Małe Pieniny

Małe Pieniny i widokowe cuda

Małe Pieniny były kolejnym etapem naszego zimowego wypadu. 

Jeszcze kilka godzin wcześniej przemierzaliśmy ścieżki w Beskidzie Sądeckim. Nie ucieszył mnie więc moment, w którym piękną, górską scenerię zamieniliśmy na nudne chodniki. Nie było jednak innego wyjścia, bo przecież chcieliśmy realizować „plan”.

Był to drugi dzień naszej wędrówki i tylko słowem wyjaśnienia wtrącę, że poprzedni poświęciliśmy na dojazd do Szczawnicy i podejście na Przehybę. W schronisku spędziliśmy pierwszy nocleg, a rano ruszyliśmy w dół. Link do tej części znajdziecie na końcu wpisu. W międzyczasie próbowałem uganiać się za ładnymi kadrami, ale że specjalnego szczęścia nie miałem, to już nie mogłem doczekać się kolejnego etapu wypadu. Bo teraz zamierzaliśmy się dostać do ośrodka pod Durbaszką, który znajduje się nieco poniżej grzbietu Małych Pienin. Tam zaplanowaliśmy kolejny nocleg, by o poranku ruszyć dalej szlakiem w stronę Szczawnicy, domykając pętelkę. Sprytnie.

Szlak na Przehybę i Durbaszkę

Trasa naszej wędrówki

 

Szczególnie interesowało mnie jedno miejsce. Pamięć mam zawodną, ale w tym wypadku doskonale kojarzyłem, gdzie znajduje się niezwykle widokowy Wysoki Wierch. No i z obliczeń wychodziło mi, że to raptem pół godziny drogi od schroniska! Miejscówka idealna, żeby ponownie uganiać się za widokami, ale najpierw musieliśmy się na ten grzbiet jakoś dostać. Jesteśmy więc w Szlachtowej, bo szczęśliwie i bez przygód zeszliśmy z Przehyby. Do końca zastanawiamy się, który wariant wybrać, ale pomysł wychodzenia na grzbiet żółtym szlakiem od razu odrzucamy. W zasadzie to właśnie w tamtym kierunku będziemy wędrować kolejnego dnia, więc nie widzieliśmy potrzeby dublowania trasy. Wiecie, więcej widokowych niespodzianek.

Małe Pieniny – cześć pasma Pienin o długości około 14 km. Najwyższym szczytem pasma jest Wysoka (1050 m n.p.m.) We wschodniej części stopniowo zanika skalisty charakter pasma, a zbocza stają się dosyć łagodne. Dosyć silnie przekształcone działalnością człowieka, dlatego też różnorodność przyrodnicza jest zdecydowanie niższa, niż na obszarze Pienińskiego Parku Narodowego.

 

Kierunek – Durbaszka! Rozdział I

Wreszcie porzucamy chodniki

 

Naszą uwagę skierowaliśmy w stronę trasy prowadzącej z Jaworek i po chwili ruszamy w tamtym kierunku. No i kto by pomyślał, że marsz chodnikami i poboczem jest tak męczący psychicznie. Wreszcie stajemy przed znakiem, który oznajmia, że do ośrodka pod Durbaszką pozostało ledwie 45 minut marszu. Z ulgą porzucamy chodnik na rzecz leśnej ścieżki i ruszamy pod górkę. Poruszamy się czerwonym szlakiem rowerowym, chociaż w praktyce to po prostu szeroka droga, którą trudno przegapić. Miejscami jest dosyć ślisko, ale ogólnie idzie się sprawnie.

Ruszamy w kierunku Durbaszki

Ruszamy w kierunku Durbaszki

 

Szybko też wychodzimy na otwarty teren, co pozwala nam pooglądać kilka ciekawych widoków. Warto zwrócić też uwagę na może niewielkie, ale ciekawe i charakterystyczne formacje skalne, znajdujące się przy trasie. I tak, w zasadzie bez historii i przygód, mija nam czas. W dole dostrzegamy w końcu zabudowania Jaworek i Szlachtowej, a panorama Beskidu Sądeckiego, mimo panującego zachmurzenia, jest naprawdę interesująca. Znów każdy podchodzi we własnym tempie, ale trasa nie jest długa, zgubić się nie ma gdzie i wkrótce całą grupą wpadamy do ciepłego schroniska.

