Podejście do stacji Meteo

Meteo – przystanek w drodze na Kazbek

Ruszamy w stronę dawnej stacji meteorologicznej, która pełni teraz funkcję bazy pod Kazbekiem.

Do Stepancmindy docieramy wieczorem. To pierwszy moment, w którym zaczynam naprawdę myśleć o Kazbeku. Tak bardzo chcę go zobaczyć, że upatruję go w każdym, ciemnym konturze, który w jakikolwiek sposób odcina się od granatowego nieba. Któryś z nich musi nim przecież być.

Właśnie wracamy z Juty, gdzie kończyliśmy tygodniowy trekking przez Tuszetię i Chewsuretię. Rewelacyjna przygoda, która niemal zupełnie mnie pochłonęła, ale która właśnie dobiegała końca. Jakoś tak naturalnie robiła chyba miejsce na kolejne wyzwania. A Mkirwancweri, jak mawiają na szczyt Gruzini, był pierwszą tak dużą górą, o której odważyłem się pomyśleć nie w kategoriach marzenia, a celu.

To była zima. Chyba jakoś przełom roku. Ten moment mniej więcej, w którym dojada się świąteczne sałatki, potem wskakuje na wagę, a po zobaczeniu niekorzystnego rezultatu, drzwi lodówki otwiera się po raz kolejny, by wyjąć jeszcze serniczek. Bo w sumie zaraz nowy rok, wymyśli się jakieś fit postanowienie, więc jeszcze te kilka dni można się porozpieszczać. Gdzieś jednak pomiędzy jednym „Last Christmas”, a drugim, coś we mnie pękło. Zupełnie niechcący usłyszałem zdanie, które mną wstrząsnęło: „Mikołaj nie istnieje!” Nie mogłem uwierzyć. Jak to nie istnieje? Czyli to dlatego nie dostawałem prezentów? Wcale nie jestem niegrzeczny? No kamień z serca. Szybko wyciągnąłem wnioski. Może nie warto w nieskończoność czekać bezczynnie na tyłku, aż ktoś sam przyjdzie z podarunkiem?

W stanie podwyższonego poziomu sałatki jarzynowej we krwi, napisałem więc któregoś dnia do agencji Mountain Freaks, bo kojarzyłem, że to oni są specami od gruzińskich gór i wojaży. Trochę w tym wina Wiecznej Tułaczki, bo wrzucała te różne ładne zdjęcia, opisywała egzotyczne dla mnie miejsca, a wiecie, jaki człowiek jest. Też by czasami chciał zrobić coś, co mu się w głowie nie mieści. A mnie wyjazd na Kaukaz, a na Kazbek to już w ogóle, w głowie się nie mieścił, mimo że całkiem pojemna i głupot tam tysiąc. Po wymianie kilku maili trochę już jednak wiedziałem. Przede wszystkim, że te sałatkowe kilogramy wypadało zrzucić.

Początki nie były łatwe, ale w końcu bieganie jakoś weszło mi w krew. Biegałem, gdy padał śnieg i biegałem, gdy padał deszcz. Biegałem nawet wtedy, kiedy warunki były zupełnie zwyczajne. Początkowo życie uprzyjemniała mi muzyka w słuchawkach, ale w końcu uznałem, że to zbyt duże ułatwienie. Miało być tak nudno, żebym już po wyjściu z domu miał ochotę zawrócić. Prawdziwy trening siły woli.

Największe problemy tkwiły jednak wewnątrz mnie. Klasyczne rozterki: czy to na pewno dla mnie, czy dam radę, czy nie porywam się od razu na coś, co na pewno przekracza moje możliwości. Przecież do tej pory nie postawiłem stopy w żadnych górach, które byłyby wyższe niż Tatry. Do Gruzji leciałem sam, bo Darek nie zdecydował się na udział w wyprawie, więc nieustannie towarzyszyła mi niepewność. Żebyście widzieli tę huśtawkę nastrojów. Od „Pojadę w Bieszczady i dam się zjeść niedźwiedziowi, więc nie będę musiał lecieć”, po „Grawitacja to dziwka, ale ja będę jej alfonsem”. Każdy dzień był niespodzianką.

Czas do wyjazdu zleciał szybko. Chyba zawsze tak jest. W międzyczasie ogarnąłem bilety, skompletowałem sprzęt i pełen obaw, ale też ekscytacji, ruszyłem do Gruzji. Pierwszy tydzień mieliśmy poświęcić na wspomniany wyżej trekking, który udał się wspaniale, a w drugim mieliśmy szeptać Kazbekowi miłe słówka, żeby łaskawie wpuścił nas na szczyt. No i oto jesteśmy w przeddzień wymarszu.

 

Kazbek chlebem stoi. Rozdział I

Kazbek ze Stepancmindy

 

09.08.2018

Poranek jest pogodny. Wychodzę przed budynek i wreszcie widzę szczyt. Nie na jakiejś pocztówce, nie w artykule na stronie, tylko własnymi oczami. Widzę go nawet bez okularów, znaczy duży. Uświadamiam sobie, że właśnie stoję mniej więcej na wysokości 1700 m n.p.m., a według ostatnich pomiarów, jego czubek znajduje się ponad trzy kilometry wyżej, na 5054 m n.p.m. Nieco działa to na moją wyobraźnię, ale nie czuję jeszcze niczego specjalnego. Niech sobie tam na razie stoi i czeka. Nie jestem znowu taki łatwy, żebym już po pierwszym spojrzeniu miał wzdychać do jakiejś kupy lodu.

