Skip to main content

Kozi Wierch to najwyższy, wybitny szczyt leżący w całości w Polsce. Gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowiliśmy się na niego wdrapać.

Kozi Wierch już niemal śnił mi się po nocach. Do realizacji celu brakowało tylko jednego – korzystnej aury. W ostatnim czasie stałem się specjalistą od przewidywania pogody. Sprawdzałem prognozy jeszcze zanim pojechałem do pracy, po obiedzie i przed snem. W pewnym momencie bałem się już nawet otwierać lodówkę, żeby nie wyskoczyła stamtąd jakaś pogodynka. Porównywałem dane na różnych serwisach i w głębi serca liczyłem na to, że może wkrótce na moim monitorze zagości symbol słoneczka zamiast szarych chmur. I stało się! Szczęście się do nas uśmiechnęło i w końcu mogliśmy ruszyć w Tatry. Wymyśliliśmy sobie dwudniowy, weekendowy wyjazd w to pasmo górskie, a na pierwszy ogień miał pójść właśnie Kozi Wierch z Doliny Pięciu Stawów.

Ruszamy wraz z tłumem turystów

Ruszamy wraz z tłumem turystów

 

Po pierwsze dlatego, że to przede wszystkim szczyt leżący w Tatrach Wysokich. Zupełnie inne perspektywy, ciekawszy szlak i powalające (na to liczyliśmy) panoramy. To najwyższa góra (2291 m n.p.m.), leżąca w całości w Polsce, dlatego miło byłoby ją mieć na naszej liście „tam byłem”. Atrakcje miała nam zapewnić też bliskość Orlej Perci, wszak ten najtrudniejszy szlak w polskich górach przebiega przez wierzchołek Koziego Wierchu. Wyniosłe turnie, pionowe ściany i doliny w oddali to coś, co chcieliśmy zobaczyć.

Pragnęliśmy też poczuć klimat przygody i nieco podnieść sobie poprzeczkę, bo do tej pory wędrowaliśmy głównie po Tatrach Zachodnich. Nic oczywiście do nich nie mamy, ale diametralnie różnią się charakterem od tych Wysokich. Byłem co prawda sam na Kościelcu, ale dla Darka miała to być nowość. W dodatku nigdy nie byliśmy też (niespodzianka!) w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Czekały nas więc same nowinki i na tę wycieczkę napaliliśmy się jak mało kiedy. O 7 rano zaparkowaliśmy w Palenicy i ruszyliśmy razem z rzeką innych turystów. Nasze poczynania możecie prześledzić na mapce poniżej.

 

Większość osób idzie zapewne w stronę Morskiego Oka, więc ruch jest naprawdę spory. Szlak (jeśli można to tak nazwać) to zwykła, asfaltowa i nudna droga. Jest płasko, a trasa wznosi się bardzo nieznacznie. Dla niektórych to plus, ale my już czekamy, żeby tylko wejść w jakiś ciekawszy teren. Nie przepadamy za takimi miejscami, a spacer szosą zawsze dłuży nam się okropnie. Tempo mamy bardzo spokojne, staramy się wypatrywać wierzchołków gór skrytych za drzewami, ale początkowo bezskutecznie. Dopiero po chwili można powoli zacząć cieszyć oczy.

Pierwsze, otwarte widoki na trasie. Jest miło

Pierwsze, otwarte widoki na trasie. Nie mam pojęcia co to, ale jest miło

 

Pogoda dopisuje i jest już dosyć ciepło. Teoretycznie nie miało być zbyt upalnie, ale kto by tam wierzył prognozom. Poruszaliśmy się wzdłuż czerwonego szlaku, którego raczej nie sposób zgubić. W zasadzie trzeba by mieć sporo talentu, bo to najzwyklejsza na świecie droga. Były już jednak przypadki, w których turyści nie potrafili zejść gładkim, równym i szerokim asfaltem, a potem wzywali TOPR… Spuśćmy na to jednak zasłonę milczenia i wróćmy do tego, o czym warto napisać. Ciekawy punkt na trasie naszej wędrówki to Wodogrzmoty Mickiewicza.

Wodogrzmoty Mickiewicza

Wodogrzmoty Mickiewicza

 

To grupa wodospadów, które piętrzą się na potoku Roztoka. Wyróżnia się trzy główne, z których najlepiej widoczny jest Pośredni Wodogrzmot. To on właśnie znajduje się na zdjęciu powyżej. Nazwa pochodzi od hałasu jaki wywołuje woda spływająca kaskadami. A dlaczego Mickiewicza? No i to dobre pytanie. Wieszcz Adam ani nigdy nie był związany z Tatrami, ani w ten rejon kraju się nigdy nie zapuścił. Wiadomo, że Słowacki wielkim poetą był, ale dlaczego akurat Mickiewicz? Internet podpowiada, że Towarzystwo Tatrzańskie nadało temu miejscu taką nazwę, jako upamiętnienie sprowadzenia prochów wieszcza na Wawel. Ciekawe czy byłby tym zaskoczony. Po krótkiej przerwie idziemy dalej. Wreszcie skręcimy w prawo – na właściwy, zielony szlak. Ten będzie nas prowadził Doliną Roztoki i przyjemnym lasem do samej Doliny Pięciu Stawów.