Maszeruje się przyjemnie

Maszeruje się przyjemnie

 

Dosyć ważną kwestią, na którą trzeba zwrócić uwagę, jest fakt, że przed przejściem do części noclegowej należy zdjąć nasze ukochane buty trekkingowe. Pewnie wyjątkowo, albo jak ktoś ma ładne oczy, można je zabrać ze sobą do pokoju, natomiast co do zasady należy je zostawić na półce. Ot, taka ciekawostka, żebyście nie byli zaskoczeni. Oczywiście dotyczy to sytuacji, w której planujecie tam nocleg. Spokojnie jednak – po stołówce można się poruszać zupełnie normalnie. I bardzo dobrze, bo zapach dziesiątek skarpetek mógłby popsuć radość jedzenia choćby najlepszego rosołu. Ogólnie miejsce zrobiło na nas przyjemne wrażenie, zwłaszcza gdy znaleźliśmy sobie miejscówkę tuż obok kominka. Jedzenie było ponoć smaczne, a kawa pyszna. No, ale czy kawa mogłaby być w ogóle zła?

Ośrodek pod Durbaszką

Ośrodek pod Durbaszką

 

Kiedy zawitaliśmy poprzedniego dnia na Przehybę, nastawiłem się na jakieś ładne zdjęcia o zachodzie słońca. Niebo jednak szczelnie zakryły chmury. Zdarza się, trudno. Kolejną próbę podjąłem rano, zanim wyruszyliśmy ze schroniska. Wschód słońca miał być magiczny, ale znów wszystko popsuła ogólna szarówka. Czułem powoli, jak niesiony przez te wszystkie kilometry statyw zaczyna mi ciążyć. W mojej prywatnej potyczce z Matką Naturą przegrywałem już bowiem 2:0 i zaczynałem traktować całą sprawę mocno osobiście. Miałem jednak jeszcze jednego asa w rękawie – Wysoki Wierch w pobliżu.

„Makao!” – ktoś mówi, rzucając kolejną kartę na stół. Czuję, że tym właśnie razem rozdanie jest moje, ale partia niebezpiecznie się przeciąga, a do zachodu nie zostało zbyt wiele czasu. Zerkam jeszcze przez okno. Chyba faktycznie się wypogadza. Moja pokerowa jak zwykle twarz zaczyna zdradzać oznaki zdenerwowania. W końcu poddaję się i idę po aparat. Tym razem musi się udać.

 

Wysoki Wierch o zachodzie. Rozdział II

Na grzbiecie Małych Pienin

 

Ruszam ścieżką w stronę grzbietu Małych Pienin, ale szybko zmieniam decyzję. Wysoki Wierch to dosyć charakterystyczne wzniesienie, więc trafić nietrudno. Dlatego, zamiast piąć się do góry, zaczynam łagodnie trawersować zbocze. Śnieg jest dobrze zmrożony i zapadam się w nim tylko od święta, a po chwili znajduję wyraźne ślady, które prowadzą mnie we właściwym kierunku. Najważniejsze, że jest pogodnie! Kiedy dochodzę do grzbietu, wreszcie mogę zerknąć na Tatry i chociaż widziałem je z tej perspektywy już parę razy, to niezmiennie robią na mnie wrażenie.

Warto pewnie zapamiętać, że szlak oficjalnie omija wierzchołek, więc jeśli zależy wam na widokach ze szczytu, to wypada na chwilę zapomnieć o podążaniu za niebieskimi oznaczeniami. Kłopot to żaden, bo podejście, chociaż może męczące, to raczej krótkie. Podkręcam więc jeszcze tempo, pokonuję ostatnie metry i wkrótce melduję się na Wysokim Wierchu (899 m n.p.m.). Krajobraz wygląda rewelacyjnie! Przyroda vs Mateusz 2:1.

