Góry – jak zacząć swoją przygodę?

Góry - jak rozpocząć

Góry – jak zacząć swoją przygodę?

Od czego zacząć przygodę z górami? Od wyjścia z domu oczywiście!

Góry – kupa kamieni, na którą trzeba wejść. Nie wiedzieć czemu, ciągle znajduje się masa osób, która gotowa jest nie dospać czy nie dojeść, byle tylko postawić swoją stopę na tej stercie gruzu. Tak naprawdę, to ciągle nie wiadomo po co, bo motywacji mogą być setki i każda z nich wydaje się być równie dobra. Widoki, relaks, obcowanie z naturą, czy adrenalina i walka ze słabościami. No i mam cię! Bo skoro czytasz ten tekst, to albo już uprawiasz turystykę górską, albo dopiero chcesz zrobić pierwszy krok w tym kierunku. Oglądasz niezliczone zdjęcia, czytasz relacje, może usłyszałeś opowieści znajomych, czy choćby widziałeś gdzieś te całe góry przejeżdżając niedaleko.

Zapalnikiem może być sporo czynników, a wtedy między uszami zacznie uwierać człowieka taka dziwna myśl, żeby może jednak sprawdzić to samemu. Kto lepiej niż ty sam będzie wiedział, czy to całe wędrowanie to nie jest jakaś strata czasu? Może znajdziesz więc w tym tekście kilka wskazówek, które pozwolą ci zacząć lub rozwinąć swoją przygodę z górami. Niestety trochę cię rozczaruję – nie dostaniesz tutaj jednej, złotej rady. Takie nie istnieją, bo przecież na każdego działa co innego. Zamiast tego dostaniesz kilka rozważań, które może pomogą ci zrobić ten pierwszy krok. Jeżeli interesują cię konkretne rady dotyczące przygotowania do wyjazdu, to znajdziesz je w tekście o planowaniu wyjazdu w góry.

Porzućmy wszystkie kwestie związane ze sprzętem i planowaniem, a skupmy się na kroku pierwszym, często kluczowym i niestety najtrudniejszym, czyli na… wyjściu z domu. Nie da się bowiem ukryć, że wszystkie góry świata znajdują się na zewnątrz. No chyba, że chodzi np. o Bieszczady na Podkarpaciu – one akurat znajdują się na polu.

Miałem naście lat, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem z bliska Tatry. Wycieczka szkolna – klasyka. Siedziałem przylepiony do szyby autokaru i pstrykając zdjęcia obserwowałem, jak szczyty przed nami rosną i rosną. Urzekający widok, który chciałem jak najlepiej utrwalić. Pierwszego dnia ruszyliśmy w kierunku Hali Gąsienicowej, a siedząc nad Czarnym Stawem Gąsienicowym zerkałem w stronę Kościelca, zastanawiając się czy ktokolwiek tam w ogóle wchodzi. Tego samego Kościelca, który po paru dobrych latach stał się moim pierwszym odhaczonym szczytem w Tatrach Wysokich. Historia jak z Hollywood, gdzie „piękny i młody” bohater wraca po latach, by zrealizować marzenie. Miłość od pierwszego wejrzenia? Nie.

Zachwyt wymalowany na twarzy

Zachwyt wymalowany na twarzy. Adidasy, jeansy i bluza. Dużo ryzykuję, wrzucając takie zdjęcie do sieci.

 

Ten pierwszy dzień w Tatrach mnie wtedy… znudził. Marsz w grupie, z przewodnikiem, nie wiadomo gdzie i po co. Nie zachorowałem wtedy na te całe góry, a jeśli o jakiejś chorobie można mówić, to raczej o tej objawiającej się niechęcią. Wystarczy, że się do czegoś przyznam: drugiego dnia podzieliliśmy się na dwie grupy, a ja z własnej woli zamiast zdobywać góry, poszedłem kręcić się po Krupówkach. Yep. Tak właśnie było. Co się więc stało?