Odbijamy na szlak prowadzący do Doliny Pięciu Stawów

Odbijamy na szlak prowadzący do Doliny Pięciu Stawów

 

Turystów znacząco mniej i robi się tak jakoś przyjemnie. Ścieżka w początkowym fragmencie prowadzi po wygodnych kamieniach pod górę, chociaż trzeba przyznać, że cała trasa wznosi się raczej spokojnie. Spaceruje się więc świetnie, a to również dlatego, że powoli ponad drzewami wreszcie „coś” widać. Ostatnie obfite opady spowodowały, że miejscami po szlaku płynie strużka wody, ale to nic co by utrudniało nam marsz. Wreszcie to co lubimy – las, ptaki i szum strumienia.

Fragment przez las wcale się nie dłuży. Jest urokliwie

Fragment przez las wcale się nie dłuży. Jest urokliwie

 

Z domu wyjechaliśmy przed 4 rano i chociaż nie byliśmy senni, to najzwyczajniej na świecie zaczynał nam doskwierać głód. Odwlekaliśmy ten moment, ale wreszcie znaleźliśmy dogodne miejsce by chwilę odpocząć. Pobliski znak sugerował, że czekała nas jeszcze godzina wędrówki. To niewiele, zważając na to, że sceneria była coraz ciekawsza. Wszystko co było przed nami, stanowiło dla nas nowość. Możecie sobie więc wyobrazić, że przed siebie szliśmy z głową obracającą się na wszystkie strony.

Świetne miejsce na spacer, a i ludzi nie tak znowu dużo

Świetne miejsce na spacer, a i ludzi nie tak znowu dużo

 

Potok Roztoka przekraczamy dwukrotnie podczas naszej wędrówki, a cała ścieżka prowadzi jego brzegiem. Niektórzy nie przepadają za spacerami przez las, ale nam się naprawdę podobało. Może to zasługa doświadczeń wyniesionych z Beskidów? Wrażenie robią też strome ściany opadające w kierunku doliny. Idąc do Doliny Pięciu Stawów, będziecie mieć po swojej prawej stronie masyw Wołoszyna. Prawie 700 metrów urwiska naprawdę przyciąga wzrok. Co prawda widoki ograniczały jeszcze drzewa, ale wkróce miało się to na dobre zmienić.  Znak to też, że coraz bardziej zbliżaliśmy się do kluczowego fragmentu wędrówki Doliną Roztoki.

Jest pieknie. Po prawej spływa Buczynowa Siklawa. Słychać ją z daleka

 Jest pięknie. Po prawej spływa Buczynowa Siklawa. Słychać ją z daleka

 

Las ustępował miejsca kosodrzewinie, widoki były coraz lepsze, a szum wody spadającej Buczynową Siklawą oznajmiał, że do celu coraz bliżej. Nadeszła pora, by rozprawić się z podejściem na próg ściany stawiarskiej. Co to za dziwny termin? W skrócie mówiąc to taki wał ze skały, który przegradza dolinę i nad którym znajduje się jeden lub więcej stawów.  Taką właśnie ścianą stawiarską „kończy się” w tym miejscu Dolina Roztoki, a ponad nią zaczyna Dolina Pięciu Stawów. Jeszcze prościej: po prostu czekało nas strome podejście. Postanowiliśmy dalej podążać zielonym szlakiem, który nie dość, że wyprowadzi nas bardziej w głąb doliny, to jeszcze pozwoli zerknąć na słynną Siklawę.

Jest i ona- Siklawa

Jest i ona- Siklawa

 

Do góry da się ruszyć też szlakiem czarnym, który zaprowadzi was w okolice schroniska. Można rozważyć obie te opcje w zależności od planów. My chcieliśmy wdrapać się na Kozi Wierch i zrezygnowaliśmy z dłuższego postoju. Ścieżka prowadziła dużymi kamieniami i nie stanowiła specjalnego problemu. Było dosyć stromo i męcząco, ale nie odczuliśmy większych trudności. Po prostu trzeba oddychać trochę szybciej niż zazwyczaj. Kłopoty natomiast mogą się pojawić po opadach czy przymrozkach i wtedy wypada uważać bardziej niż zwykle. Trochę się zasapaliśmy pokonując ten fragment, ale wkrótce wszystko zagłuszył szum Siklawy. Powiem wam wprost – warto!

Siklawa i jej potęga. Robi wrażenie.

 Siklawa i jej potęga. Robi wrażenie. Darek dla skali

 

Jeżeli lubicie kolekcjonować różne „naj”, to doskonale się składa. Siklawa jest bowiem największym wodospadem w Polsce. Zwłaszcza po opadach widać, że ten tytuł zasłużenie jej się należy. Darek dzielnie posłużył jako model i dzięki temu możecie mieć jakąkolwiek skalę porównawczą. Stojąc w tamtym miejscu, da się nawet poczuć chłodzące krople wody spadające na rozgrzane czoło. Dolina była tuż tuż, Kozi Wierch wyczekiwał, no i pora było się rozstawać z tym miejscem. Do przejścia pozostał już niewielki fragment i w końcu mogliśmy zobaczyć, jak wygląda ta cała „Piątka”.