Z Beskidem Sądeckim w tle

Z Beskidem Sądeckim w tle

 

Nigdy nie można być do końca pewnym, czy zachód słońca zaliczymy do udanych, czy nie. Słońce, mimo swojej potęgi, jest przecież głupiutkie. Nie wie, że jak ugrzęźnie w chmurach, to wszystkim nam, Ziemianom, popsuje radość podziwiania tych wszystkich kolorków. Warunki były jednak świetne, bo (uwaga, poetycki bełkot), promienie łagodnie muskały nieodległe zbocza. Fotony tańczyły… aaa dajcie spokój. Po prostu pięknie było! Czasu miałem sporo, więc mogłem spokojnie podziwiać, jak zmienia się oświetlenie i jak cienie chmur suną po okolicznych górach. Początkowo skierowałem uwagę w stronę Beskidu Sądeckiego, bo przecież niedawno właśnie tam byliśmy.

Radziejowa po lewej, potem Przełęcz Żłobki i Wielki Rogacz

Radziejowa po lewej, potem Przełęcz Żłobki i Wielki Rogacz

 

Ze szczytu bardzo dobrze widać też praktycznie cały, wielokilometrowy grzbiet Małych Pienin. Na wschodzie wybitną Wysoką, potem Durbaszkę, a jak ktoś ma sokoli wzrok, to nawet schronisko gdzieś tam wypatrzy. Na zachodzie, chociaż tuż ponad drzewami, zobaczyć da się Szafranówkę i Palenicę. Oczywiście zależało mi na tym, żeby pooglądać sobie Tatry, ale trochę za mocno tam świeciło, a oczu mi szkoda. Obiektem moich westchnień zostały więc Trzy Korony. To tam działy się najciekawsze rzeczy, a tuż przed zachodem udało mi się pstryknąć takie zdjęcie.

Trzy Korony o zachodzie

Trzy Korony o zachodzie

 

Głupiutkie słońce po chwili faktycznie wpadło za chmury, a potem pod horyzont. Nie mam jednak pretensji, bo warunki były wspaniałe, a niebo jeszcze przez długi czas utrzymywało ciekawe barwy. Zadowolony wróciłem do schroniska, gdzie po chwili dotarła reszta grupy. Oni również postanowili pooglądać widoki gdzieś z grzbietu. Wieczór spędziliśmy na typowych, schroniskowych sprawach, czyli pogaduszkach, zajadaniu kabanosów i odstaniu swojego w kolejce pod prysznic. Został już tylko ostatni etap planu, czyli poranny wymarsz i przejście grzbietem Małych Pienin do Szczawnicy.

Piękne niebo na koniec dnia

Piękne niebo na koniec dnia

 

Znów jednak zaczynam kombinować, bo przecież widoki są na wyciągnięcie ręki. Czemu nie zerwać się przed wschodem? Nikt inny nie zamierza wstawać się przed świtem, co samo w sobie problemem nie jest. Natomiast jeśli faktycznie wyjdę na wschód, to albo będę musiał tam czekać na resztę, albo wracać do ośrodka, a potem pokonywać ten sam odcinek po raz kolejny. Niby lubię to całe chodzenie po górach, ale czy aż tak? Z drugiej strony poranki w lutym są zazwyczaj rześkie, delikatnie mówiąc, zwłaszcza kiedy tkwi się w bezruchu. Czekanie też nie było takim oczywistym rozwiązaniem. W końcu pakuję plecak, ale decyzję zamierzam podjąć dopiero nad ranem, co jest w sumie głupotą. Przecież o takich porach i tak się nie myśli.