Chyba starość, którą niektórzy określają mianem dojrzałości. Z biegiem czasu, mój ciągle romantyczny duch, przestawał się mieścić w mojej jakby nie patrzeć skromnej sylwetce i potrzebował coraz więcej wolnej przestrzeni. Wiadomo – pojawiła się praca, jakieś terminy i gonitwa myśli. I teraz już na pewno pomyślicie, że tak właśnie zacząłem przygodę z górami. Prawie. Kupiłem sobie rower.

Coraz dłuższe, w końcu całodniowe wycieczki i setki przejechanych kilometrów w miesiącu. I niby było fajnie, ale ciągle szukałem czegoś, co mogłoby skuteczniej nakarmić moje wiecznie wygłodzone pragnienie wolności. Wspomnę jednak, że te góry gdzieś tam z tyłu głowy chyba miałem, bo kręcenie pedałami po pagórkach odpowiadało mi znacznie bardziej, niż jazda w dolinach. Zdobyłem się nawet z kolegą na to, że z namiotem pojechaliśmy w nieodległy Beskid Niski. Traumatyczny to był dla mnie nocleg, bo każdy dźwięk wydawał mi się wygłodniałym niedźwiedziem, ale stopniowo przekonywałem się do terenowej aktywności.

Kiedy znalazłem już odpowiedni kamień mogłem wreszcie ustawić samowyzwalacz w aparacie i uwiecznić mój mały sukces. Na szczycie Kościelca byłem zupełnie sam.

Na Kościelcu po latach

 

I tak jakoś wpadłem na trop literatury górskiej, którą pochłaniałem zarywając często noce, co tylko zwiększało moją ciekawość. No, a później zjawił się Darek. W pierwszej wspólnej wycieczce określiłem go nawet mianem „znajomego z pracy”. Po prostu zapytał, czy nie wybrałbym się w Bieszczady, a że nie miałem lepszego zajęcia na oku, to się zgodziłem. I to była ta wycieczka, która stała się zapalnikiem tego wszystkiego. Podsumowując – po prostu przypadek. Przejdźmy więc do sedna – jak zacząć przygodę z górami?

Jeansy, zwyczajny plecak i ładny widok. Początki takie już chyba są

Jeansy, zwyczajny plecak i ładny widok. Początki takie już chyba są

 

Żeby coś robić, najlepiej zacząć to robić. Ta – dam! Widzicie jakie to proste? Gdybym był sławnym, światowej klasy „kołczem”, to policzyłbym sobie sporo za tę tajemną wiedzę, którą was obdarowuję całkowicie za darmo. I chociaż to zdanie ma sens, to okazuje się, że świat tak nie działa. Znacie to uczucie, kiedy coś sobie planujecie tylko po to, żeby następnego dnia wymyślić setki wymówek, dla których nie warto tego robić? To właśnie ja.

Nie żebym się jakoś mądrzył, ale chyba wstawanie z myślą „A pojadę se na Everest”, nie jest specjalnie dobrym pomysłem, jeżeli dopiero chcecie zacząć coś robić. Na świecie oczywiście są ludzie, którzy i taki plan byliby w stanie zrealizować, ale zdecydowanie łatwiej jest zacząć działać z głową, czyli z tym czymś co nosimy na szyi, żeby nam deszcz nie padał do środka ciała. Dobrze o niej pamiętać, bo na szczytach rozsądek okaże się nieoceniony. Tutaj docieramy do pierwszej, ale bardzo ważnej rady, która przyda się każdemu, kto zechce zacząć wędrować po górach.

Wycieczka w ramach akcji "Znajdź w szafie cokolwiek wygodnego i pojedź w góry". Edycja I

Wycieczka w ramach akcji „Znajdź w szafie cokolwiek wygodnego i pojedź w góry”. Edycja I. Tak wyglądał nasz „podbój” pierwszego dwutysięcznika.