Dolina Pięciu Stawów Polskich

Dolina Pięciu Stawów Polskich

 

Jeżeli napiszę, że widoki były rewelacyjne, to nic nie napiszę. Całe to miejsce jest otoczone murem wierzchołków i przełęczy, tuż obok stawy wypełnione są krystalicznie czystą wodą, nad nami błękit nieba i jakoś tak cicho, mimo że osób już sporo. Zatrzymujemy się tylko na chwilkę i ruszamy przed siebie. Czeka nas teraz najciekawsza część wycieczki – podejście na Kozi Wierch. To najwyższy szczyt leżący w całości po stronie polskiej. Z dołu wygląda trochę niepozornie. Ani specjalnie wybitny, ani specjalnie spiczasty. Raczej taki grubszy kolega pobliskiej Świnicy. Jest jednak coś urzekającego w tym trapezowatym  kształcie.

Nie zatrzymujemy się na długo. Ruszamy na Kozi Wierch

Nie zatrzymujemy się na długo. Ruszamy na Kozi Wierch. Nie wygląda tak źle, prawda?

 

Niebieskim szlakiem wzdłuż Wielkiego Stawu Polskiego pokonujemy kilkaset metrów, po czym napotykamy tabliczkę o wymownym oznaczeniu. Stąd startuje czarny szlak na szczyt. Energia nas rozpierała, udzielał się nam entuzjazm, wiec ruszyliśmy pełni ciekawości przed siebie. Z oddali Kozi wygląda niepozornie, ale czekało nas prawie 600 m przewyższenia do pokonania. Szlak prowadzi przez większą cześć wzdłuż Szerokiego Żlebu – to ta „rynna” na zdjęciu powyżej.

Szlak prowadzi zakosami wzdłuż Szerokiego Żlebu

Szlak na Kozi Wierch prowadzi zakosami wzdłuż Szerokiego Żlebu

 

Marsz nie sprawia w początkowym fragmencie żadnych trudności. Powiedziałbym nawet, że ścieżka jest dosyć wygodna, ot takie wędrowanie zakosami po kamieniach do góry. Szybko nabiera się wysokości i osobom z nieco słabszą kondycją mogą się przydać przerwy po drodze. Póki co jednak nie było źle, chyba że weźmiemy pod uwagę grzejące coraz bardziej słońce. Znów musiałem narzekać na nierównomierną opaleniznę…

Im wyżej - tym ładniej. W oddali Grań Hrubego

Im wyżej – tym ładniej. W oddali Grań Hrubego 

 

Widoki były coraz ciekawsze, więc nasze tempo nieco spadło. Zamiast gnać bez sensu do góry, częściej się odwracaliśmy sprawdzając, co nowego wyłoniło się na horyzoncie. Wraz z nabieraniem wysokości, coraz lepiej widać samą Dolinę Pięciu Stawów. Policzyć można ile faktycznie ich jest, zerknąć w stronę odległego schroniska, czy zobaczyć z innej perspektywy ścianę stawiarską, która jest punktem granicznym z Doliną Roztoki. Nie sposób nie wspomnieć też o Grani Hrubego. Dwukilometrowy mur odchodzący od Hrubego Wierchu po prostu przyciąga wzrok.

Fragment szlaku, na którym zwłaszcza po deszczu wypada uważać

Fragment szlaku, na którym zwłaszcza po deszczu wypada uważać

 

Mniej więcej w połowie drogi szlak zaczyna nabierać charakteru. Pojawiają się miejsca, w których dobrze jest użyć rąk, ale mimo wszystko idzie się dalej bezproblemowo. Kluczowym fragmentem może się okazać przejście, które widzicie na zdjęciu wyżej. Zgodnie z oznaczeniami, szlak prowadzi takim trawersem po tych nachylonych płytach. Dobre wieści są takie, że nie mieliśmy żadnych kłopotów z tym odcinkiem. Tutaj uważnie postawić stopę, tam podeprzeć się ręką i poszliśmy niemal bez zastanowienia dalej. Gorsze wieści są takie, że nie wszyscy dobrze sobie z nim radzili. W internecie można nawet wyszukać relacje osób, które w tym miejscu zawróciły. Jak to więc zazwyczaj bywa, sporo zależy od indywidualnych predyspozycji. W ostateczności, da się to pewnie też obejść…

Czarny szlak łączy się w końcowym fragmencie z czerwonym - Orlą Percią

Czarny szlak łączy się w końcowym fragmencie z czerwonym – Orlą Percią

 

Niespodzianek można oszczędzić sobie w łatwy sposób – zaczynając tatrzańską przygodę od łatwiejszych szlaków. Będziecie wtedy wiedzieć, czego się po sobie spodziewać tam w górze. Zawsze do tego zachęcamy, bo głupio tak porwać się z motyką na słońce. Tymczasem wytrwale napieraliśmy w stronę wierzchołka, czując już bliskość szczytu – Kozi Wierch był na wyciągniecie ręki. Pokonaliśmy trawersem Szeroki Żleb i połączyliśmy się z Orlą Percią. Do czarnych oznaczeń prowadzących na szczyt, dołączyły teraz czerwone. Z tego miejsca jest już naprawdę blisko. Warto zachować koncentrację, bo w ostatnim fragmencie wypada wspomóc się rękami. Kilka ostatnich kroków i… jesteśmy na Kozim Wierchu! Szczyt wita nas niską chmurą, która zakrywa dosłownie wszystko. W zasięgu wzroku widzę już tylko Darka i innych turystów.