Czasami mam wrażenie, że klucz do poznania tajemnic Wszechświata znajduje się tuż obok nas. Łóżko bowiem zachowuje się w niektórych sytuacjach jak czarna dziura i kiedy przykryjemy się ciepłą kołdrą, przekraczając horyzont zdarzeń, to nie ma już takiej siły, która mogłaby nas stamtąd wydostać. No, chyba że chodzi o jakiś górski wschód słońca.

Budzę się przed budzikiem, bo w ogóle zapomniałem go nastawić. Dobry ziomek mózg czuwa jednak nad sytuacją i wyrywa mnie ze snu. Jest na tyle ciemno, że początkowo nie robi mi różnicy, czy moje oczy są otwarte, czy nie. Nadludzką siłą woli, jak to zawsze, kiedy trzeba rano wstać, podnoszę się na łóżku i kieruję wzrok za okno. Gwiazd nie widać. Szaro i pochmurno, wnioskuję. Kiedy powoli budzą się zmysły, dostrzegam jednak jedną, migoczącą kropkę na firmamencie nieba. „Wyjść albo nie wyjść, oto jest pytanie.” – napisałby Szekspir, gdyby żył i gdyby interesowały go bardziej przyziemne sprawy.

Przekonuję sam siebie, że przecież najładniejsze wschody są właśnie wtedy, kiedy na niebie jest sporo chmur – w końcu taki był wczorajszy zachód. Ubieram się i zarzucam plecak, a kiedy moja stopa uderza w coś drewnianego, od razu widzę jakby więcej gwiazd. Ubieram buty, otwieram drzwi i wiem, że będzie ciekawie. Wyjście z ośrodka skierowane jest mniej więcej na wschód i właśnie gdzieś tam, nad horyzontem kotłują się chmury. Zapłoną kolorami, czy stłumią blask wschodzącego słońca? Szybko ruszam w stronę głównego grzbietu Małych Pienin.

 

Poranek w Małych Pieninach. Rozdział III

Dzieje się

 

Na Wysoki Wierch idzie się z ośrodka pod Durbaszką jakieś pół godziny. Niewiele, biorąc pod uwagę, że ze szczytu roztacza się naprawdę rewelacyjna panorama. Oczywiście zależało mi na tym, żeby na wierzchołek dostać się jak najszybciej, więc po chwili sprawdziłem, czy dam radę biegać z ciężkim plecakiem. Wyniki eksperymentu były całkiem obiecujące, ale musiałem go przedwcześnie przerwać, kiedy zrobiło się stromo. Trasę znałem już dobrze, a to właściwe podejście jest stosunkowo krótkie. Raptem kilka minut. Mimo wszystko ta bulwa w grani wyrasta przed człowiekiem dosyć nagle, więc wypada zmusić płuca do wzmożonego wysiłku. No, ale to już wiecie. Wkrótce natomiast mogłem odebrać nagrodę za poranną walkę z grawitacją łóżka. Chwilo, trwaj! Przyroda vs Mateusz 2:2!

Co za niebo!

Co za niebo!

 

To, co przede wszystkim rzuca się w oczy, to oczywiście Tatry. Na razie jeszcze uśpione, ale cierpliwie czekam na feerię barw. Posługując się słowami ludzi młodszych i bardziej wyluzowanych ode mnie, można je opisać wyrażeniem „sztos”. To chyba oznacza, że ładnie, czy coś. Świetnie prezentują się Łomnica, Lodowy Szczyt, no i Tatry Bielskie, z wybitnymi Hawraniem i Płaczliwą Skałą. Dociekliwi wypatrzą nawet „wcięcie” w tym górskim łańcuchu, gdzie przynajmniej w teorii znajduje się Dolina Pięciu Stawów. To nie wszystko, bo dokładnie po przeciwnej stronie świata znajduje się Beskid Sądecki. Od czasu wczorajszego zachodu nic się nie zmieniło – stoi tam dalej. Bez trudu można wypatrzeć maszt na Przehybie, a dalej jest już łatwo, bo kierując wzrok na prawo, znajdziecie najwyższe wzniesienie pasma, czyli Radziejową. Głębokie wcięcie tuż obok to Przełęcz Żłobki, która oddziela ją od Rogacza, nazwanego, zapewne na cześć swojej żony, Wielkim.