Tego dnia nie robimy zbyt wiele. Wieczorem bawiliśmy się na tradycyjnej kolacji, czyli suprze, podsumowując nasz dotychczasowy pobyt w Gruzji. Była masa pysznego jedzenia, wino i śpiewy. Część grupy szykowała się powoli do powrotu, a część wyczekiwała już na to, co miało dopiero nadejść. No, a teraz jedliśmy śniadanie, a ja odniosłem wrażenie, że dotknęły mnie pierwsze, wysokościowe halucynacje. W drzwiach widzę bowiem Magdę – Wieczną Tułaczkę. Magda jest jednak całkiem prawdziwa i nawet mamy chwilę czasu, by zamienić parę słów. Świat jest mały, co?

Po południu docierają wreszcie pozostali uczestnicy wyprawy, a my lokujemy się w pensjonacie. Jedyne, co nieco uwiera mnie w potylice, to kwestia spakowania się. Niby wyruszyć mieliśmy dopiero kolejnego dnia i to koło południa, ale chciałem, chociaż wstępnie, przemyśleć system upychania ciuchów. Zadanie i tak mieliśmy całkiem łatwe i już tłumaczę dlaczego.

Otóż, kiedy zbieraliśmy się tydzień temu, by wyruszyć do Tuszetii, mogliśmy oddać agencji w depozyt to, co będzie nam potrzebne dopiero na Kazbeku. Uprząż, kask, ciepłe majtki z golfem na szelkach i inne termoaktywne cuda. No i analogicznie było teraz, bo mogliśmy zostawić to, co nam nie będzie potrzebne w czasie pobytu w obozie zlokalizowanym przy dawnej stacji meteorologicznej i odebrać to dopiero po zejściu z gór. Miło, nie? Jeszcze lepiej rysowała się sprawa transportu bagażu, bo mogliśmy go rozdzielić na dwie części. Jeden plecak jechał na grzebiecie konia aż do bazy, a to, co było nam niezbędne, mieliśmy nieść sami.

Bogactwo wyboru i możliwych kombinacji nieco zakręciło mi w głowie, ale wstępnie obmyśliłem strategię, którą postanowiłem wdrożyć dopiero kolejnego dnia. Ważniejszą kwestią w tamtym momencie była wieczorna kolacja i odprawa. To tam mieliśmy usłyszeć od liderów wyprawy o wszystkich zagrożeniach i niebezpieczeństwach. Oczywiście wspólny posiłek to dobra okazja, by się poznać, ale grupa była chyba zbyt liczna, bym mógł wszystkie imiona zapamiętać. Palców u dłoni mam bowiem tylko dziesięć, a cztery z nich zarezerwowane były już dla moich trekkingowych towarzyszy – Czarka, Mela, Witka i Moniki. Mimo wszystko integrować się warto, bo przecież nie wiadomo, z kim przyjdzie nam się związać liną na lodowcu, albo czyje chrapanie będziemy musieli znosić w namiocie. Wieczór mijał nam więc całkiem sympatycznie, chociaż jednocześnie trzeba było się skupić na tym, co miało nas wkrótce czekać.

Od Ewy i Niki, właścicieli agencji, usłyszeliśmy dodatkowo o odpowiednim ubiorze, o zmiennych warunkach pogodowych, o tym, by dbać o nawodnienie i wypoczynek, no i żeby zwracać uwagę i zgłaszać ewentualne symptomy choroby wysokościowej, bo te mogą się już pojawić. Dalej jeszcze było o tym, jak wygląda życie w bazie, co może nas tam zaskoczyć, co będziemy robić w czasie całej wyprawy i co ostatecznie spakować przed jutrzejszym wymarszem. Bo jutro nadeszło zaskakująco szybko.

 

10.08.2019

To ten dzień. Za parę godzin ruszymy w stronę przygody, ale najpierw pakowanie i zakupy. Przede wszystkim trzeba pamiętać o tym, by nie odesłać na koniu raków oraz śpiwora. Te rzeczy bowiem będą nam potrzebne jeszcze zanim do bazy się dostaniemy. Dzisiaj mamy podejść na wysokość około 3000 m n.p.m., tam spędzić noc, więc fajnie mieć śpiwór, a kolejnego dnia, przez lodowiec (więc fajnie mieć raki), mamy się już dostać do Meteo (Betlemi Hut), jak po prostu określa się bazę pod Kazbekiem. Podejście rozdzielone jest na dwa dni nie dlatego, że to jakoś strasznie daleko. Po prostu mieliśmy już przekroczyć tę granicę, na której zdecydowanie zdrowiej jest nabierać wysokości stopniowo. Wiecie, cała ta słynna aklimatyzacja, z którą naprawdę nie ma żartów. W końcu dla wielu z nas wyprawa była nowym doświadczeniem i nie mieliśmy nawet pojęcia, jak nasze organizmy zareagują.

W międzyczasie korzystamy jeszcze z wolnego i idziemy na zakupy, bo w czasie tych kilku dni trzeba coś jeść. Kalorie, energia i te sprawy. No i pomysły żywnościowe są różne, królują raczej liofilizaty, czyli dania, które wystarczy zalać wrzątkiem, ale dobrze taką dietę jest czymś urozmaicić. W Stepancmidzie, bo taką aktualnie nazwę nosi miasteczko, znane wcześniej jako Kabzegi, są sklepy (nawet jeden taki większy), więc spokojnie można tam dostać coś, co przełamie monotonię ryżu z proszku. Warto też kupić jakieś słodycze, np. chałwę, bo ta akurat nieźle znosi mrozy, co może być przydatne w czasie ataku szczytowego.