Turyści na Orlej Perci

Turyści na Orlej Perci . Na szczęście warunki się po chwili poprawiły

 

Satysfakcja była spora, ale niedosyt związany z brakiem widoków także. Na szczęście nie na długo, bo już po kilku minutach na nowo mogliśmy się cieszyć słońcem. Szczyt jest ciekawy, a bliskość Orlej Perci tylko wzmaga emocje. O ile południowe zbocze było stosunkowo łagodne, tak północne ściany zioną przepaściami. Widoki są świetne, ale zbyt blisko krawędzi woleliśmy nie podchodzić. Kto by wam wtedy pokazał te wszystkie zdjęcia?

Panorama z Koziego Wierchu w kierunku Doliny Pięciu Stawów

 

Widoki z Koziego Wierchu

 

Zawsze w górach staram się uważać. Co chwilę upominam się w głowie i myślę, że ma to sens. Do wypadku dużo nie potrzeba, a nawet głupie skręcenie kostki potrafi przysporzyć kłopotów. Nie piszę tego tak po prostu. W czasie naszej całodniowej wycieczki śmigłowiec TOPRu podrywał się do lotu kilkukrotnie. Uszanujmy ciężką pracę ratowników i nie dokładajmy im kolejnych akcji. Sytuacji losowych nie przewidzimy, ale nie ryzykujmy za bardzo, nie szarżujmy, zachowujmy koncentrację i może kiedy widzimy burzę, to po prostu zejdźmy w doliny. Wszystko po to, żeby spróbować kolejnego dnia. Góry nie uciekną – stoją od milionów lat

Śmigłowiec TOPRu na tle Świnicy. Ratownicy latali tego dnia kilkukrotnie

Śmigłowiec TOPRu na tle Świnicy. Ratownicy latali tego dnia kilkukrotnie

 

Stojąc na szczycie, staraliśmy się tradycyjnie rozpoznać jak najwięcej punktów charakterystycznych. Od razu w oczy rzuciła się nam Świnica, której nie widać w czasie podejścia. Kościelca od tej strony również jeszcze nie znaliśmy. Świetnie prezentowała się cała Dolina Gąsienicowa, a sprawne oko mogło wypatrzeć Przełęcz między Kopami, która jest niejako do niej bramą.

Szlakiem Orlej Perci z Kościelcem w tle

Szlakiem Orlej Perci z Kościelcem w tle

 

Widok malutkich sylwetek turystów, którzy mierzyli się z Orlą Percią był naprawdę ciekawy. My jednak po początkowym zachwycie i obfotografowaniu wszystkiego dookoła, postanowiliśmy sobie zrobić zasłużoną przerwę. Pogoda dopisywała, dlatego też na górze spędziliśmy dłuższą chwilę podziwiając otoczenie. Darkowi w międzyczasie kiełkował w głowie już nowy pomysł, co do którego miałem trochę mieszane uczucia.

Pora uważnie schodzić

Pora uważnie schodzić

 

Było dopiero południe, czasu mieliśmy sporo, więc dałem się namówić. Zamiast zejść z powrotem do Palenicy, podjęliśmy decyzję, że odpoczniemy na dole, a następnie wybierzemy się przez Świstówkę Roztocką do Morskiego Oka. Skupialiśmy się teraz jednak raczej na zejściu. Zdecydowanie wygodniej idzie się nam do góry i jakoś tak łatwiej pokonywać przeszkody. Mimo wszystko sprawnie nam to szło i Dolina Pięciu Stawów była już coraz bliżej.

Gdzieś pod szczytem Koziego Wierchu. Panorama jest spektakularna

Gdzieś pod szczytem Koziego Wierchu. Panorama jest spektakularna

 

W drodze powrotnej, warto nieco więcej uwagi poświęcić na wyszukiwanie oznaczeń. Nie wszystkie są dobrze widoczne na kamieniach, chociaż ogólnie mówiąc, nie powinniście mieć z tym kłopotu. Systematycznie pokonywaliśmy kolejne metry, aż w końcu weszliśmy w trawiasty teren. Obyło się bez przygód, a my zaczęliśmy szukać jakiegoś ładnego miejsca na odpoczynek.

Tak Kozi Wierch wygląda od dołu. No i ja na pamiątkę

Tak nasz cel wygląda od dołu. No i ja na pamiątkę

 

Już wtedy dało się usłyszeć charakterystyczny gwizd. Darek starał się mnie przekonać, że to po prostu ptak, ale niechętnie przyjąłem to tłumaczenie. A co jeśli to świstak?! Co jeśli nadarza się właśnie jedyna okazja by go zobaczyć? Nie wybaczyłbym tego sobie przez długi czas. Rozłożyliśmy się wygodnie, wyciągnęliśmy coś do jedzenia, a ja dla spokoju sumienia wyciągnąłem aparat, ustawiłem co się dało i odpoczywałem. Wkrótce wszystko było już jasne.

Świstaki lubią wygrzewać się do słońca

Świstaki jak widać lubią wygrzewać się do słońca 

 

Świstaki! Tak, w liczbie mnogiej, bo zauważyliśmy ich aż trzy. Były wyjątkowo zrelaksowane i wygrzewały swoje futrzaste ciała na kamieniach. Trochę jak celebryci, którym każdy chce zrobić zdjęcie. Niniejszym więc notujemy kolejny wyjazd, na którym udaje nam się spotkać jakiegoś mieszkańca gór. I to jakiego – taki świstak przecież to nie byle co! Wspomnieć należy, że są to zwierzęta zagrożone i znajdują się pod ścisłą ochroną. Wszystkie plany związane z kradzieżą jednego do plecaka trzeba więc jak najszybciej porzucić. A takie są urocze… Odpoczywało się świetnie i w zasadzie nawet ciężko było nam się poderwać na nogi. Ciepło, słonecznie, a my ten główny cel już zrealizowaliśmy. Leżałbym tam pewnie i do teraz, ale Darek się upierał przy swoim. Trochę się rozleniwiliśmy, ale nadeszła pora by ruszać dalej. Zdecydowaliśmy się ostatecznie przedłużyć naszą wycieczkę.