To nie koniec! Wystarczy podejść kawałek na zachód, by zobaczyć m.in. Trzy Korony i wszystkie inne skarby Pienin właściwych. W każdym kierunku idealne tło na selfie życia, których w sumie zrobiłem w czasie weekendu kilkanaście. Żadnego jednak nie wrzucę, bo uznałem, że mój nos zbyt przypomina Sokolicę. Po co dwa takie same zdjęcia? Porzuciłem jednak chwilowo wszystkie te cuda, bo najciekawsze rzeczy działy się na wschodzie.

Grzbiet Małych Pienin o wschodzie

Grzbiet Małych Pienin o wschodzie

 

Nie znam się dobrze na nazwach kolorów, więc nie wiem, czy chmury przyjęły początkowo odcień różu, czy amarantu. Czy były bardziej magentowe, czy może łososiowe. Dawno jednak nie widziałem czegoś podobnego. Po chwili niebo wręcz zapłonęło! I chociaż do dzisiaj nie wiem, czy czerwienią, czy może bardziej na rubinowo, bądź karmazynowo, to napatrzeć się nie mogłem na te wszystkie obrazy. Z doświadczenia wiem, że takie chwile są niezwykle ulotne, więc na szybko strzeliłem kilka zdjęć. Widać na nich nie tylko barwy porannego nieba, ale przede wszystkim grzbiet Małych Pienin i najwyższy szczyt całego pasma, czyli Wysoką. Chmury przelewały się przez okoliczne zbocza, a ja wzrok skierowałem w stronę Tatr. I cóż – prezentowały się pięknie, ale słońce na dobre utknęło gdzieś w obłokach.

Tatry o poranku

Tatry o poranku

 

Widokowy spektakl powoli dobiegał końca i mogłem skupić myśli na czymś bardziej przyziemnym. Co dalej? Chyba jeszcze w czasie podejścia zdecydowałem, że na resztę grupy po prostu zaczekam gdzieś przy szlaku. Bez sensu byłoby się wracać. O ile zresztą mógłbym się martwić o orientację w terenie Darka, to przecież był pod opieką harcerzy. Nie zginie. Poza tym było już stosunkowo późno, jakoś przed ósmą, a według wstępnych ustaleń cała grupa miała wyruszyć o dziewiątej. Musiałem więc znaleźć jakieś ładne miejsce, które pomogłoby mi ten pozostały czas przeczekać. Kiedy ruszyłem wzdłuż szlaku, zauważyłem coś, co idealnie spełniało moje wymagania.

Bacówka, do tego mała ławka, a wszystko w miejscu osłoniętym od wiatru. O, tutaj sobie przycupnę. Zjem coś, wygrzeję policzki do słońca. Zaciągnę do płuc trochę górskiego powietrza. W międzyczasie reszta ekipy do mnie dołączy i razem pójdziemy zwiedzać. Plan wyglądał doskonale, przyznajcie, ale gdzieś umknął mi fakt, że panowała zima.

A tutaj moja kryjówka, gdzie odpoczywałem

A tutaj moja kryjówka, gdzie odpoczywałem

 

Trochę nudno, bo tkwię w miejscu i trochę zimno, bo… tkwię w miejscu. Zaczynam więc spacerować. Kawałek w tę stronę, kawałek w tamtą. Jak facet na porodówce. Nigdy tam nie byłem, ale potrzebę bezcelowego przemierzania kolejnych metrów mamy chyba zapisaną w genach i wiem, że tak się po prostu robi. Czas płynie niczym w pracy. Wiecie, gdy po godzinie zerkasz na zegarek, by uświadomić sobie, że minęło pięć minut. No ale w końcu idą!