Naszą uwagę przykuwa jednak niewielki kiosk, który pełni rolę piekarni. W środku dwóch panów wyrabia ciasto, mają tam najprawdziwszy piec i wystarczy w zasadzie poczekać kilka bądź kilkanaście minut, by dostać świeże i gorące pieczywo. Takiej okazji nie zamierzamy przepuścić, zwłaszcza że ponoć na wysokości różnie to z apetytem bywa. Warto mieć coś lekkiego i smakowitego, więc wrzucamy po dwa bochenki do reklamówek i wracamy do pensjonatu. Ostatni raz sprawdzamy, czy o niczym nie zapomnieliśmy, a chwilę później wybija godzina zbiórki. Pakujemy się do busów, które podwożą nas nową, wyasfaltowaną drogą w okolice klasztoru Cminda Sameba (2170 m n.p.m.). To stamtąd mamy zacząć właściwy marsz w stronę góry.

 

Sielankowe początki. Rozdział II

Stepancminda, czyli dawniej Kazbegi

 

Ostatni tydzień spędziliśmy na trekkingu, więc trochę tych gruzińskich zwyczajów zdążyliśmy już podpatrzeć. Kiedy więc Ania, jedna z liderek naszej grupy oznajmiła, że mamy 15 minut wolnego czasu na zwiedzanie klasztoru, od razu przemnożyliśmy to przez „współczynnik gruziński”. Ze skomplikowanego wzoru nam wyszło, że na miejscu możemy spędzić co najmniej pół godziny, bo tutaj żyje się po prostu nieco inaczej. W sensie – nie ma się co spieszyć. No ty my też (ja, Mel i Czarek) spieszyliśmy się jakby mniej, niż normalnie. Zresztą miejsce to uchodzi za jedno z najbardziej charakterystycznych w regionie, więc szkoda byłoby tak po prostu przejść obojętnie. Wiadomo, czy będzie czas i humor, by wrócić tutaj po wyprawie?

Klasztor Cminda Sameba na wzgórzu

Klasztor na wzgórzu

 

Zwiedzanie, chociaż przyjemne, jest raczej pobieżne. Wkrótce zbieramy się w komplecie i ruszamy szlakiem. Plecak nie był jakoś wybitnie ciężki. Pewnie z 10 kg ważył, ale to jeszcze nic, nad czym można by się użalać. Mój model pozbawiony jest natomiast pasków, dzięki którym dałoby się przytroczyć śpiwór, a duży plecak z jedzeniem i ciuchami pojechał na koniu do Meteo. Trochę kombinowaliśmy i w końcu Mel pożyczył mi taśmy, przy pomocy których udało nam się ten problematyczny ładunek jakoś wcisnąć na górę plecaka. Kłopot był jednak taki, że niechcący skonstruowaliśmy wahadło i przy omijaniu kamieni trochę bujało mną na boki. Jakbym prosto z siłowni wyszedł albo z baru.

Wnętrze klasztoru Cminda Sameba

Wnętrze klasztoru Cminda Sameba

 

Wszyscyśmy jednak byli jeszcze pełni sił i entuzjazmu. Pierwszy odcinek naszego pochodu do Betlemi Hut jest raczej łatwy i śmiało można się tutaj wybrać na jakąś jednodniową wycieczkę ze Stepancmindy. Plan był bowiem taki, że tego dnia przewiniemy się przez przełęcz Arsza, a następnie kawałek dalej, w miejscu zwanym Saberdze, rozbijemy namioty. Dojście do bazy miało nas zajmować kolejnego dnia. Ścieżka jest wyraźna i oczywiście trzeba podchodzić do góry, ale w dole widać klasztor, a w tle górujący nad miastem masyw Kuro i jest po prostu ładnie. Przed nami natomiast gdzieś powinien być Kazbek, ale jakoś tak wyszło, że schował się za chmurą. Wstydniś.

Sielankowe widoczki

Sielankowe widoczki

 

Trekkingowe doświadczenie, że tak górnolotnie to nazwę, sprawiło, że nieco większą uwagę przywiązywaliśmy do swojego tempa. Szybko stało się jasne, że nikt nie rozdaje tutaj nagród, za najszybsze dojście na nocleg. Nie było więc sensu się forsować, łapać jakiejś niepotrzebnej zadyszki, a potem się zastanawiać, czy to nie zaszkodzi naszej aklimatyzacji. Trzeba było znaleźć taki rytm, żeby raczej oddychać, niż dyszeć.

A to Ania, nasza liderka

A to Ania, nasza liderka

 

Wokół jest ciągle zielono, więc mój mózg ma jeszcze kłopot z przyswojeniem sobie faktu, gdzie jestem i co zamierzam tu robić. No i dobrze, bo pogoda jest niezła i idzie się względnie beztrosko. Kilkadziesiąt minut później docieramy do charakterystycznej kapliczki. Znak to, że znajdujemy się na przełęczy Arsza, w okolicach 2940 m n.p.m. Teraz ruszamy lekko w dół, całkiem wygodnym trawersem, a następnie docieramy nad brzeg wartkiego strumienia. Normalnie bym pewnie panikował, że znowu wpadnę do wody, jak to już w Gruzji bywało, ale brzegi połączone są całkiem solidną drabiną, która służy za mostek. Bez przygód przechodzimy dalej i czeka nas już tylko lekkie, ostatnie podejście. Koniec roboty na dzisiaj.