 

Metoda małych kroków. To coś, na czym praktycznie w całości oparliśmy swoją przygodę z górami. Od najprostszych spacerów po Beskidach, po trochę bardziej wymagające wędrówki w Tatrach, czy wreszcie zimowe wycieczki o wschodzie słońca. Jeśli się uda, to mam nadzieję, że to nie koniec. Ta metoda ma też tę wielką zaletę, że pozwala stopniowo zyskiwać doświadczenie, co nie tylko w górach jest bezcenne. Kolejny plus? W zależności od stopnia wtajemniczenia, możesz sobie stawiać nowe wyzwania.

Z czasem ewoluują wyzwania, ale też i sprzęt.

Z czasem ewoluują wyzwania, ale też i sprzęt.

 

Zobaczysz, czy z twoją kondycją wszystko jest w porządku, ile jesteś w stanie przejść jednego dnia, żeby za kolejnym wzniesieniem nagle nie „wyłączyło ci prądu”, nauczysz się czytać mapy, czy posiądziesz (albo i nie, nie Darek?) umiejętność orientacji w terenie. Ba, nawet zobaczysz co na szlaku najlepiej odpowiada twoim kubkom smakowym, bo wcale nie jest to takie oczywiste! I to chyba najlepszy sposób, żeby to wszystko człowieka nie przytłoczyło. No dobrze, ale jak zacząć z górami od zera?

 

Na potrzeby wpisu wyróżniłem kilka najbardziej typowych sposobów, by zacząć przygodę z górami:

NA KSIĘŻNICZKĘ UWIĘZIONĄ W WIEŻY

Nie robisz absolutnie nic. Zaplatasz warkocze, oglądasz śmieszne memy w internecie i głaszcząc kota, tęsknym wzrokiem wypatrujesz księcia na białym koniu, który wybawi cię z okowów ciasnej wieży i porwie na szczyty. Te górskie oczywiście. „Wsiadaj mała – jedziemy w Tatry” – nie usłyszał nikt nigdy. Liczysz, że tylko ten jeden krok dzieli cię od odmiany swojego życia. No i zdawałoby się, że to pomysł kompletnie bez sensu i z góry skazany na porażkę, zarezerwowany dla największych desperatów.

No bo owszem, ktoś się pojawia, ale z księciem ma może tyle wspólnego, że obaj mają oczy i ręce. Konia też nie ma, a już na pewno nie białego. Zamiast niego jest „pełnoletni” już Peugeot, a wybawca imię ma też mało rycerskie, bo żaden tam Tristan, a zwyczajnie – Darek. Ale ostatecznie to właśnie on zadaje wiekopomne pytanie: „Nie chciałbyś pojechać w Bieszczady?” No pewnie, że bym chciał! Wydaje się jednak, że to sposób obarczony sporym ryzykiem. Wasz książę lub księżniczka, może przecież wtedy ratować kogoś innego.

NA POSZUKIWACZA

Wytęż wzrok i słuch. W twoim otoczeniu na pewno jest ktoś, kto zna się na tych całych górach. Skradaj się, podsłuchuj i wypatruj typowo górskich atrybutów u swoich znajomych. Zauważyłeś na przerwie śniadaniowej czekan wystający z plecaka kolegi? A może widzisz, że „lajkuje” bez opamiętania górskie strony? No to jesteś już prawie w domu! Delikatnie zapytaj, czy przypadkiem nie szuka towarzystwa w wędrówkach. Posługuj się silnymi argumentami: dołożysz się do paliwa, nie będziesz marudził, a w razie oporu użyj argumentu ostatecznego – wolno biegasz, więc stajesz się nieocenionym wybawieniem w konfrontacji z niedźwiedziem. Uważaj jednak, żeby nie przesadzić.