Wychodzę w ich kierunku, żeby mnie zobaczyli. Machamy do siebie, nawiązujemy wzrokowy kontakt, po czym… znikają za garbem, zmierzając chyba na Wysoki Wierch. „No to się dogadaliśmy” – myślę. Mijają kolejne minuty, a w stronę bacówki nie schodzi absolutnie nikt. W zasadzie jestem nieco zdezorientowany, a po chwili zaczynam podejrzewać, że może po prostu planują dołączyć do szlaku gdzieś dalej. Pewności jednak nie mam, bo skąd. Zmierzam w tamtym kierunku, ale po moich towarzyszach ani śladu. W końcu decyduję, że skoro i tak idziemy tym samym szlakiem, to ruszę przodem, a oni mnie dogonią.

 

Grzbietem w stronę Szczawnicy. Rozdział IV

Pieniny Właściwe i Trzy Korony

 

Pogoda jest piękna, chociaż nad okolicznymi górami zbierają się chmury. Przejrzystość powietrza też dosyć szybko się pogarsza, ale mi akurat kompletnie to nie przeszkadza. Poranek był piękny, więc w pełni nasyciłem swój widokowy głód, a teraz mogłem oddawać się spokojnemu spacerowi. Małe Pieniny to jedno z takich miejsc, które mogę polecić każdemu. Mało tu podejść, trasa prowadzi otwartym terenem, a panoramy spodobają się nawet wybrednym. Jeśli oczywiście macie czas i chęci, to warto wędrówkę rozpocząć od przejścia Wąwozu Homole i wejścia na Wysoką. Ba, nawet od Przełęczy Rozdziela, gdzie znajduje się geograficzna granica pasma. Natomiast my byliśmy tam już dwukrotnie i teraz chcieliśmy zbadać to, co nieznane.

Małe Pieniny to świetne miejsce, żeby pooglądać Tatry

Małe Pieniny to świetne miejsce, żeby pooglądać Tatry

 

Mijam niewielką polankę z widokiem na Tatry i przypominam sobie, jakie wrażenie zrobił na mnie ten widok, kiedy włóczyłem się tu kiedyś nocą, idąc na Wysoki Wierch. „Kiedyś, to było!” – napisałby Szekspir, gdyby był Polakiem. Mniej więcej tutaj też można odbić w prawo, schodząc żółtym szlakiem do Szlachtowej. Niebieskie oznaczenia prowadzą jednak dalej wzdłuż grzbietu. Spaceruje się świetnie. Wzrok przykuwa przede wszystkim Rabsztyn, czyli ten spiczasty szczyt na zdjęciu.

Rabsztyn przede mną

Rabsztyn przede mną

 

Na północ natomiast, a kierując się w stronę Szczawnicy „po prawej”, znajduje się charakterystyczna góra zwieńczona masztem. Teraz wiem, że to Jarmuty, ale wtedy dwa dni zachodziłem w głowę, co to za pagór. Jeśli w czasie wędrowania odniesiecie natomiast wrażenie, że pokonujecie dystans z jakąś dziwną lekkością, to jest to całkowicie normalne. Teren bowiem łagodnie opada, wznosząc się tylko chwilami, krótkimi, ale dosyć stromymi podejściami. Czasami gdzieś po lewej pojawią się Tatry, pięknie prezentują się Trzy Korony, po prawej ciągle znajdziecie Beskid Sądecki. Tylko chwilami trzeba porzucić otwarty teren na rzecz krótkich, leśnych fragmentów.

Jarmuty w tle

Jarmuty w tle

 

Nie przepadam za niespodziankami, a do takich należy zaliczyć chyba ostatnie, tak strome podejście na trasie. Krótkie, to prawda, ale dosyć konkretne. Jak się człowiek nastawi, że do końca będzie już płasko, to potem każde kilka kroków do góry boli. Witkula jej było na imię i chociaż góra to mizernych rozmiarów, to przyprawiła mnie o szybsze bicie serca. Niby nic, niby tylko kilkanaście metrów, ale ślisko było tak, że tylko mojej niebywałej gibkości zawdzięczam czyste spodnie. Oczywiście, trzeba było jeszcze stamtąd zejść, bo to tylko taka niewielka hopka w drodze na Szafranówkę. W lecie pewnie nawet nie zauważycie tego miejsca, chociaż to całkiem ciekawy, skalisty odcinek.

