Czym nagrywam

Czym fotografuję, nagrywam i dlaczego akurat tym

Często pytacie o tytułowe sprawy, więc w tym tekście na nie odpowiadam.

Jak do tego doszło, nie wiem, jak śpiewał Elvis naszych czasów, ale ostatnio bardzo często pytacie mnie o pewną kwestię. Do tej pory raczej unikałem wpisów na temat sprzętu, z jakiego korzystam na szlaku, bo jakoś po prostu zakładałem, że nie będzie was to interesować. Cóż, dosyć wyraźnie pokazaliście mi w mediach społecznościowych, że jestem w błędzie. Skoro więc chcecie wiedzieć, czym fotografuję i nagrywam filmy na YouTube, to wam tę tajemnicę zdradzę. Gotowi?

Ostatnie filmy na kanale nagrane zostały w całości przy użyciu wyłącznie aparatu Sony a6300 z obiektywem Sigma 16 mm F1.4. Jeśli spodobały się wam nagrania z Kościelca, Caryńskiej, Banówki czy choćby przejścia Tarnicy, Halicza i Rozsypańca, to macie odpowiedź. Wszystkie zdjęcia w podlinkowanych wpisach również pochodzą z tego zestawu. O przyzwoity dźwięk dba mikrofon Rode Smartlav+, który wpinam sobie najczęściej w szelkę plecaka. Natomiast to nie wszystko i nie zawsze tak było, bo sporo się u mnie przez ostatnie 5 lat blogowania zmieniało. Jeśli ciekawią was moje wybory sprzętowe, te mądre i te mądre mniej, a także co się zmieniło w mojej filozofii sprzętowej, to zachęcam do czytania.

Sony a6300 i Sigma 16 mm

To wszystko. Właśnie tym nagrałem ostatnie filmy i fotografowałem na szlaku

 

Postaram się pisać językiem bardzo prostym, żeby każdy zrozumiał, co mam na myśli, natomiast uwzględnię też kilka szczegółów dla tych, którzy fotografią interesują się nieco poważniej. Wszystko zaczęło się w 2014 roku, kiedy pojechałem z Darkiem pierwszy raz w góry. Uzbrojony w jakiś aparat kompaktowy pstrykałem radośnie zdjęcia we wszystkich kierunkach. Wędrowanie i utrwalanie wspomnień spodobało mi się tak mocno, że wkrótce powstał ten blog, a ja postanowiłem kupić sobie „poważny” aparat.

Jakie miałem wymagania? Możliwie jak największa matryca, za możliwie jak najniższą kwotę. Zmora producentów, co? No i dobrze by było, gdyby to był bezlusterkowiec. Nie wiedziałem wtedy, czy to moje nowe hobby mi się spodoba, więc nie chciałem wydawać milionów monet. A dlaczego bezlusterkowiec? Nawet nie ze względu na jakąś oszczędność wagi. To byłby miły bonus, ale zależało mi przede wszystkim na dwóch rzeczach. Pierwsza, to pomiar ostrości bezpośrednio na matrycy, by odpadły potencjalne problemy z front i back focusem znane z lustrzanek. Czyli sytuacja, w której aparat sygnalizuje, że ustawił ostrość w pożądanym miejscu, a tak naprawdę ustawił ją odrobinę przed albo nieco za fotografowanym przedmiotem.

Druga to podgląd na żywo z wyświetlanym histogramem. W podróży, a zwłaszcza w górach, ułatwia i przyspiesza to fotografowanie, bo na bieżąco widać, czy zdjęcie jest poprawnie naświetlone. Nie widziałem więc sensu w zakupie lustrzanki, której do moich potrzeb i tak używałbym wyłącznie w trybie live view. Zależało mi też na jeszcze jednej rzeczy, czyli dynamice tonalnej. Żeby wam to prosto przedstawić, to jest to zdolność do rejestrowania bardzo kontrastowych scen, jak np. wschodów słońca.

To oczywiście uproszczona symulacja, żeby wam pokazać, o co chodzi

 

Matryca o dużej dynamice pozwoli zarejestrować piękne, kolorowe niebo, ale też szczegóły w spowitych mrokiem dolinach. Te o niewielkiej dynamice sprawią, że być może utracicie detale na niebie i pojawi się tam po prostu biała, brzydka plama, albo w dolinach, zamiast szczegółów, zarejestruje się wam brzydki szum. Wiecie, taka ziarnistość. Z tego też powodu z góry odrzuciłem np. aparaty Canona, no bo w tamtym akurat czasie nie zachwycały, jeśli chodzi o ten parametr. No i kasa, bo czy wspomniałem, że nie chciałem dużo wydawać?