Ruszamy żwawo w stronę schroniska

Ruszamy żwawo w stronę schroniska

 

Na początek musimy się przemieścić w okolice schroniska. Sporo tam osób, ale po nieznacznym lawirowaniu udaje nam się minąć to tłoczne miejsce i ruszyć w stronę Świstowej Czuby. Okazało się, że szlak jest bardzo chętnie uczęszczany przez turystów i do samego Morskiego Oka szliśmy w sporej grupie osób. Są jednak plusy – było tam naprawdę bardzo ładnie.

Ruszamy teraz szlakiem przez Świstówkę Roztocką w stronę Morskiego Oka

Ruszamy teraz szlakiem przez Świstówkę Roztocką w stronę Morskiego Oka

 

Tutaj ścieżka też jest bardzo wyraźna.  Na wszelki wypadek po prostu nie zamykajcie oczu i wypatrujcie niebieskich oznaczeń. W przypadku tak pięknego dnia jak tamten, spacer to czysta przyjemność. Nie jest tam jednak tak znowu lekko. Podejście jest dosyć strome, a my w nogach czuliśmy już Kozi Wierch. Nim doszliśmy do celu, musieliśmy się wznieść łącznie o kolejne 300 metrów. Niby nic, ale dla niektórych to sporo.

Podejście w pełnym słońcu jest trochę męczące

Podejście w pełnym słońcu jest trochę męczące. Po lewej fragment masywu Wołoszyna

 

W oczy rzucił nam się przede wszystkim masyw Wołoszyna. Ciekawił nas już wcześniej, ale dopiero teraz widać jego prawdziwy rozmiar. Opada stromo do Doliny Roztoki i w skrócie mówiąc, ciężko go zmieścić w kadrze dysponując standardowym obiektywem. Kawał góry jednym słowem. Im wyżej, tym lepiej było widać też Dolinę Pięciu Stawów i wiszący nad nią masyw Koziego Wierchu. Wreszcie możecie też zerknąć, jak ten cały próg ściany stawiarskiej wygląda.

Dolina Pięciu Stawów widziana z góry. Łatwo rozpoznać charakterystyczny próg ściany stawiarskiej

Dolina Pięciu Stawów widziana z góry. Szlak prowadzi od prawej strony kadru i wychodzi przez próg ściany stawiarskiej

 

Kiedy wreszcie przedostaliśmy się na drugą stronę zbocza, dotarliśmy do Świstówki Roztockiej, czyli niewielkiej, zawieszonej dolinki. Przyznam, że bardzo nam się podobał ten fragment szlaku. Ścieżka prowadziła wygodnymi kamieniami, wokół było zielono, a widoki z każdym krokiem coraz lepsze.

Widoki momentami zapierają dech

Widoki momentami zapierają dech. I to nie z powodu zmęczenia

 

W końcu udało nam się zmordować większość tej trasy, a przed nami została już tylko wizja obniżania się w kierunku Morskiego Oka. W internecie relacje są jednoznaczne – pięknie, ale turystów tylu, co w pozostałych tatrzańskich miejscach razem wziętych. Możemy się pod tym podpisać. Marsz w dół zaczął mi dokuczać, a moje stopy coraz bardziej zaczęły się dopominać o koniec trasy. Zdarzało nam się robić dłuższe wędrówki, czy takie z większymi przewyższeniami, ale moje kończyny miały już dość jak nigdy.

Morskie Oko widać już w oddali

Morskie Oko widać już w oddali

 

Wyczekiwałem końca trasy i coraz bardziej zacząłem się martwić. Mieliśmy już jakieś plany na kolejny dzień, ale każdy krok zaczynał sprawiać mi ból. Ciągle miałem nadzieję, że to tylko przejściowy stan. Po całodziennej wędrówce stopy mają prawo nieco boleć. Kiedy zeszliśmy na asfalt, postanowiliśmy rzucić okiem jeszcze na Morskie Oko i wypiętrzające się nad nim Mięguszowieckie Szczyty. Wrażenie fenomenalne, bo przecież Mięguszowiecki Szczyt Wielki wznosi się prawie kilometr ponad taflę wody. Ludzi jednak cała masa i ciężko gdziekolwiek przejść nie potrącając nikogo przypadkiem. Nie zabawiliśmy tam długo i po prostu ruszyliśmy w stronę parkingu.

Oświetlenie było fatalne, ale Mięgusze po prostu trzeba mieć na zdjęciu

Oświetlenie było fatalne, ale Mięgusze po prostu trzeba mieć na zdjęciu

 

Czekało mnie prawie 8 kilometrów asfaltowej mordęgi. Stopy paliły mnie już niemiłosiernie, wokół tylko nudny las, a całości tragedii dopełniał widok koni ciągnących do góry. Nie wiedziałem po czasie czy bardziej współczuć już sobie, czy jednak tym zwierzętom. Co chwilę zerkałem na zegarek, ale czas wydawał się stać w miejscu. Stawiałem kroki w jakiś pokraczny sposób, byle tylko sobie trochę ulżyć. Nie mam pojęcia skąd to się wzięło, bo przecież sporo już przeszliśmy w różnych warunkach. Nie zmieniałem też ekwipunku, więc chyba zadecydowały jakieś detale i dyspozycja dnia.

