świetne. Od strony Pięciu Stawów całkiem fajne, ubezpieczone łańcuchami podejście na przełęcz. Można się tam co nie co sprawdzić. Kozi Wierch z piątki też może być dobrym celem. W mojej opinii nie jest trudno, chociaż pewnie są ze dwa miejsca, gdzie wypada mocniej uważać. Widoki równie genialne 🙂 No, a potem Kościelec – brak ubezpieczeń, trzy ciekawe, trudniejsze miejsca, gdzie trzeba samemu kombinować, gdzie postawić stopę 🙂 Po słowackiej stronie może Koprowy Wierch? Trudności raczej nie ma, ale pod szczytem już pojawia się lekka ekspozycja. To oczywiście moja subiektywna opinia, bo na taką Świnicę wchodziło mi się jednak gorzej, niż na Kościelec, mimo braku ułatwień na tym drugim 🙂

  • Tomasz
    Opublikowano o 15:51h, 11 września Odpowiedz

    Fajnej po” ludzku ” opisane przedewszystki MOTYWUJĄCE! (Jak dla mnie ).pisz pisz
    Pozdrawiam, do zobaczenia na szlaku

    • Mateusz
      Opublikowano o 19:22h, 11 września Odpowiedz

      Dzięki! Takie opinie są bardzo budujące 🙂 Mam nadzieję, że opis ci się przyda. Pozdrawiam! 🙂

  • Julita
    Opublikowano o 19:49h, 07 września Odpowiedz

    Ty górski Kubico! 🙂
    Ja też zawsze oglądam te wszystkie filmy (oczywiście z tą muzyką pełną grozy), czytam opisy i się nakręcam. Idę, idę, idę i stres gorszy niż przed maturą 😀 A potem jakoś idzie i nawet nie zauważam tych wszystkich przerażających miejsc 😉
    W ostatni weekend niestety nie udało się zobaczyć NIC i nie wlazłam na nic (MOK, Piątka i Roztoka – zwiedziłam schroniska.,..), ale teraz powracam – może zaliczę Kozi Wierch, bo jeszcze nie byłam. Zabieram osobę, która będzie drugi raz w Tatrach, więc nic trudnego nie zrobię, ale kto wie, może jak się rozpędzę, to chociaż z Koziego na Zawrat jeszcze skoczę ponownie :)) Trzymaj kciuki za pogodę, właścicielu pięknych łydek 😀 I może w końcu do zoba gdzieś kiedyś na szlaku 😉

    • Mateusz
      Opublikowano o 02:28h, 08 września Odpowiedz

      Cześć! Ty to wiesz jak prawić komplementy 😛 Filmiki oczywiście kręcone są bardzo szerokokątnym obiektywem, więc wydaje się zawsze, jakby delikwent chodził po ostrzu noża 😛 Teraz pogoda ma być dobra, sami jedziemy gdzieś podreptać, ale raczej w Zachodnich. Powodzenia i do zobaczenia!

      • Julita
        Opublikowano o 06:48h, 08 września Odpowiedz

        Też myślałam o Zachodnich, ale z racji tego, że kumpela była ostatnio pierwszy raz w Tatrach, to mam sto pomysłów na minutę 😀 Niech na początek się trochę zmęczy na Kozim… 😉
        Czekam na relację:)

  • Kamil
    Opublikowano o 19:00h, 07 września Odpowiedz

    Świetna lektura na wieczór! Dobrze wiedzieć, że nie taki diabeł straszny jak go w internetach malują 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 19:07h, 07 września Odpowiedz

      Dzięki! Tak, nie jest AŻ TAK trudno. To ciągle trudny szlak, porównując go z innymi. Ja się natomiast tak nakręciłem, że w przeddzień wyjazdu się zastanawiałem, czy to jednak dobry pomysł 😛 A poszło spokojnie 🙂 Warunki oczywiście takie, żeby mieć trochę doświadczenia na podobnych trasach i być w miarę odpornym na ekspozycję. Przy suchej skale emocje są fajne, ale idąc w skupieniu nie jest źle 🙂 Na pierwszy raz oczywiście nie polecam, bo każdy inaczej odbiera szlakowe trudności. Pozdrawiam!

      • Kamil
        Opublikowano o 20:18h, 07 września Odpowiedz

        Zdaję sobie sprawę, że to szlak z wyższej półki, ale internety bardzo często porównują ją z Orlą, a nawet mówią, że trudniej. Teraz widzę, że wcalek tak nie jest 🙂 A przede wszystkim cieszy mnie perspektywa wejścia tam w lipcu/sierpniu w następnym sezonie, kiedy to wszyscy będą ciągnąć na Rysy 🙂 Pozdrowienia i kolejnych wypadów z tak dobrą pogodą!

        • Mateusz
          Opublikowano o 02:25h, 08 września Odpowiedz

          Właśnie, nie można też tego miejsca demonizować, bo to ciągle jednak szlak turystyczny 😉 Dobre przygotowanie, trochę obycia z górami i nie powinno być źle 🙂 Życzę więc powodzenia! 🙂

Zostaw komentarz