Tak oto w moje ręce wpadł ostatecznie Sony a3000 z matrycą APS-C i podstawowym obiektywem 18-55 mm. Aparat pełen kompromisów, które… w moich zastosowaniach wcale mi nie przeszkadzały. Autofocus był wolny, a w trybie ciągłym w zasadzie nie istniał. Zdjęcie biegnącego człowieka? Zapomnij. Natomiast był celny, a ja fotografowałem głównie statyczne krajobrazy i nie było to dla mnie problemem. Menu było fatalne, ale w moich zastosowaniach turystycznych w zasadzie nie musiałem do niego zaglądać. Bo po co, skoro większość rzeczy od razu skonfigurowałem?

Dolina Białej Wody. To ciągle jedno z moich ulubionych zdjęć. Sony a3000 i 18-55 mm

 

Patrząc w wizjer elektroniczny, można było stracić wzrok, serio. No albo przenieść się w czasie jakoś do 1995 roku, bo pewnie taką miał rozdzielczość. Jakoś niedługo później sprawiłem sobie pierwsze okulary korekcyjne w życiu, przypadek? Wyświetlacz też nie powalał jakością, a w słońcu trzeba było nieco kombinować, by coś zobaczyć. Szybko jednak się okazało, że z tymi ograniczeniami dam radę żyć, a aparat pozwala uzyskać naprawdę fajne rezultaty i ogranicza mnie raczej kreatywność, a nie sprzęt. Zwłaszcza w tej cenie, bo nowy kosztował wtedy jakieś 1100 złotych i to z obiektywem w zestawie.

Sony a3000 i 18-55 mm

Powyższe zdjęcia pochodzą z zestawu Sony a3000 i obiektywu 18-55 mm

 

Całkiem szybko ogarnąłem, o co chodzi z tymi wszystkimi przysłonami, czasem i ISO, no i zależnościami pomiędzy nimi. Zabierałem aparat nie tylko w góry, ale też na rower czy jakieś dłuższe spacery. Wchłonąłem tysiące tutoriali w necie. Do dzisiaj uważam, że zrobiłem nim jedne z moich ulubionych zdjęć, no i w dodatku mam jakiś dziwny sentyment do tej z pozoru zwykłej, plastikowej puszki. W końcu utrwaliłem nią wspomnienia związane z pierwszymi, górskimi wschodami, zachodami, no i ogólnie masę ciekawych wycieczek.

Bieszczadzka wolność. Sony a3000 i 18-55 mm

 

Z czasem przyszedł mi do głowy pomysł poszerzenia mojej kolekcji obiektywów. Korzystałem głównie z podstawowego zoomu 18-55 mm, który może nie był wybitnie ostry, ale był zaskakująco przyzwoity, zwłaszcza w środkowym zakresie. Czyli tak mniej więcej od 24 do 40 mm. Jeśli to dla was czarna magia, to spieszę z wyjaśnieniem. Jeśli chcecie zrobić fotkę bardzo szerokiej sceny, to będziecie potrzebować również „szerokiego” obiektywu o krótkiej ogniskowej – 10, 15, czy 20 mm. Mowa wtedy o obiektywie szerokokątnym. Jeśli natomiast zapragniecie sfotografować odległą sarenkę, to przyda się wam się coś o długiej ogniskowej, czyli teleobiektyw. 200, 400, czy nawet 600 mm. To tak w uproszczeniu.

Różnica pomiędzy dwiema ogniskowymi – 18 mm i 35 mm

 

No i ja też chciałem fotografować odległe tematy i po jakimś czasie zakupiłem obiektyw 55-210 mm. Nie będę się o nim rozpisywał, bo jak szybko go kupiłem, tak szybko się go pozbyłem. Na szczęście na nim nie straciłem, bo był to egzemplarz używany, ale cytując klasyka – niesmak pozostał. Fakt, mam kilka fajnych fotek, w tym moje ulubione świstaki, ale ostrość nie zachwycała, kontrast był jakiś taki słaby, a w dodatku trzeba było go nosić. Używałem go sporadycznie i uznałem, że lepiej go odsprzedać, póki ma jakąś wartość.