Takim mostkiem przekraczamy rzekę i idziemy na miejsce obozowiska

Takim mostkiem przekraczamy rzekę i idziemy na miejsce obozowiska

 

W zasadzie to prawie koniec, bo jeszcze musimy zadbać o to, żeby mieć gdzie spać. O namioty nie musieliśmy się martwić, bo zapewniała je agencja, ale dosyć duże poruszenie wywołał fakt, że niektóre są większe od innych. Los, w połączeniu z naszymi pięknymi uśmiechami sprawił jednak, że zupełnie przypadkiem, właśnie taki z Czarkiem otrzymaliśmy! Jeszcze się dobrze wyprawa nie zaczęła, a już tyle szczęścia. Kto by pomyślał.

Może gdyby ktoś to oglądał z boku, to byłby innego zdania, natomiast bardzo sprawnie uwinęliśmy się z budową naszego obozowiska. Potem w zasadzie niewiele się działo, bo czas mijał na piciu herbaty, no a ja dogadzałem sobie jeszcze moim nowym przysmakiem, czyli świeżym chlebem i masłem orzechowym wprost z gigantycznego słoika. Żeby jakoś zagospodarować sobie czas wolny, wieczór spędziliśmy w Altihut, czyli znajdującym się nieopodal… schronisku? Dalej nie mam pojęcia, czym tak naprawdę jest ten budynek. Ceny noclegów są mało konkurencyjne, mówiąc oględnie, (jakieś 100 euro za noc), natomiast miejsce to bardzo dobrze nadaje się do tego, by wypić w środku herbatę, posiedzieć i pogadać z ludźmi. Jakby nie patrzeć, jest nieco przytulniej niż w namiocie. Są stoliki, krzesła, a to wszystko sprzyja poznawaniu innych członków grupy.

Namioty rozbijamy w miejscu zwanym Saberdze

Namioty rozbijamy w miejscu zwanym Saberdze. Altihut w tle

 

Kiedy wypiliśmy już wystarczającą ilość herbat i soków, rozeszliśmy się do swoich namiotów. Na takiej wysokości jeszcze nie spałem. Oczywiście wiem, że te 3000 m n.p.m. to nie granica troposfery, ale zastanawiałem się, czy poczuję jakiekolwiek objawy. W pamięci miałem jeszcze nocleg sprzed kilku dni, ledwie na 2500 m n.p.m., gdzie spałem naprawdę kiepsko, no i rozważałem, czy łączyć to z wpływem niższego ciśnienia, czy jednak nie. W końcu nie miałem później problemów z pokonywaniem przełęczy Atsunta czy Chaukhi, więc… dlaczego ja tyle myślę?! Będzie, co ma być. Teraz już nie mam na to wpływu.

„I loooove you beeejbe” budzi mnie ze snu. Ktoś ma wyjątkowo dobry humor i raczej przeciętny głos. Mimo wszystko śpiew nie przeszkadza mi jakoś mocno. Normalnie może faktycznie bym się pogniewał, że mnie wyrwał z objęć Morfeusza, ale po pierwsze wiem, że nie jestem w hotelu, a po drugie z moim samopoczuciem wszystko ok. W zasadzie przez chwilę, to się nawet cieszę, że mogłem się obudzić, bo dzięki temu przekonałem się, że skoro czuje się dobrze i nic mi nie dolega, to mogę spokojnie wracać spać. Nadążacie? Bo ja już się nie przejmowałem.

 

Przez lodowiec do Meteo. Rozdział III

Szczyt czasami pokaże się między chmurami

 

11.08.2019

Nawet nie wiem, jaki ten poranek był. Chyba jednak pogodny, bo kojarzę, że chcieliśmy nieco przesuszyć namiot i śpiwory po nocnej mżawce. Zabraliśmy się też za robienie śniadania, które w moim przypadku uzupełniał ponownie chleb i masło orzechowe. Na brak kalorii nie mogłem narzekać, a przecież nie po to też narażałem plecy na garba, żeby teraz sobie przysmaków odmawiać. Najważniejsza była jednak ponownie herbata. Najpierw kubek lub trzy przed wymarszem, a do termosu i butelki kolejne dwa litry.

Dzisiaj czekał nas raczej lekki odcinek, bo trasa do bazy to może trzy, czy cztery godziny marszu. W spokoju spakowaliśmy plecaki i złożyliśmy nasze obozowisko. Przyjemnie nam się spało w tym trzyosobowym namiocie, nie powiem. Przestronnie i z miejscem na odrobinę własnych gratów. Naturalnie więc, że nie chcieliśmy się z nim rozstawać. Tymczasem szefostwo zarządziło ich zbiórkę, by odesłać je na grzbietach koni do Meteo. A co, jeśli tam na miejscu już takiego dobrego nie wylosujemy? Żal trochę.

Poranek z widokiem na Altihut

Poranek z widokiem na Altihut

 

Tak bardzo żal, że podzieliłem się moimi smutkami z Witkiem i Melem. Oni obawy mieli podobne, natomiast szybciej wpadli na rozwiązanie. To akurat było proste: trzeba zabrać namiot na własnych plecach. Nie mogliśmy go sobie tak po prostu schować do plecaka, bo przy liczeniu pojawiłyby się pewne nieścisłości, ale sprawę, przy pomocy swojego uroku osobistego, szybko pomógł załatwić Czarek. Podzieliliśmy ładunek na pół, a kiedy już się upewniłem, czy mnie dodatkowa waga nie złamie, ruszyliśmy dalej.