NA WTOPIENIE SIĘ W TŁUM (KAMELEONA)

Udało się! W szkole, w pracy lub w twoim kółku różańcowym gruchnęła informacja, że oto jedziecie w te mistyczne góry. Będą te różne szczyty, przełęcze, a i może integracja się uda, co zaowocuje w przyszłości górskimi znajomościami. Jesteś kompletnie zielony, ale na szczęście twoje i całej grupy, okazało się, że będą tam bardziej doświadczeni górołazi, a może i nawet jakiś przewodnik. To znakomita okazja, żeby zacząć przygodę z górami, więc jeśli nadarzy ci się taka szansa – śmiało się zapisuj.

Co prawda wędrowanie w dużej grupie nie każdemu przypada do gustu, ale jako początkujący nie powinieneś wybrzydzać, zwłaszcza że pozwoli ci to nabrać cennego doświadczenia. Po prostu rób to, co wszyscy. Możesz nawet spróbować wkupić się w łaski grupy, by wydać się nieco mniej „zielony”. Ktoś wspomniał, że odbijacie teraz na niebieski szlak? Powtórz zupełnie głośno: „A czy nie powinniśmy teraz odbić na niebieski szlak?” Ktoś pokazał reszcie grupy Świnicę? Zapytaj całkiem luźno: „A czy to przypadkiem nie Świnica?” Szacunek grupy gwarantowany. Niby świeżak, ale szybko się uczy.

NA INDIANĘ JONESA

Budzisz się, jesz owsiankę, po czym postanawiasz, że dzisiaj pojedziesz w Tatry. No i jedziesz. Wcale nie potrzebujesz niczyich internetowych rad, żeby gdziekolwiek się wybrać. Brawo ty! Patrzymy na takich z zazdrością.

NA NAJLEPSZEGO KOLEGĘ

Poszczęściło ci się w życiu i otaczają cię ludzie godni sympatii i zaufania. Co prawda sami nigdy nie wpadliby na pomysł wyjazdu w góry, ale kiedy zaczynasz im wiercić w głowie, powoli przekonują się do twojego zdania. Jesteście kompletnie zieloni, ale razem motywujecie się do wyjazdu, razem szukacie noclegu, wymyślacie trasę, a na koniec razem się na niej gubicie. Oczywiście nie robicie z tego tragedii, bo przecież jesteście razem na złe i gorsze. Co więcej, może nawet świetnie się przy tym bawicie. Jeżeli masz więc dobrego znajomego lub dwóch, podsuń mu pomysł wyjazdu w góry. Razem działa się raźniej i jakoś łatwiej przekonać się do wyjścia z domu, nawet jeżeli nie macie zielonego pojęcia jak to będzie. Początki wcale nie muszą być dramatyczne, a dzięki zasobom internetu całkiem łatwo można przyswoić górską teorię. W ostateczności wyślij temu znajomemu liścik z pytaniem „Czy chcesz ze mną chodzić?” Po szlakach oczywiście. I czekaj.

NA SAMOTNIKA

To sposób szczególnie bliski mojemu sercu. Nie każdy może być Indianą Jonesem i niektórym ze sporą trudnością przychodzą choćby takie prozaiczne rzeczy, jak wyjazd na wycieczkę. Wszystko wydaje się nowe, groźne i przytłaczające. Wśród znajomych nie masz nikogo, kto chciałby z tobą ruszyć w teren, więc zdany jesteś na siebie. Jaka jest rada? Nie budzić się z myślą o podboju Everestu, a może zamiast tego zacząć od zupełnie drobnych spraw. Wybrać się za miasto na spacer, potem kawałek dalej, może następnie zwiedzić jakieś ładne miejsce w okolicy, czy w końcu zaplanować całodzienny wyjazd.

Wiem, że dla niektórych i takie sprawy wiążą się ze stresem i strachem przed nieznanym. Małymi krokami można jednak w końcu dojść do celu, w przeciwieństwie do czekania na jeden, gigantyczny skok, który raczej sam nie nastąpi. Można spróbować zapisać się do grup czy kół górskich działających w okolicy, albo podczepić się pod jakaś organizowaną wycieczkę. Można też samemu, stopniowo, przełamywać się do wyjazdu. Uwierzcie mi – jakiś czas temu nie sądziłem, że będę w stanie przeżywać w górach wschody słońca i to czasami w zupełnej samotności lub zimie. I nie stało się to z dnia na dzień, a jest to raczej wynik bardzo powolnej ewolucji i nabierania doświadczenia.