Świstaki lubią wygrzewać się do słońca

Sony a3000 i 55-210 mm. Świstak wspaniały, obiektyw już mniej

 

Zdecydowanie lepszą decyzją był zakup stałoogniskowego obiektywu 50 mm F1.8, czyli takiej typowej portretówki. Stałoogniskowy to taki w którym nie możecie „zoomować”, no chyba, że nogami, podchodząc bliżej do fotografowanego elementu. Zmiennoogniskowy z kolei, to np. wspomniany wcześniej obiektyw 18-55 mm. Nim możecie sobie śmiało zoomować w zależności od tego, czy chcecie sfotografować szeroką scenę, czy jakiś detal. Nadążacie? No i ta „pięćdziesiątka” szybko okazała się też niezłym szkłem do fotografowania krajobrazu.

Co to za liczba po literce „F”? To oznaczenie wskazuje minimalną wartość przysłony obiektywu, ale żeby to wszystko uprościć, to użyje określenia „jasność”, chociaż nie wiem, czy jest poprawne. Jasne obiektywy to właśnie te, których wartość wynosi 1.8 czy 1.4. Jeśli chcecie robić zdjęcia czarnych kotów w nieoświetlonej piwnicy, to pewnie potrzebujecie szkła o przysłonie F1.4 czy nawet F1.2. Bo im mniej, tym jaśniej, czyli zazwyczaj lepiej. Pozwala to uzyskać po pierwsze lepszą jakość w trudnych warunkach oświetleniowych, a po drugie ułatwia uzyskanie płytkiej głębi ostrości. Wiecie, te wszystkie portrety z rozmytym tłem, jeśli wam na tym zależy.

Kilka przykładowych zdjęć z płytką głębią ostrości. Na górze Sigma 16 mm F1.4, na dole Sony 50 mm F1.8

 

No i niby to ciągle ogniskowa 50 mm, którą przecież pokrywał ten zoom 18-55 mm, ale polubiłem tę „stałkę” z kilku powodów. Raz, że była zdecydowanie ostrzejsza, dwa, że zwłaszcza w leśnych odcinkach można było pobawić się głębią ostrości, no i trzy, że w okolicach świtu czy po zachodzie słońca dało się ciągle robić zdjęcia, kiedy zoom wymagał używania już zbyt wysokiego ISO. Zwłaszcza że pomagała jeszcze wbudowana w obiektyw stabilizacja, a przecież nie zawsze i nie wszędzie zabierałem wtedy statyw. No i cena też była ok, bo udało mi się dostać używkę w świetnym stanie. Tutaj zdecydowanie zauważyłem różnice w jakości i mitycznej „plastyce” zdjęć. Mijały miesiące i lata, a ja sobie fotografowałem właśnie tym zestawem, który dzielnie mi służył w zasadzie we wszystkich warunkach pogodowych.

Wszystkie zdjęcia z zestawu a3000 i 18-55 mm

 

Pewnego dnia postanowiłem jednak, że fajnie byłoby nagrywać na YouTube coś więcej, niż tylko panoramę ze szczytu. Wiecie, to nie wydarzyło się z dnia na dzień, ale tak wam streszczam. Z racji tego, że obiektywy już miałem, to zacząłem rozglądać się za aparatem, który pozwoliłby mi vlogować. Dlaczego nie jakaś kamerka? Nigdy nie podobała mi się ta zakrzywiona perspektywa, a poza tym uznałem, że aparat zawsze wykorzystam do fotografowania.

Tak padło na model a5100, a wybór podyktowany był w zasadzie jednym elementem. Był nim odchylany o 180 stopni ekran, dzięki czemu mogłem zobaczyć, czy w czasie nagrywania moja wielka głowa mieści się w kadrze. Czy w innym wypadku zdecydowałbym się na zakup nowego aparatu? Raczej nie. No, a już na pewno nie na ten model, który miał bardzo słabą ergonomię, mało konfigurowalnych przycisków i ogólnie do fotografowania znalazłbym na pewno lepsze propozycje. No ale w systemie Sony nie można było mieć wtedy wszystkiego.

Albo wizjer i przyciski, albo odchylany, dotykowy ekran. Po co płacić raz, jak możesz korporację nagrodzić swoimi pieniędzmi dwukrotnie, nie? Przełknąłem więc frustrację z tym związaną, pogodziłem się z wydatkiem, bo przecież zachciało mi się nagrywać. Tak powstały pierwsze w historii kanału vlogi. Gadanie do obiektywu to wbrew pozorom nie jest taka prosta sprawa i wymaga nieco wprawy, żeby sobie wyobrazić, że za tym szkiełkiem siedzicie wy. Pierwsze próby miałem jednak za sobą i myślałem, że będzie już tylko lepiej.