Wreszcie widać Kazbek

Wreszcie widać szczyt

 

Już kilka chwil po opuszczeniu Saberdze, krajobraz diametralnie się zmienił. Zieleń ustąpiła miejsca wszechobecnym głazom, kamieniom i kamyczkom. Gdzieniegdzie przecinaliśmy niewielkie strumienie, a otoczenie robiło na mnie coraz większe wrażenie. W międzyczasie pokazał się też Kazbek. Co prawda o poranku gdzieś tam między chmurami wychylił swoją lodową czapę, co i tak powodowało poruszenie w obozie, ale teraz doskonale widać było skalę wyzwania. I wiecie co? Może i ładnie wyglądał, bo taki ośnieżony pięknie kontrastował z błękitem nieba, ale ciągle nie czułem jeszcze żadnego stresu. Niby wiedziałem, że będę próbował tam wejść, ale jakoś odkładałem to na bliżej nieokreślone „później”.

Kazbek jeszcze daleko, ale już w drodze do Meteo jest co pooglądać

Kazbek jeszcze daleko, ale już w drodze do Meteo jest co pooglądać

 

W międzyczasie teren stał się jeszcze bardziej surowy, przecięliśmy jedną większą, wezbraną rzekę, a potem nadeszła pora na nowe przygody. Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy ten cały lodowiec. Temu akurat na imię było Gergeti – ładnie, nawiasem mówiąc, no i nie był to koniec pierwszych razów, bo już za chwilę mieliśmy na niego wleźć. Wyobraźcie sobie, że chodzicie po Tatrach, Beskidach, czy Karkonoszach. Czasami, jak się chcecie odchamić, to bierzecie książkę w dłoń i czytacie o tych wszystkich, wysokich górach świata. Że jakieś lodowce tam żyją i że aklimatyzować się trzeba, bo nie da się tak po prostu wyjść na szczyt bezpośrednio z pociągu, że śnieg cały rok zalega na szczytach i w ogóle inne, bajkowe sprawy. Jednorożców tylko brakuje.

Przez lodowiec ruszamy do bazy Meteo

Przez lodowiec ruszamy do bazy Meteo (Betlemi Hut)

 

No i teraz stoję tam ja. O, taki tam chłopak, który naczytał się o tych cudach przyrody, a teraz właśnie ubiera raki, żeby usłyszeć ten charakterystyczny dźwięk wbijania ich w śnieg. Kaukaz i pięciotysięcznik w tle. Wszyscy zatrzymaliśmy się przed lodowcowym jęzorem i przystąpiliśmy do przygotowań. Potem podzieliliśmy się na grupy, a do każdej z nich przydzielony został przewodnik. Zalecenia? Iść gęsiego tuż za jego plecami. Chodzenie po „tym czymś” wydaje się proste – wystarczy nie wpadać do szczelin. Nie wiązaliśmy się na tym odcinku, bo ponoć nie było potrzeby, zwłaszcza o tej porze roku, kiedy wszystkie były dobrze widoczne. Mimo wszystko te pierwsze kroki nie były zbyt pewne. Gdzieś tam w środku czułem napierającą na czoło myśl, że być może idę po dziurawej, jak ser, kupie śniegu i lodu. Podchodziło się natomiast całkiem przyjemnie i raczej spokojnie zdobywaliśmy teren. Pod górkę, ale nie jakoś morderczo.

Karawana jadąca do bazy

Karawana jadąca do bazy

 

Warunki dopisują, chwilami jest doprawdy mocno pocztówkowo i jakoś tak niepostrzeżenie rozprawiamy się z Gergeti. Czeka nas jeszcze krótkie podejście po sypkim podłożu i wreszcie pojawimy się w miejscu, które stanie się naszym domem na najbliższe dni. Oto znaleźliśmy się przy Betlemi Hut, czyli dawnym budynku stacji meteorologicznej, na wysokości mniej więcej 3650 m n.p.m. Zaklepujemy sobie wstępnie miejsce pod namiot, ale szybko znajdujemy lepsze. Co prawda w okolicy nieco śmierdzi, ale podłoże jest płaskie, a miejsca starczy dla nas i chłopaków. Śmierdzi zresztą i tak wszędzie.

Betlemi Hut, czyli dawny budynek stacji meteorologicznej

Betlemi Hut, czyli dawny budynek stacji meteorologicznej

 

Obok rozbijają się jeszcze dziewczyny, no i w zasadzie nasze obozowe życie będzie się teraz toczyło na trasie namiot, źródło wody, toaleta. Toaletą z kolei w Meteo może być wszystko. Owszem, nieco poniżej znajduje się przeznaczony ku temu budynek, ale strzelam, że najniższe „pokłady” pamiętają jeszcze ZSRR. Sporo osób wybiera więc odległe i ukryte za załamaniem terenu kamienie, chociaż pewnie bywają i tacy, którym zbyt daleko od namiotów odchodzić się nie chce. Szybko zdecydowałem więc, że małe mydło w płynie i żel antybakteryjny, będę nosił profilaktycznie w kieszeni spodni.