NA PRAWDZIWEGO GÓROŁAZA

Aaa, szkoda nawet słów.

 

Z czasem zdecydowanie łatwiej przychodzą decyzję o wyjeździe w wyższe góry

Z czasem zdecydowanie łatwiej przychodzą decyzje o wyjeździe w wyższe góry

 

Będąc całkiem poważnym, to zdecydowanie najprostszym sposobem jest odnalezienie wśród znajomych kogoś, kto w góry po prostu jeździ. Wymaga to pewnych zdolności komunikacyjnych i odrobiny szczęścia. No bo jeżeli mieszkasz na takim Podhalu, to zdecydowanie łatwiej ci będzie odszukać w otoczeniu kogoś, dla kogo te całe szlaki, doliny i góry nie są czarną magią. Na Pomorzu pewnie będzie trudniej, ale też da się to zrobić. Wiadomo, że ruszając z kimś będzie raźniej, co dla takiego „zielonego” turysty ma kolosalne znaczenie. W końcu ktoś wywiezie cię do lasu, powie że masz iść tamtą ścieżką, potem skręcicie na inną i żeby najzwyczajniej na świecie czuć się bezpieczniej, to jakkolwiek to zabrzmi, warto ten pierwszy raz przeżyć (ekhm) w grupie.

Oczywiście jeżeli jesteś kompletnie zielony i ktoś na początek proponuje ci wyjazd na Orlą Perć, to może jednak znajdź w sobie odrobinę lub dwie asertywności. Przy czym nie musisz od razu całkowicie rezygnować z wyjazdu! Możesz równie dobrze powiedzieć, że poczekasz gdzieś niżej, lub w okolicy schroniska, aż koledzy rozprawią się z kluczowym etapem wycieczki. Nawet jeżeli masz się za sprawnego człowieka o świetnej kondycji, to przestrzeń, wysokość i ekspozycja może dosyć mocno zakręcić ci w głowie. Tak, pomimo tego, że jesteś przekonany o braku lęku wysokości. W naszym przypadku jest tak, że dobrze czujemy się w Tatrach, ale już takie wieże widokowe budzą w nas trochę niepokoju. Nie ma więc sensu ryzykować ataku paniki i lepiej po prostu zaczynać z niższego pułapu, a później podkręcać wyzwania.

Po pewnym czasie zapadliśmy na tatrzańską gorączkę, a ja zamieniłem zwyczajny plecak na coś wygodniejszego. Ewolucja

 

W dzisiejszych czasach, dzięki portalom społecznościowym pewnie doskonale się orientujesz, kto z twoich znajomych jeździ w góry. Nie pozostaje więc nic innego, niż chwilowa transformacja w „poszukiwacza”, który pyta, czy nie mógłby się pod czyjąś wycieczkę podłączyć. Jeżeli szczęście dopisze, to wkrótce zobaczysz te góry na żywo. Jeżeli nie, bo źródło twojej nadziei woli samotne wycieczki, pozostają jeszcze inne sposoby.

Wszak górską pasję można wyzwolić w osobach, które wcale nie miały jeszcze do czynienia z wędrówkami po szlakach. Wystarczy, że wspólny wypad zaproponujesz „niegórskim” kolegom. Kto wie, może to oni właśnie stosują metodę „na księżniczkę uwięzioną w wieży” i czekają na twój krok? Wybieracie na początek jakieś łatwe pasmo (na wszelki wypadek), czytacie starannie co zabrać i na co zwrócić uwagę, planujecie krótkie i bezpieczne szlaki  i… jedziecie. Może początkowo nie na cały urlop? Może na weekend, skoro to dla ciebie nowość? Jeśli ci się nie spodoba, to trudno. Jeżeli  jednak połkniecie górskiego bakcyla, będziecie już wiedzieli, czego mniej więcej się spodziewać w przyszłości.