Niby nic, ale było ślisko

Niby nic, ale było ślisko

 

I tutaj, po tych setkach słów, następuje zwrot akcji. Docieram na Szafranówkę i… niespecjalnie wiem, co robić. Możliwości są dwie. Można iść dalej niebieskim szlakiem w stronę schroniska „Orlica”, a potem wzdłuż Dunajca wrócić do Szczawnicy. Jeśli macie ochotę, to śmiało. My natomiast planowaliśmy bezpośrednie zejście do miejscowości, odbijając wcześniej w stronę Palenicy. Kłopot w tym, że zimą cały ten teren zagospodarowany jest na potrzeby ośrodka narciarskiego. Czy jest jakiś zimowy wariant? Czy jest oznaczony? Potrzebowałem porady, którą szybko uzyskałem od kogoś z obsługi. Gdy reszta grupy dotarła na miejsce, podzieliłem się radosną nowiną – trzeba iść tak, żeby nie dostać orczykiem w głowę, ani nie wpaść nikomu pod narty.

Szafranówka i panorama w stronę Gorców

Szafranówka i panorama w stronę Gorców

 

Na „trzy-czte-ry” przecinamy trasę zjazdową i w towarzystwie narciarzy kierujemy się ku Palenicy. Znajdujemy sobie skrawek pustego terenu, wzdłuż wyciągu i spokojnie schodzimy. Czar jednak pryska. To trochę tak, jakby na koniec wspaniałej baśni, książę po pocałunku zamienił się w żabę. Na co komu żaba? Lawirujemy, potem trochę walczymy z wyślizganym podejściem, a na końcu znowu szukamy szlaku. I znów przecinamy trasę zjazdu. Wspaniałe uczucie.

Idziemy w stronę Palenicy

Idziemy w stronę Palenicy

 

Dalej wcale nie jest jakoś ciekawiej, bo chociaż wchodzimy między drzewa, to ani stan szlaku, ani widoki nie mogą się równać z tym, czego świadkami byliśmy na grzbiecie. Schodzimy spokojnie i uważnie, bo miejscami jest wyjątkowo ślisko. I kiedy jesteśmy już w Szczawnicy, to nigdy nie zgadniecie, co robimy. Tak, znów przecinamy linię zjazdu. Na szczęście po raz ostatni. Słońce i błękitne niebo sprawiają, że wszystko na nowo wygląda jakby nieco ładniej. Przekraczamy Grajcarek, a kiedy dochodzimy ostatecznie na parking, samochody dalej tam stoją. Możemy wreszcie odetchnąć, zamykając tę trzydniową, naprawdę udaną pętelkę.

Szczawnica

Szczawnica

 

Małe Pieniny, to naprawdę rewelacyjne miejsce na wędrówki. Szlaki nie są zbyt wymagające kondycyjnie, a przy dobrej pogodzie zapewniają świetne doznania widokowe. Wydaję mi się też, że znaleźć tutaj można zupełnie inny klimat od tego, który towarzyszy, chociażby Pieninom Właściwym – tym z Trzema Koronami. Opcji zwiedzania jest kilka, bo oczywiście można przejść się całym grzbietem, ale jeśli szukacie czegoś krótszego i łatwiejszego, to można wybrać spacer żółtym szlakiem ze Szlachtowej, albo zwiedzanie Wąwozu Homole, zakończone wejściem na Wysoką – najwyższy szczyt Pienin. Tak, tam też świetnie widać Tatry, chociaż końcowe podejście może dać nowicjuszom w kość. Będąc w okolicy, rozważcie też łatwą wycieczkę do Rezerwatu Biała Woda. Kilka słów o tym miejscu, ale też o odcinku z Przełęczy Rozdziela, znajdziecie w tekście traktującym o Radziejowej. To dopiero była pętelka!