W bazie jest co oglądać

W bazie jest co oglądać

 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o ten dzień. Żadnych, dodatkowych aktywności już nie przewidywano. Mieliśmy się skupić wyłącznie na odpoczywaniu, co wbrew pozorom jest niezwykle istotne. Jeszcze przed wymarszem rozprawialiśmy, jak za ten cały szczyt się zabrać. Raczej od razu się zgodziliśmy, że nie wszystko będzie zależne tylko od nas. Góry rządzą się przecież swoimi prawami, pogoda bywa zmienna i kapryśna, a zdolność do aklimatyzowania się jest kwestią mocno indywidualną i zależną poniekąd od genów. Nikt z naszej wąskiej, kilkuosobowej grupy nie był do tej pory na szczycie o podobnej wysokości, więc ciężko było prognozować, jak zachowają się nasze organizmy.

Głupio byłoby jednak wracać do domów z poczuciem, że czegoś nie dopilnowaliśmy, albo coś mogliśmy zrobić lepiej. Kiedy nie wejdziesz na szczyt, bo powstrzyma cię pogoda, ale wiesz, że zrobiłeś wszystko jak należy, to jakoś tak łatwiej pogodzić się z wynikiem wyprawy. Wiecie, o co chodzi? O poczucie, że dałeś z siebie tyle, na ile było cię stać.

 

Życie w Betlemi Hut i aklimatyzacja. Rozdział IV

Ten namiot dzielnie mi służył przez kilka dni wyprawy

 

Gdybym miał więc określić to, na co zwracaliśmy szczególną uwagę w bazie, to byłyby to cztery czynniki: picie, jedzenie, wypoczynek i higiena. Korzystaliśmy tutaj z doświadczeń naszych liderek, przewodników, wspomagaliśmy się własną wiedzą, czy artykułami znalezionymi w necie.

Nawodnienie jest o tyle istotnym czynnikiem, że wraz ze wzrostem wysokości, spada ciśnienie atmosferyczne. Mówiąc obrazowo, każdy wdech dostarcza nam mniej tlenu. No i nasz organizm stara się to jakoś wyrównać, stosując różne te swoje skomplikowane, biologiczne sztuczki. Nie będę się wymądrzał, ale z bardzo skomplikowanych, medycznych artykułów zapamiętałem może tylko tyle, że aby tlen skuteczniej po ciele rozprowadzić, produkowane są czerwone krwinki. To one odpowiadają za jego transport, ale ich nadmiar sprawia, że krew gęstnieje, co może zwiększać ryzyko zakrzepów. Ogólnie robią się różne takie cuda i padło gdzieś tam jeszcze słowo hipoksja, natomiast absolutnie nie wiem, po co w ogóle rozpoczynałem temat, o którym nie mam pojęcia. Po prostu pijcie herbatkę, ok?

Ten budynek pełni w Meteo rolę toalety. Widok za to cudowny

Ten budynek pełni w Meteo rolę toalety. Widok za to cudowny

 

Drugi czynnik jest oczywisty. Jeśli nie dostarczymy organizmowi kalorii, to będzie on słabiej funkcjonował. I nie byłoby w tym nic trudnego, gdyby nie to, że niektórzy na wysokość reagują brakiem apetytu. Mnie szczęśliwie to nie dotyczyło i jedzenie smakowało mi, jak zwykle, natomiast bywa pewnie tak, że trzeba wciskać w siebie coś na siłę. Dlatego powtórzę, że warto mieć na tę okazję coś smakowitego.

Rozmawiamy, pijemy herbatę i oglądamy widoki. Normalny dzień w Meteo

Rozmawiamy, pijemy herbatę i oglądamy widoki. Normalny dzień w Meteo

 

Trzecia sprawa, dotycząca odpoczynku, też jest istotna. Nawet nie chodzi o to, żeby leżeć w namiocie i nic nie robić. Chodzi raczej o to, żeby się zbytecznie nie forsować. Raczej powoli spacerować, szukać sobie własnego tempa, no i nawet za potrzebą, jeśli nie ma takiej konieczności, nie biegać.

No i higiena, w Meteo szczególnie ważna. Woda z lodowca poprowadzona jest długim wężem, więc w teorii powinna być wolna od zanieczyszczeń. Niestety ponoć w historii zdarzały się przypadki, że ktoś ze źródła uczynił sobie prywatną toaletę. Co się potem działo, można się domyślić. Dlatego gotowanie to chyba najpewniejszy sposób, by nie nabawić się jakiegoś rozstroju żołądka.

Gergeti widziany od góry

Gergeti widziany od góry

 

Pewnie doskonale już wiecie, na czym spędziliśmy resztę dnia. Na piciu herbaty, a jakże. Sprawdziliśmy też prognozy na następne dni, bo może nie uwierzycie, ale w bazie zasięg jest niezły i bez problemów mogliśmy korzystać z internetu. Oczywiście polecam zakup gruzińskiej karty, żeby nie zabiły was koszty. Wracając do pogody, to moim oczom ukazały się tak wielkie ikony słońca, że większych nie dało się już wstawić. Temperatura mocno przyjemna, jak na tutejszą wysokość oczywiście, a wiatr jakiś miał być, ale raczej niezbyt mocny. Aż się nam nieswojo zrobiło, bo przecież to tylko prognoza. Co, jeśli zrobimy sobie niepotrzebnie nadzieję? W końcu Kazbek jest samotnym, wysokim szczytem i prognozowanie czegokolwiek z kilkudniowym wyprzedzeniem, może być tylko ogólną wskazówką, a nie pewnikiem. Na takich też wnioskach postanowiliśmy zatem poprzestać.