To już widok, wobec którego ciężko przejść obojętnie

To już widok, wobec którego ciężko przejść obojętnie

 

Zdecydowanie najtrudniej jest w górach zacząć, kiedy wokół brak chętnych, a wy, nie należycie do mistrzów odwagi. Wtedy pozostaje powolne i stopniowe zwiększanie pewności siebie. Co prawda istnieją nawet internetowe grupy, na których można znaleźć osoby szukające górskiego towarzystwa, ale strzelam, że jako początkujący, nie za bardzo będziesz chciał zaryzykować, wyjeżdżając z kimś obcym. Dlatego nie masz wyjścia – jeżeli chcesz zacząć coś robić, to zacznij to robić. Ale powoli i stopniowo, szukając jednocześnie kogoś, z kim mogłoby być raźniej. Może warto zainteresować się lokalnymi kołami turystycznymi? Wybrać na pierwszą wycieczkę z jakimś oddziałem PTTK? A może po prostu podpiąć się pod jakąś komercyjną wędrówkę z przewodnikiem? Pierwsze, szlakowe doświadczenia na pewno sporo ci pomogą.

Na koniec kilka, może nieoczywistych wniosków. To, że ktoś pokonuje trudne szlaki, wybiera się o świcie samotnie w góry, czy wspina na pionowych ścianach, nie wzięło się znikąd i jest najczęściej wynikiem stopniowego nabierania doświadczenia i pewności siebie. W porządku, zdarzają się osoby, które z marszu pokonują trudne drogi, ale wzorując się na nich, obudzisz się kiedyś znowu z myślą „A pojadę se na Everest”. Po czym po raz kolejny nic z tego nie wyjdzie.

Z niecierpliwością czekamy na pierwsze promienie Słońca

Nasz pierwszy, górski wschód słońca. Tak, byłem w jeansach i zwyczajnym plecaku, chociaż teraz już bym się nie zamienił.

 

Jeżeli dopiero chcesz zacząć przygodę z górami, nie naśladuj kogoś, kto zna góry na wylot. Zamiast tego naśladuj to, co robił ten człowiek na początku swojej przygody, i co pozwoliło mu znaleźć się w miejscu, w którym teraz jest. Turystyka górska jest dla każdego, bo przecież nie trzeba od razu porywać się na najwyższe tatrzańskie szczyty. Wystarczy trochę rozsądku i chęci, żeby miło spędzić dzień na szlaku.  Pamiętaj też, że przecież każdy z nas jest inny i nie każdy wzorzec da się idealnie dopasować.

Rób wszystko w swoim tempie, tak by wędrówki były po prostu przyjemnością. To zdecydowanie nie wyścigi! Pokazuje to nawet nasza historia, bo idealnie dokumentuje metodę małych kroków. Aha, jeszcze jedno. Sprzęt początkowo może odłóż na dalszy plan. Znajdź wygodne buty, wrzuć do plecaka prowiant i coś cieplejszego, a potem ruszaj. Jeśli ci się spodoba, to wtedy pomyślisz o lepszym wyposażeniu. Kilka wskazówek, znajdziesz w tekście poświęconym planowaniu wyjazdu w góry – link na początku tekstu. Zachęcam również do zerknięcia do teksu o tym, co zabrać na szlak. Kilka propozycji łatwych wycieczek znajdziesz tutaj. Masz pytania? Pisz śmiało!

Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Gdybyście natomiast nie wiedzieli co robić z nadmiarem gotówki, to zerknijcie na nasz profil w portalu Patronite. Można zgarnąć fajne zdjęcia. Pozdrawiamy!

15 komentarzy
  • Dominik
    Opublikowano o 08:39h, 16 lipca Odpowiedz

    Cześć mam pytanie o jakiś poradnik dla kompletnie zielonych na temat gdzie zacząć przygodę z górami, jak się przygotować.. Wszystko od A do Z zaczynając od miasta w którym się zatrzymać po nazwy szlaków itp…..