Oszczędzę wam jednak dłuższego opisu. Wszystko skończyło się umiarkowanym happy endem, kiedy wreszcie usiadałem na fotelu w samochodzie. Natychmiast zdjąłem buty, co nie spotkało się ze specjalnym entuzjazmem Darka. Trudno. Liczyłem cały czas, że skończy się jedynie na bólu. Fizycznie przecież czułem się całkiem nieźle i to pomimo tych 11 godzin na szlaku. Niestety. Udając się już do snu okazało się, że nabawiłem się odcisków. Plany kolejnego dnia stanęły pod wielkim znakiem zapytania. Ostatecznie decyzję co dalej, mieliśmy podjąć o poranku. Niedługo później zapadliśmy w błogi sen.

Tego dnia przeszliśmy około 24,5 km i pokonaliśmy ponad 1750 m przewyższeń. Piękna, ale długa wycieczka. Mniej wytrwali mogą się ograniczyć do „klepnięcia” szczytu, a następnie wrócić przez Dolinę Roztoki. Taki wariant to około 20 km, 1450 m przewyższeń, a potrzeba na niego od 8 do 10 godzin. Wszystko zależy od waszych predyspozycji. Warto.

Kozi Wierch – informacje praktyczne

 

  • Kozi Wierch to najwyższy szczyt znajdujący się w całości na terenie Polski. Wznosi się na wysokość 2291 m n.p.m.
  • Przez jego wierzchołek przebiega słynna Orla Perć
  • Startując w Palenicy Białczańskiej, pokonać trzeba blisko 10 km oraz około 1350 metrów przewyższeń. Czas wg map to 5 godzin.  Tak, w jedną stronę.
  • W sezonie wakacyjnym płatne parkingi w Palenicy, ale także na Łysej Polanie, zapełniają się naprawdę szybko. Przy czym szybko, to czasami nawet przed ósmą.
  • Wstęp na teren Tatrzańskiego Parku Narodowego jest płatny.
  • Szlak jest wymagający pod względem kondycyjnym, ale trudności techniczne są umiarkowane.
  • Na szczycie spora ekspozycja, warto więc wybrać się uprzednio na łatwiejsze szlaki.
  • Panorama jest rewelacyjna.

 

Zapisz się do newslettera i bądź na bieżąco z nowymi wpisami

 

Pochłonęły Cię górskie wędrówki?

Sprawdź mój wyjątkowy przewodnik górski

Przydatne? Dzięki za napiwek!

Postaw kawę

Dołącz do Patronów

Wspieraj na Patronite
Mateusz Stawarz

Miłośnik machania nogami i kawy we wszystkich postaciach.W 2015 roku założyłem tego bloga – Zieloni w podróży. Chwile później swoimi przygodami postanowiłem dzielić się również w formie filmów.Dlaczego akurat „Zieloni w podróży”? To proste. Kiedy lata temu rozpoczynałem swoją turystyczną przygodę z kolegą, o wędrówkach nie mieliśmy zielonego pojęcia.

32 komentarze

  • StefanMartel pisze:

    Fajnie opisana trasa. Brawo za pokonanie i osiągnięcie zamierzonego celu.

  • Paulina pisze:

    W zeszłym roku z Tatr Wysokich byłam na Świnicy i przyznam szczerze, że przy ostatnich łańcuchach nieco spanikowałam, a sam pobyt na szczycie nie był komfortowy. Jednak w tym roku chciałabym spróbować wejścia na Kozi Wierch i zastanawiam się, czy nie jest on ponad moje możliwości. Nie mam na myśli tych kondycyjnych, bo czytałam, ze szlak jest umiarkowanie trudny- chodzi tutaj o ekspozycję. Chciałabym pokonać ten lęk. Czy wejście na Kozi, z odpowiednim nastawieniem, będzie dobrym pomysłem? Czy spróbować innego, łatwiejszego szczytu? Czy są jakieś sposoby na pokonanie strachu przed ekspozycją?

    Dziękuję za treściwy artykuł i piękne zdjęcia. Panaroma z Koziego faktycznie zachwyca 🙂

    • Mateusz pisze:

      Hej! Dzięki za komentarz! Wydaje mi się, że jeżeli nie miałaś większych problemów w dotarciu do tej ostatniej przeszkody na Świnicy, to na Kozim powinno być ok. Powinno, bo jednak każdy odbiera konkretną trudność nieco inaczej. Niektórym kłopot sprawia ta jedna, pochyła płyta, no i pod samym szczytem trzeba się liczyć z ekspozycją. To wierzchołek w końcu 😛

  • Katarzyna pisze:

    Ze szlaku przez Świstówkę zrobiłam jedno ze swoich najlepszych górskich zdjęć, więc mam sentyment ogromny do tego szlaku. Ogólnie widok stamtąd na Tatry Wysokie jest bardzo atrakcyjny 🙂
    Jako, że fotki tu nie wkleję, wrzucam link 😉 https://www.facebook.com/1923423294650991/photos/a.1923429174650403/2081398822186770/?type=3&theater