Nasz kącik kuchenny w Meteo

Nasz kącik kuchenny w Meteo

 

Wieczorem z kolei usłyszeliśmy jeszcze kilka słów od Ani i Dominiki, liderek wyprawy, na temat planu działania na kolejny dzień. Spać kładłem się więc w dobrym nastroju, bo wszystko szło zgodnie z planem. Do czasu. Według legendy to właśnie tutaj, do zboczy Kazbeku przykuto Prometeusza (gruz. Amirani), który miał cierpieć męki za podarowanie śmiertelnikom ognia. W nocy stał mi się on szczególnie bliski. Ja również cierpiałem, może tylko mniej szlachetnie i może w mniej wzniosłej sprawie. Istnieją bowiem na świecie dwie rzeczy, które przychodzą do człowieka znienacka. To miłość oraz biegunka. W Meteo przydarzyło mi się to drugie.

Noc była przepiękna i ciepła. Szczyt skąpany w świetle Księżyca, rozgwieżdżone niebo i czołówki tych, którzy właśnie mieli wyruszać do góry. A ja sobie właśnie wracałem z kolejnej, przymusowej wycieczki. Naprawdę starałem się dbać o higienę. Mimo wszystko nawet moje paranoiczne wręcz podejście do sprawy nie pozwoliło mi uniknąć kłopotów. Niby czułem się dobrze, raczej nie byłem osłabiony, ale w tej właśnie chwili zaatakował mnie strach. Rano przecież wyjście aklimatyzacyjne, pojutrze być może atak szczytowy. Z apteczki wyciągnąłem wszystkie leki, które ludzkość wymyśliła na takie właśnie przypadki i zjadłem ich chyba zdecydowanie za dużo. Jeśli miałem jednak gdziekolwiek się posrać, to co najwyżej ze szczęścia na szczycie. Innej opcji nie było.

 

12.08.2019

Bezkompromisowe podejście do sprawy zadziałało. Budzę się wypoczęty i w niezłej formie. Dzień zapowiada się nieźle, chociaż nad bazą krążą niskie chmury. Wychodzimy przed namioty, do naszego kuchennego kącika i zaczynamy działać. Nie ma bardziej świętego rytuału niż gotowanie wody. Przez cały pobyt aura sprzyjała siedzeniu przed namiotami, no i to tam właśnie zorganizowaliśmy sobie kącik kuchenny. Czarek znalazł kawałek jakiejś sklejki, która służyła za stolik, a wokół mieliśmy kilka, niezwykle luksusowych kamieni do siedzenia.

Uczulano nas już od samego początku, że proces aklimatyzacji przebiega znacznie lepiej, gdy jest się odpowiednio nawodnionym. Wiadomo, że każdy organizm potrzebuje innych ilości, ale jako taką wartość wyjściową uznano cztery litry płynów dziennie. No i piliśmy. Woda znudziła się nam szybko, ale byliśmy na to przygotowani. W ruch poszły przeróżne, owocowe herbaty, tabletki z witaminami, tabletki z magnezem, tabletki z witaminami niewymienionymi w tych pierwszych tabletkach z witaminami i przeróżne inne rzeczy, nadające płynowi z lodowca jakikolwiek smak.

Zapowiada się piękny dzień

Zapowiada się piękny dzień

 

Można się pewnie złapać za głowę, czytając to wszystko, no bo jak tu tyle w siebie wlać i kiedy. To nie wesele przecież. Otóż czasu na gotowanie jest dużo, a ja jakoś nigdy nie miałem problemów, żeby wlewać w siebie wodę. Zazwyczaj rozpoczynałem od kilku herbat, potem przygotowywałem termos i butelkę wody do wyjścia, no a wieczorem znów spędzaliśmy czas przy napojach. Nie inaczej było teraz, gdy właśnie szykowaliśmy się do wyjścia aklimatyzacyjnego.

To, na co mieliśmy zwrócić uwagę podczas tej krótkiej wycieczki, to nie tylko nasze samopoczucie. Może nawet ważniejsze było to, aby upewnić się, że osoby, z którymi planujemy jutrzejszy atak, rzeczywiście poruszają się w tempie podobnym do naszego. Ewentualnie w czasie marszu patrzeć nie tylko we własne buty, ale też na twarze idących obok osób. Potem te twarze zapamiętać, a na koniec zagadać zupełnie prostym: „Przepraszam, czy ty też idziesz na Kazbek?” Nikt nie chciałby przecież trafić na jakiś lokalny odpowiednik Bargiela, zwłaszcza że droga na szczyt prowadzi przez lodowiec i trzeba się tam związać liną. Diametralnie różne tempo nikomu by nie służyło.

Orcweri w tle

Orcweri w tle

 

Ale to nie o tym. Idziemy się aklimatyzować, jakoś na 4000 m n.p.m., co oznaczało dla mnie (i dla chłopaków też), nowy rekord wysokości. My wybieramy się na nieodległe wzniesienie, nieco powyżej charakterystycznej, białej kapliczki. Blisko i całkiem szybko pokonuje się przewyższenia. To oczywiście jedna z możliwości, bo równie dobrze można ruszyć wzdłuż trasy podejścia na szczyt. Minusem jest to, że trzeba trochę dłużej i dalej iść, żeby chociaż zbliżyć się do tych 4000 metrów. Jeśli natomiast planujecie samodzielny atak szczytowy, to na pewno taki wstępny rekonesans będzie dobrym wyborem.