    • Mateusz
      Opublikowano o 15:14h, 16 lipca Odpowiedz

      Cześć! Nie wiem, czy coś takiego istnieje – w sensie takie wielkie kompendium. Bo dla każdego pasma górskiego będzie to wyglądało nieco inaczej. Inaczej w Tatrach, Bieszczadach, Pieninach itd. Co do zasady, zaczynając lepiej wybierać krótkie szlaki po popularnych terenach. No, a przygotowania to temat rzeka. Pewnie kiedyś coś o tym napiszę, ale w internecie też znajdziesz sporo informacji.

  • Albert
    Opublikowano o 18:35h, 01 kwietnia Odpowiedz

    Świetny tekst! Jestem miłośnikiem biegania, a góry zawsze mnie fascynowały. Niestety nie mam blisko do gór i nie mam znajomych, którzy chodzą na wyprawy. Niedawno zdecydowałem, że dorzucam nowe hobby do swojego życia. Jutro wyruszam na pierwsza wyprawę od dłuższego czasu. Bardziej w tereny wyżynne, a nie górskie, ale od czegoś trzeba zacząć:-)

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:55h, 02 kwietnia Odpowiedz

      Super! Trzymam kciuki, bo satysfakcję daje nawet to, że człowiek z każdą chwilą zapuszcza się coraz dalej 🙂 Może w taki sposób uda się poznać kogoś do wspólnych wyjazdów? Albo w czasie biegania? Zawsze można też zapisać się na jakąś wycieczkę organizowaną prze PTTK, kluby zdobywców koron górskich itp. Wiadomo, że w grupie jest trochę inaczej, ale można złapać, jak to całe wędrowanie wygląda 🙂 Pozdrawiam!

  • Kasia/ Szukąjac Słońca
    Opublikowano o 18:13h, 13 sierpnia Odpowiedz

    Nie zapomnę mojej pierwszej samodzielej wycieczki w Tatry……W sumie to podziwiam samą siebie, że jak lało a potem waliło gradem to szłam dalej, mimo, że miałam spodnie rybaczki materiałowe i quasi wiatrówkę, i zero pojęcia jak dokładnie wygląda szlak. Ale – TOPR mnie nie ściągał, a ja zamiast się zrazić, zaczęłam kupować ciuchy i sprzęt 😉 Plus – jakbym czekała, aż ktoś łaskawie pojedzie to bym do dziś w domu siedziała. Teraz paradoksalnie – ludzie chca ze mną jeździć, ale ja wolę sama 😉

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:56h, 14 sierpnia Odpowiedz

      Nie ma to jak własne doświadczenia, bo tego się nie da zastąpić w żaden sposób. No i to jest fajne, bo początkowo zaczyna się z wieloma obawami, a po czasie takie wyjazdy przychodzą już z większą łatwością 🙂 Ja też lubię sprawdzony „skład”, a w dodatku my planujemy wycieczki czasami z dnia na dzień, więc trudno byłoby się nam z kimś zgrać pod względem terminów.

  • Wi Ślan
    Opublikowano o 20:57h, 26 lipca Odpowiedz

    A ja mam trochę inaczej… Urodziłem się w górach i od zawsze po nich chodzę… Nie potrafię bez nich żyć. Moją pierwszą pracę po studiach porzuciłem m.in. ze względu na to, że czułem się jak bym bez widoku gór za oknem powoli umierał. Spędziłem mnóstwo czasu w górach zarówno samotnie jak i w ekipie. Wiele nocy pod namiotem, pod gołym niebem, pod skalnym nawisem, na wieży widokowej, w jagodowym chruśniaku, w stodole etc… Doświadczyłem wielu zapierających dech w piersiach wschodów i zachodów (zarówno słońca jak i księżyca), śniegów, deszczów, burz letnich, burz śnieżnych, żmij, jeleni na rykowiskach, kleszczy… Nadal nie dorobiłem się ałtdorowych ciuchów, więc zakładam te wieśniackie, przemakalne i nieoddychające i szlajam się po górach najczęściej między utartymi szlakami, bywa że cały dzień nie spotkam nikogo…. Jest pięknie… Acha w zasadzie chciałem napisać, że fajny artykuł. To bardzo miłe, że coraz to kolejne osoby zaczynają SWOJĄ przygodę z górami i w górach. Pozdrawiam. Dobra robota panowie !