 

Pierwszy „vlog” w dziejach tej strony

 

Nie było. Chciałem się za to zabrać tak porządnie, więc w trosce o stabilne ujęcia zakupiłem też gimbal, który okazał się kulą u nogi, zwłaszcza w górach. Noszenie go i wyważanie tak strasznie mnie zniechęciło, że przez długi czas nie nagrywałem absolutnie nic, a ostatecznie go sprzedałem, ratując większość utopionych pieniędzy. Serio, straszna to była głupota, a jak sobie przypomnę wagę plecaka ze statywem, gimbalem, trzema litrami wody i długą trasę, którą wtedy robiliśmy, to się dziwię, jakim cudem odrywałem stopy od podłoża. Młody byłem, może dlatego. Zagoniłem się trochę w ślepy zaułek, bo niby chciałem nagrywać na kanał, ale całe to noszenie sprawiało, że traciłem frajdę z wędrowania.

Na to sobie pozwolić nie mogłem i… uznałem początkowo swoją porażkę. Skupiłem się na pisaniu tekstów i fotografowaniu. Ten a5100 okazał się ostatecznie całkiem fajnym aparatem. W końcu skonfigurowałem go do swoich potrzeb tak, by mieć wszystkie potrzebne parametry pod ręką i chociaż różnicy w jakości nie było zbyt dużej, to operowało się nim nieco przyjemniej niż poprzednikiem. I malutki był, zwłaszcza z tym obiektywem 18-55 mm. Całość ważyła wtedy ledwie jakieś 480 gramów. Oczywiście absolutnie bym go nie polecał do jakiegoś poważnego fotografowania, ale w zastosowaniach turystycznych sprawdzał się naprawdę dobrze.

Blog się cały czas rozwijał, zacząłem sprzedawać jakieś wydruki, wydawałem też co roku kalendarz i coraz bardziej zaczęły mi doskwierać wady związane z tym zestawowym obiektywem 18-55 mm. On był naprawdę przyzwoity, ale drukując coś w dużym rozmiarze, chciałem mieć pewność, że zdjęcie będzie ostre od rogu, do rogu.

W międzyczasie Sigma wypuściła obiektyw, na który właśnie czekałem i cóż – od tamtej pory nie wyobrażam sobie wycieczki bez tego szkła. Jasna, szeroka i niesamowicie ostra stałka – 16 mm F1.4. Minusy? Może trochę waga i rozmiar, bo podpięta do małego a5100 wyglądała komicznie, ale to tutaj zauważyłem znaczący skok jakościowy. Nie podczas zmiany aparatu, a podczas fotografowania nowym obiektywem właśnie. No i śmieszna sprawa, bo ten zestaw tak mocno polubiłem, był tak uniwersalny, że często nie potrzebowałem już niczego innego. W taki oto sposób pozbyłem się mojego dzielnego zoomu 18-55 mm, który tak dobrze mi służył, a zostawiłem sobie do tego jeszcze 50 mm F1.8, no i aparat Sony a3000. W tym przypadku nie było sensu go już sprzedawać, bo jego wartość na rynku wtórnym wynosiła wtedy jakieś 300 zł.

 

Lekki zestaw sprawił, że mogłem się skupić na emocjonalnym chłonięciu całej akcji górskiej

 

Całą wyprawę na Kazbek sfotografowałem wyłącznie przy użyciu a5100 + Sigma 16 mm F1.4, więc jeśli chcecie zobaczyć efekty, to tam je znajdziecie. Film, który tam nagrałem, i który tak polubiliście, też nakręciłem tylko tym jednym obiektywem. Na tamtym etapie wyleczyłem się też chyba z chęci posiadania zoomów. Owszem, są bardzo wygodne i jeśli chodzi o podróżowanie na pewno uniwersalne, ale ja miałem akurat inne potrzeby. Wyjście w nocy na atak szczytowy? Świt na lodowcu? Zdjęcie drogi mlecznej? Przysłona F1.4 wszystko to umożliwiała. Zejście ze szlaku po zmroku, ciemny las, chęć podkreślenia tematu z użyciem płytkiej głębi ostrości? Obiektyw sprawdzał się znakomicie w moich zastosowaniach, zwłaszcza w czasie dłuższych wędrówek, gdzie liczyłem kilogramy.