  • Robert pisze:

    W połowie września zrobiłem trochę bardziej wymagające podejście. Od parkingu spod Palenicy Białczańskiej udaliśmy się na D5S a później przez Kozią Przełęcz i fragment Orlej Perci na Kozi Wierch. Niestety spotkało na to samo – pojawiły się chmury i z widoków nici, nie chciały choć na chwilę się oddalić. Mieliśmy w planach skończyć na Krzyżnem, ale jako że nic dookoła nie było widać postanowiliśmy zejść do schroniska i później nad Morskie Oko przez Świstówkę Roztocką.
    I faktycznie, mimo że od MO do parkingu asfalt, to jakoś tak nieprzyjemnie się schodzi, a w zasadzie już biegnie żeby jak najszybciej mieć to już za sobą…

    • Mateusz pisze:

      Ambitnie! Niestety czasami pogoda krzyżuje plany. Mimo wszystko to naprawdę super trasa, a asfalt trzeba jakoś zmęczyć. Jeszcze w pierwszą stronę idzie się sprawnie, bo człowiek już wyczekuje widoków. Potem trochę gorzej… 😛

  • Malwina pisze:

    Hej,
    A najwyższym punktem nie są czasem Rysy?

    PS
    Kozi u mnie też zaliczony ale dla osoby mającej 163 cm to nie jest taki łatwy szlak.. warto to uwzględnić w opisach 🙂

    Pozdrawiam

  • Beata pisze:

    Dziękuję za piękne zdjęcia i opis wyprawy na Kozi Wierch. Dawno nie byłam w Tatrach, a jeździłam prawie co roku żeby naładować baterie na kolejny rok. Uwielbiam czuć kamloty pod butem. Teraz mieszkam w Norwegii, ale ciągoty do łażenia pozostały. Byłam na Preikestolen I Trolltundze. W czerwcu mam w planach Kjeragbolten. Ale zawsze chętnie czytam i oglądam zdjęcia o moich kochanych Tatrach. Może jeszcze kiedyś tam pojadę.
    Pozdrawiam serdecznie
    Beata Macioszczyk

  • rthrt pisze:

    Szedłem tą drogą pierwszą z dziećmi. Niestety po dotarciu na przełęcz reszta stwierdziłą, że dalej nie ida i trzeba było schodzić. (do dziś pewnie ci co nas mijali smieja sie z naszych lamentów)

  • golem14 pisze:

    Dziwi Was, że niektórzy nie potrafią zejść asfaltówką spod Morskiego Oka? W końcu to 2,5 h dreptania pod górę + Morskie Oko parędziesiąt minut a może jeszcze Czarny Staw ?! i nagle „niedzielny spacer w klapkach” przeradza się w tragedię, szczególnie jak zabraknie tych 30 dutków na fiakra z wozem i dwoma zajechanymi koniami a jeszcze jest godzina 17 oraz perspektywa 2 godzin drobienia w dół. Właśnie wróciłem z rekonesansu Zakopanego i okolic i powiem, że dla mnie wiele problemem jest właśnie to, iż kilka szlaków zaczyna się od nudnego dreptania po równym, które oczywiście można sobie skrócić usłużnym wozem lub bryczką, co trzeba niestety wziąć pod uwagę przy planowaniu trasy. Pewnie – ładnie się idzie np. taką Doliną Kościeliską wzdłuż potoku, ale wspinaczka zaczyna się trochę później. Wstępne moje wrażenia, że podobnie jak i u Was, krótsze trasy trzeba zaczynać i kończyć w tym samym miejscu, przechodząc dwa razy ten sam odcinek – a tego nie lubię, jak mam zamykać pętlę to wole innym zejściem. Zanim wybiorę się ponownie w Tatry poszukam sobie jakiś rozwiązań w moim stylu.

    • Mateusz pisze:

      Chodziło raczej o nawiązanie do dwóch głośnych spraw, w których „turyści” planowali posłużyć się TOPRem, jak taksówką. Nie chodziło o brak sił. Oczywiście, najfajniej w górach robić „pętelki”, kiedy nie trzeba wracać tą samą trasą, no ale nie zawsze jest to możliwe 🙂

  • Aga pisze:

    O której myślicie najpóźniej trzeba wyjść,żeby taką pętelkę zrobić, mam na myśli to, że jest po sezonie i busy do Palenicy odjeżdżają później.

    • Mateusz pisze:

      Hej. Mapy pokazują, że trzeba liczyć jakieś 10 godzin samego marszu. Doliczając przerwy, robi się z tego naprawdę długa wycieczka. Oczywiście pewnie można ciut czasu zaoszczędzić, ale planując wędrówkę, lepiej na to nie liczyć. Odpowiedź więc brzmi: jak najwcześniej. Zawsze można przekalkulować siły w trakcie i ewentualnie poprzestać na Kozim, wracając Doliną Roztoki do Palenicy.