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:31h, 27 lipca Odpowiedz

      No to zazdroszczę! Trochę inaczej to wygląda, kiedy góry są nierozerwalną częścią twojego życia. Pojawiają się jak jesteś mały i tak trwają przez lata. Trochę trudniej jest, kiedy już w dorosłym wieku wszystko zaczyna się od zera, ale chcemy tu czasami pokazać, że to nic niemożliwego i tak jak wspominałeś, góry potrafią dostarczyć świetnych wrażeń 🙂 Dzięki za miłe słowa i pozdrawiamy!

  • Artur Szymanowski
    Opublikowano o 22:57h, 18 lipca Odpowiedz

    Bardzo trafny tekst. Też zaczynałem swoje górskie wędrówki od jeansów i bluzy, a na to ciepła kurtka., bo przecież tam wieje 😉 Gdy teraz porównam w czym chodziłem kiedyś, a co mam na wycieczkach teraz, to zastanawiam się jak tak mogłem chodzić 😛

    I z najważniejszą kwestią zgodzę się całkowicie: „jeżeli chcesz zacząć coś robić, to zacznij to robić.” A jak się spodoba, to reszta przyjdzie z czasem. I sprzęt i doświadczenie.

    • Mateusz
      Opublikowano o 07:37h, 19 lipca Odpowiedz

      Chyba każdy może się pochwalić takim startem 😀 Dopiero potem nabiera się doświadczenia i zaczyna dostrzegać pewne rzeczy.

  • Kelka
    Opublikowano o 13:41h, 28 czerwca Odpowiedz

    Wow szacuneczek!!!! Uwielbiam góry, świetny jest ten blog. Ja w sumie po takiej meega długiej wycieczce lubię sobie zjesc cos porzadnego, a woim ukochanym Zakopanem jest wiele takich miejsc np. (reklama – wymoderowano) :)))

  • rowerowy kRaj
    Opublikowano o 14:10h, 22 czerwca Odpowiedz

    No nie! Rower Cię nie wkręcił??? A tak serio, to rozumiem. Bo choć rower skradł mi serce, to góry zaskarbiły duszę ? I gdy na horyzoncie parę dni wolnego, staję przed dylematem – na rower czy górską wędrówkę?

    • Mateusz
      Opublikowano o 16:13h, 22 czerwca Odpowiedz

      Wkręcił! Tyle, że góry jednak zdecydowanie wygrały, więc przejażdżki ograniczam do najbliższych okolic, dla relaksu i podtrzymania formy 🙂

  • Edyta
    Opublikowano o 07:25h, 22 czerwca Odpowiedz

    Świetny wpis, aż się uśmiechnęłam. My lubimy na Indianę Jonesa z tym, że trasę nie planujemy rano przy owsiance a dwa trzy dni wczesniej 😉 Ale tekst „Wsiadaj mała – jedziemy w góry” i „Pojade se na Everest” mnie rozwalił ;:D Pozdrawiam serdecznie i na bieżąco śledzę Waszą stronę 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 10:06h, 22 czerwca Odpowiedz

      Cześć! No to zazdrościmy, bo nam początkowo wcale tak łatwo nie było 😀 Teraz już na szczęście umiemy się sprawnie zebrać i wiemy mniej więcej, czego się w górach spodziewać 🙂 Dzięki i pozdrawiamy! 🙂

Zostaw komentarz