Jasny, szerokokątny obiektyw pozwolił mi robić zdjęcia zupełnie nowych tematów

 

Kiedy natomiast planowałem jakiś fotograficzny plener tam, gdzie waga nie miała takiego znaczenia, zabierałem też drugi obiektyw, czyli 50 mm F1.8 podpięty do a3000. Działało to świetnie i znowu mogłem cieszyć się wędrówkami. No dobra, a jak tutaj znalazł się wspomniany na początku a6300? Wkręciłem się trochę w fotografowanie par, wykonywanie sesji narzeczeńskich i uznałem, że będzie to po prostu kolejna inwestycja. Akurat był wycofywany z rynku, więc dorwałem go w atrakcyjnej cenie i tak zaczęła się moja przygoda z utrwalaniem zakochanych na zdjęciach.

Tutaj faktycznie jakość nieco podskoczyła do góry, ale cenię sobie ten aparat również za sporo możliwości konfiguracji i śledzenie oka w trybie ciągłym, co przydaje się np. w portretach. W połączeniu z tą portretową pięćdziesiątką używało się go naprawdę przyjemnie. Jeśli chodzi o fotografowanie, to nie miałem się raczej do czego przyczepić, natomiast filmowanie okazało się ponownie sztuką kompromisów. W ten oto sposób a3000 po latach wiernej służby trafił do szafy.

Przykładowy plener na połoninie

 

W międzyczasie postanowiłem sobie dać jeszcze jedną szansę, jeśli chodzi o vlogowanie i okazało się, że jest to wykonalne, ale trochę uciążliwe. Bo co robić? Nagrać wszystko tym jednym obiektywem 16 mm F1.4? Zabierać „pięćdziesiątkę” i podpinać ją co kawałek, żeby mieć jakieś ciekawsze przebitki? A może zabierać oba aparaty, co zwiększy wagę? Tak, jak pisałem wcześniej, nie chciałem już powtarzać błędów z przeszłości, gdy nosiłem tego wszystkiego za dużo. To dosyć skutecznie odbierało mi frajdę z wędrówki, a po co wtedy chodzić w góry? Zresztą bądźmy szczerzy – nie każdy szlak zasługuje na to, by go obfocić ze wszystkich stron. Niektóre w dodatku naprawdę potrafią dać w kość i po 8 czy 10 godzinach marszu każdy, dodatkowy kilogram staje się przekleństwem.

Rozwiązanie przyszło trochę przypadkowo, ale też dzięki mojej dociekliwości. Nauczony doświadczeniem starałem się już wykorzystać na 100% to, co wtedy posiadałem. No i w taki sposób do a6300 podpiąłem Sigmę 16 mm F1.4 i tym właśnie zestawem zacząłem nagrywać. Dlaczego? Ten model nagrywa w 4K, co samo w sobie niewiele zmieniało, natomiast rozdzielczość tę wspomniany model uzyskuje w drodze nadprobkówania 6K.

Nie wdając się w szczegóły, bo to pewnie temat na odrębny wpis, okazało się, że przy użyciu cyfrowego zoomu x1.5, pikseli jest ciągle wystarczająco, by otrzymać prawdziwe 4K. W taki oto sposób mogłem łatwo „zamieniać” swój obiektyw 16 mm w 24 mm. Co dalej? Materiały eksportuję i tak w rozdzielczości 1440p, więc uzyskane 4K mogłem w czasie montażu ponownie poddać temu zabiegowi i tak jeden obiektyw stałoogniskowy „zamieniłem” w zoom o zakresie 16-36 mm. Oczywiście w słabym świetle spadek jakości jest zauważalny, w końcu korzystam wtedy tylko z wycinka całej matrycy, natomiast takie rozwiązanie wreszcie dało mi wolność.

 

Film z Kościelca

 

Odrobina jakości jest ceną, którą z radością zapłaciłem za to, by ograniczyć wagę i liczbę sprzętu na szlaku. Chyba też w tamtym momencie kanał nabrał rozpędu, bo poczułem się najzwyczajniej na świecie swobodnie. Dobrze, a co z odchylanym ekranem, którego ten model nie posiadał? Zabawne, bo okazało się, że przy odrobinie wprawy i z odpowiednim, szerokokątnym obiektywem, nie mam problemu z trzymaniem głowy w kadrze. Tak powstał między innymi film, w którym w ciągu 13 godzin przeszedłem 46 km i pokonałem 2000 m przewyższeń. Nie jest to oczywiście światowy rekord, ale nie ma żadnych szans, bym zrealizował go ze statywem, gimbalem, przepinaniem obiektywów i innymi sprzętowymi zabawami. A tak miałem niesamowitą frajdę z pokonywania trasy, a w dodatku mogłem fotografować i nagrać całkiem długi materiał.