 

Trasa, którą tu opisałem, to pewnie jakieś 11 km. Mowa o całości, wliczając w to także podejście pod Durbaszkę. W tym czasie należy też pokonać jakieś 500 metrów podejść. Wszystko to sprawia, że śmiało możecie się tutaj wybrać całą rodziną w jakiś pogodny, ciepły dzień. Jeśli natomiast chcecie sobie ułatwić sprawę, to pamiętajcie, że na Palenicę kursuje ze Szczawnicy kolej krzesełkowa. Zerknijcie jednak wcześniej na oficjalną stronę i poznajcie ceny oraz terminarz, by uniknąć niespodzianek. No, a później pozostaje wam już tylko zwiedzanie Małych Pienin. Dla nas była to przyjemna, leniwa wycieczka, a zachód i wschód słońca były dodatkowymi, pozytywnymi atrakcjami. Zachęcam też do przeczytania poprzedniego tekstu z wycieczki na Przehybę, bo to tam właśnie spędziliśmy pierwszą noc. Taka długa pętelka z miejscem startu i mety w Szczawnicy, to też fajny pomysł na górski weekend. Pozdrawiamy!

W galerii tradycyjnie więcej zdjęć z wędrówki. Jeśli chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

8 komentarzy
  • Artur Szymanowsi
    Opublikowano o 09:18h, 11 marca Odpowiedz

    Wycieczka fajna. No i udało się zremisować z przyrodą, więc to i tak sukces 😉
    Widoki na Tatry z Małych Pienin są bardzo spoko. Miałem przyjemność wędrować ich grzbietem, co prawda nocą, ale była piękna pełnia, więc coś widziałem 😉

    • Mateusz
      Opublikowano o 18:55h, 14 marca Odpowiedz

      Też odbyłem taką jedną wycieczkę, a że zimą, to na grzbiecie było całkiem jasno 🙂 Naprawdę fajne tereny, bo nie są specjalnie wymagające, a widokowo jest co podziwiać 🙂

  • Ajkub
    Opublikowano o 22:46h, 03 marca Odpowiedz

    Że też nie pomyślałem, by te Małe Pieniny przejść, gdy byłem w okolicy. Wyglądają urokliwie. Super relacja!

  • Joanna
    Opublikowano o 13:05h, 03 marca Odpowiedz

    Małe Pieniny to moim zdaniem najbardziej czarujące górskie szlaki. Polecam Wam też wariant ze słowackiej strony na Wysoki Wierch, potem Wysoka, dalej zejście na Słowację, Wietrzny Wierch i taka całodzienna pętelka późną wiosną albo jesienią jest cudowna.

  • Dorota gm
    Opublikowano o 21:17h, 02 marca Odpowiedz

    Pomyślec że wpisy o chodzeniu mogą być tak wciągające i zabawne! 😀 „jak facet na porodówce” – hit tego wpisu 😀 trase szłam na wiosne i było mnóstwo pierwiosnków (konkurencja dla chochołowskich krokusów) a w Durbaszce pustki (kominek dla nas).

    • Mateusz
      Opublikowano o 22:02h, 02 marca Odpowiedz

      Też przez chwilę mieliśmy kominek dla siebie 😀 Zwłaszcza zimą miło posiedzieć, w oczekiwaniu na zachód 🙂 Wiosną za to musi być strasznie przyjemnie. Zielono, ciepło, a i usiąść na trawie można 🙂

  • Wiola
    Opublikowano o 21:10h, 02 marca Odpowiedz

    Jakie to wszystko piękne! I zdjęcia, i opowieść. Masz talent, spróbujcie wydać te Wasze wspomnienia w wersji książkowej. Pierwsza je kupię!

    • Mateusz
      Opublikowano o 22:01h, 02 marca Odpowiedz

      Należę do tej grupy ludzi, która uważa, że żeby pisać książki, to trzeba mieć o czym 😀 Ale dzięki za miłe słowa! 🙂

Zostaw komentarz