Gdy tylko ruszamy, pogoda nieco się psuje. Nie pooglądamy rozstawionych w pobliżu Meteo namiotów, ani nie zobaczymy masywu Orcweri. Patrzę więc głównie pod buty, bo szlak wiedzie po dosyć sypkim, piarżystym podłożu. Nie mam na co narzekać, bo podchodzi mi się jakoś zupełnie bezproblemowo. Znów oczywiście się zastanawiam, kiedy obniżone ciśnienie da o sobie znać, co nawet nie jest oznaką jakiejś paniki, a po prostu zwykłego pragmatyzmu. Polecano nam, co jest całkiem rozsądne, żeby zwracać uwagę na swoje samopoczucie i ewentualnych objawów nie ukrywać.

Tyle widać w czasie naszej aklimatyzacji

Tyle widać w czasie naszej aklimatyzacji

 

W planie dnia mieliśmy jeszcze krótkie, całkiem ważne szkolenie z zasad poruszania się na lodowcu. Mimo że przecież chodziliśmy zimą po górach, to dla wielu z nas poruszanie się w taki sposób miało być jednak nowością. W tym celu udaliśmy się na nieodległe, śnieżno-lodowe pole i tam dobraliśmy się mniej więcej w takie trójki, w jakich planowaliśmy wychodzić w stronę szczytu. Usłyszeliśmy, na co uważać, jakie odległości zachowywać i przede wszystkim to, by liny niezdarnie nie zdeptać rakami. Nika, jeden z właścicieli agencji, który pełnił na naszej wyprawie również rolę głównego przewodnika, przekazał nam także sporo wskazówek na temat tego, co może nas czekać tam na górze i na co szczególnie zwracać uwagę. No, a na koniec poćwiczyliśmy hamowanie czekanem. Bo w górach jest jakby stromo i warto sobie przypomnieć. Wieczorem natomiast mieliśmy się dowiedzieć, co dalej. Czy pogoda pozwoli ruszyć wyżej?

Czas leciał jakoś tak leniwie. Rozmawiamy, jemy obiad, a niektórzy idą zmierzyć sobie saturację. To poziom natlenienia krwi, który sporo mówi na temat stanu naszej aklimatyzacji. Na poziomie morza wynosi on mniej więcej 99-100%, więc ciekawość pcha niektórych do namiotu chłopaków z „Bezpiecznego Kazbeku”. To polscy wolontariusze, którzy siedzą tu w czasie sezonu i służą pomocą tym, dla których wysokość nie okazała się zbyt łaskawa. A ja? A ja czuje się dobrze, naprawdę, to co będę ludziom głowę zawracał.

Gdy zbieramy się w pobliżu Meteo, czuć atmosferę wyczekiwania. Cała grupa wpatrzona jest w Nikę, Anię i Dominikę. Kiedy do moich uszu dociera informacja, że w nocy idziemy na szczyt, cała reszta przekazu gubi się gdzieś po drodze. Jakby już nie miała znaczenia. Atak szczytowy – to z kolei brzmi wyjątkowo ciekawie.

Gotuję wodę już teraz. Nocą źródełko zamarza, a przecież herbata w termosie i tak zachowa ciepło. Sam też staram się jeszcze coś wypić. No i tabletki. Dzisiaj czułem się już dobrze, ale cztery kolejne może nie zaszkodzą. Te sześć ziołowych od Witka raczej też nie. O, pić dużo trzeba, bo leki odwadniają. Jeszcze więcej niż dotychczas. Segreguję rzeczy i staram się spakować. Wciskam w siebie solidną kolację, bo nie mam pewności, czy później znajdę na to chęci. Chowamy się powoli w namiotach, odcinając od otoczenia.

W czasie całego wyjazdu do Gruzji stresowałem się wiele razy. Nowe towarzystwo, nowe doświadczenia, nowe przygody. Teraz, kiedy kładłem się do śpiwora, byłem jednak zupełnie spokojny. Paradoks trochę, nie? Denerwowałem się w swoim życiu takimi miejscami, jak Świnica, czy Kościelec, a teraz, kiedy miałem pierwszy raz ruszyć na pięciotysięcznik, odpoczywałem w namiocie, jakby czekał mnie spacer bieszczadzkimi połoninami. Nie wiem, czy zwariowałem. Może po prostu dotarło do mnie, że całkiem sporo udało mi się już tutaj zobaczyć i przeżyć. Więcej, niż sobie początkowo wyobrażałem. Może też podświadomie czułem, że jestem dobrze przygotowany? Że ze swojej strony zrobiłem wszystko, jak należy, a to, co się wydarzy na górze i tak nie będzie całkowicie ode mnie zależne? W końcu takie samotne góry bywają wyjątkowo kapryśne.

Za kilkanaście godzin wszystko będzie jasne. Może trochę więcej. Zamykam oczy, a dobiegające z zewnątrz rozmowy przestają mi przeszkadzać. Tej nocy śpię dobrze i otwieram oczy równo z budzikiem, jakoś przed drugą. Za chwilę ruszamy na szczyt.

Koniec części pierwszej. Drugą przeczytasz TUTAJ.

W galerii tradycyjnie więcej zdjęć z wędrówki. Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

No Comments

Post A Comment