 

Miałem kawał drogi do przejścia, ale dzięki zredukowaniu sprzętu, maszerowało się naprawdę przyjemnie

 

Moja fotograficzna filozofia jest więc obecnie dosyć prosta. Tam, gdzie spodziewam się trudnego, długiego szlaku, tam zabieram wyłącznie a6300 i Sigmę 16 mm. Jakiś zoom na pewno byłby bardziej uniwersalny, ale lubię ten obiektyw i do moich zastosowań pasuje po prostu lepiej. W przypadku takich szlaków jak Kościelec właśnie czy przejście Banówki i tak nie nastawiam się na cudowne fotografie, bo zależy mi na tym, żeby wam trudniejsze miejsca po prostu pokazać na zdjęciach czy nagraniach. Zresztą i tak zazwyczaj nie dopisuje wtedy światło, jest południe, a zamiast kombinować z kadrami, muszę się uporać ze szlakowymi trudnościami.

Kiedy natomiast mam więcej czasu i planuję jakiś wypad konkretnie pod kątem fotograficznym, to wtedy i tak dostosowuję do tego trasę. Godzę się też na dźwiganie dodatkowego sprzętu, jak choćby statyw. Do plecaka pakuję wtedy też a5100 z podpiętym obiektywem 50 mm F1.8. bo waga tego zestawu to i tak tylko 480 gramów.

Tak obecnie wygląda sprzęt, którym fotografuję, ale w podsumowaniu chciałbym wam napisać kilka słów z doświadczenia. Brak zoomu w moim zestawie może wydawać się błędem i niektórzy pewnie bez takiego obiektywu nie wyobrażają sobie podróży. To zrozumiałe, bo trudno dyskutować z wygodą takiego zestawu. Też tak długo uważałem, ale w moich zastosowaniach wyszło po latach, że „jasny” obiektyw po prostu sprawdza się lepiej. Gdy miałem 18-55 mm, to i tak fotografowałem głównie albo na 18 mm, czyli jak najszerzej, albo na 55 mm. Głównie skrajne wartości. To dlatego uznałem, że dwie, jasne „stałki”, 16 mm i 50 mm będą dla mnie odpowiednie. Oczywiście wy możecie mieć zupełnie inną filozofię i inne wymagania. No i zoomy o przysłonie F2.8 są po prostu drogie. Jeśli dopiero budujemy swój zestaw, to pewnie ciągle warto je rozważyć. Ja natomiast zyskałbym sporo wygody, ale w zasadzie nic poza tym.

Na koniec ostatnia myśl. Czy pozbywałbym się modelu a3000, gdybym nie miał zamiaru nagrywać na kanał? Pewnie po jakimś czasie tak, ale raczej pozwoliłbym mu się spokojnie zestarzeć. Jeśli macie w miarę współczesny sprzęt, to większą różnicę odczujecie i tak zmieniając obiektyw na jakiś lepszy, który faktycznie coś wam da. Unikalną perspektywę, możliwość fotografowania odległych obiektów, zwierząt, Drogi Mlecznej, czy cokolwiek chcecie na zdjęciu ująć. Wiecie jednak, kiedy uda się wam złapać najciekawsze kadry? Kiedy poświęcicie czas na naukę, a zaoszczędzone pieniądze wydacie na jakąś podróż czy wycieczkę. W końcu nie zrobisz zdjęcia tatrzańskiego wschodu, jeśli w Tatrach w ogóle się nie pojawisz.

Okładka kalendarza na 2021 rok

 

Tak wygląda okładka kalendarza na 2021 rok. Zostawiam link do sklepu, gdzie możecie go zakupić. To nie tylko dwanaście pięknych zdjęć na ścianie, ale też sposób na wsparcie bloga. Dzięki! Jeśli natomiast chcecie być na bieżąco z kolejnymi wpisami, to polecam zapisanie się do newslettera. Można nas też śledzić w mediach społecznościowych. Pozdrawiamy!

No Comments

Post A Comment