  • Ciekawe, że właśnie ta dziwna płyta sprawiła nam największy problem, zwłaszcza przy wejściu, nie chcę myśleć co by było jakby było ślisko. Tak czy siak, zazdroszczę pogody, bo my jak weszliśmy to widoczność była nijaka. Trzeba powtórzyć 😉

  • Edith pisze:

    Ale zacheciliscie mnie do tej wędrówki….juz od Was kradne ….nastepna wyprawa z pewnoscia taka sama bedzie…..super zdjęcia a i opis powoduje ze jiz calizee yam chyamce być… 🙂

    • Mateusz pisze:

      Na pewno warto, chociaż o tej porze roku można się natknąć na te słynne tłumy turystów 🙂 Rano nie powinno być jednak źle, a główne „skupiska” to okolice schronisk 🙂 Pozdrawiamy!

  • Julita pisze:

    O luuuuudzie, jak pięknie. Ślinię się i ślinię i prawie płaczę, wspominając ostatnie Tatry Zachodnie, a Wy taka piękna pogoda! Wybiorę jakiś weekend po powrocie z Bawarii i Alp, i robię dokładnie Waszą trasę 🙂 Dzięki! Mam nadzieję, że ten „cięższy” wariant. No i że nie nabawię się odcisków 😉
    Zamawiam świstaki! 😀

    • Mateusz pisze:

      Widziałem i nie zazdroszczę 😀 My wolimy już trochę dłużej poczekać, ale mieć raczej stabilną pogodę. Plus taki, że możemy wziąć jakiś dzień wolny praktycznie od ręki. Dłuższy urlop przed nami no i wtedy zobaczymy. Alpy? Będę wyczekiwał zdjęć 😀 Nie wiem właśnie co zawiodło, bo nigdy nie miałem problemów ze stopami. Jakieś detale chyba, ale schodziłem z tego Morskiego Oka jak połamany. Powodzenia i z trasą, i ze świstakami!

  • rude pisze:

    Mam smaka na Kozi już od dawna, ale jako że ostrożności nigdy za wiele, to zapytam, czy dla wysokotatrzanskiego nooba i osoby z lękiem wysokości, ten szlak jest do przejścia, czy umrę tam gdzieś na atak paniki? 😀 Świstówka roztocka super (byłam tam gdy miałam 7 lat, czyli prawie 20 lat temu ;_;, ale widoki wciąż mam żywe w pamięci), a świstaki to już w ogóle słodycz 😀
    Jakim aparatem robisz zdjęcia? Bo wyglądają niesamowicie, a ja planuję właśnie w coś lepszego zainwestować, bo moja cyfrówka już ledwo zipie ;(

    • Mateusz pisze:

      Aparat w tym przypadku to Sony a3000. To bezlusterkowiec, ale jakością obrazowania nie odbiega od lustrzanek. Różnice pojawiają się w wolniejszym autofocusie, ale w fotografii krajobrazowej ma to małe znaczenie. Przynajmniej dla mnie. Mój model jest jeszcze sporych rozmiarów, bo teraz można znaleźć naprawdę poręczne aparaty. Koszt na pewno wyższy niż kompakt, ale możliwości już też, zwłaszcza gdybyś chciała w przyszłości to trochę rozwijać. Gdybyś się decydowała, to warto zwrócić uwagę na dostępność obiektywów. W przypadku Sony szału nie ma. Co do Koziego Wierchu, to jak zawsze w tych sprawach, nie przeczytasz nic konkretnego 😀 Dla jednego będzie łatwo, a drugi będzie umierał ze strachu. Wieże widokowe budzą we mnie niepokój, ale na szlakach nie mam takich kłopotów. Szlak prowadzi cały czas zboczem i nie odnieśliśmy wrażenia, żeby występowały tam jakieś przepaściste miejsca. Takich de facto nie ma, ale każdy odczuwa to inaczej. Na szczycie już co innego, bo od strony północnej jest lufa. Jak ktoś podejdzie za blisko, a ma lek wysokości, to może zobaczyć mroczki przed oczami 😀 Zerknij do galerii, jest tam kilka zdjęć ze szlaku jak to wygląda patrząc w dół. Ostatecznie możesz pospacerować do Piątki, bo to piękna dolina, a tam podjąć próbę wyjścia na Kozi. Zawsze można zawrócić w połowie.

  • Skadi pisze:

    Zieloni coraz odważniej i wyżej! Super! Tych świstaków to zazdroszczę bardzo. Przepiękna galeria. Modele i modelki profesjonalni. Ja wciąż poluję… oczywiście z aparatem 😉 Uściski dla Was!

    • Mateusz pisze:

      Dzięki, powoli mamy zamiar się oswajać z takimi miejscami – wszystko powoli 🙂 Świstaki to była wisienka na torcie! Szczyt już zdobyliśmy, siedzieliśmy zrelaksowani na dole przy stawie i grzaliśmy się do słońca. No i pojawiły się one 😀 Życzymy powodzenia w „polowaniu” 🙂

  • Gosia pisze:

    A co powiesz na to, że Słowackiego chciano pochować na wysepce na Czarnym Stawie Gąsienicowym? 😉 (choć też z Tatrami absolutnie nic wspólnego nie miał)

    Fajoska relacja, dobrze, że zaczęliście eksplorację Wysokich :). A zdjęcia… no obśliniłam się, no…

    • Mateusz pisze:

      Czytałem właśnie przed pisaniem relacji – moja reakcja była taka sama 😀 Dzięki, no niestety Tatry mają to do siebie, że działają jak narkotyk. Zaczyna się niepozornie, a potem człowiek patrzy na tę mapę i myśli „co by tu teraz fajniejszego zrobić”. Byle pogoda dopisywała bo urlop wciąż przed nami 😀

Zostaw komentarz

×