Zieloni w 2016 roku

Zieloni 2016

Zieloni w 2016 roku

Kolejny rok na szlakach już praktycznie za nami. Zobaczcie, co ciekawego porabialiśmy w 2016 roku. 

Czas mija nieubłaganie i 2016 rok jest już praktycznie za nami. Jak głosi stara mądrość: „marzec, zaraz lato zleci, Wszystkich Świętych i znowu zima będzie.” Przybyło nam w tym okresie trochę siwych włosów, ale na moje szczęście, są to w zasadzie włosy Darka. Moja bujna czupryna ciągle może być śmiało smagana przez wicher. Błyskawicznie mija ten czas i najgorsze, że nie da się temu zapobiec. Skoro nie da się z nim walczyć, to należy go po prostu zacząć wykorzystywać. W chłodne, zimowe wieczory lubimy wracać pamięcią do tych wszystkich chwil na szlakach, a tych było naprawdę sporo. Biorąc pod uwagę, że to dopiero nasz drugi pełny rok w górach, to muszę przyznać, że jestem całkiem zadowolony z tego, co udało nam się przeżyć i zobaczyć. Odwiedziliśmy masę różnych miejsc i to o wszystkich porach roku. Gotowi, by zobaczyć, jak ten 2016 rok nam minął i co zrobiło na nas największe wrażenie?

Ja i moje rozwiane włosy

Ja i moje rozwiane włosy. Marzec, Bukowe Berdo

 

Minione 12 miesięcy obfitowało w 28 wycieczek, co daje średnio nieco ponad jedną wędrówkę na dwa tygodnie. Dla jednych ten wynik to pewnie mało, dla innych strasznie dużo. Wg nas to w sam raz, ale jak wiadomo apetyt rośnie w miarę jedzenia. Zdarzały się wycieczki króciutkie (jak np. ta na Liwocz, by zerknąć na zachód słońca), ale też takie całodniowe, w czasie których z twarzy Darka nie schodził uśmiech, a z mojej pot. Nie myślcie sobie jednak, że organizowaliśmy się jak w szwajcarskim zegarku. Raczej patriotycznie, po polsku, czyli: „Jakoś to będzie.” Kiedy zapowiadano ładną pogodę pojawiało się znajome pytanie: „Jedziemy gdzieś?” No i jechaliśmy. Na nasze szczęście w momencie wpakowania się do samochodu, zapominaliśmy o tamtej zasadzie i włączał się nam rozsądek.

W drodze na Tokarnię

W drodze na Tokarnię, styczeń

 

Odwiedziliśmy w tym czasie „nasze” Bieszczady, Beskid Niski, Beskid Sądecki, Pieniny, Gorce, Beskid Śląski i oczywiście Tatry. Nie można też zapomnieć o mojej, że tak modnie napiszę, solowej „wyprawie” w Beskid Makowski. Całość tegorocznej włóczęgi wyniosła około 474 kilometrów. Na pierwszy rzut oka wydaje się to dużo, ale warto wspomnieć, że taki Główny Szlak Beskidzki liczy sobie jakieś 500 km i niektórzy faktycznie pokonują go jednym ciągiem.

Zasłużony odpoczynek w najładniejszym miejscu tej wycieczki

W drodze na Lubomir, po kolejną cegiełkę do Korony Gór Polski

 

Fani matematyki (podobno są tacy) z łatwością obliczą, że uśredniając dystans wychodzi około 17 kilometrów na wycieczkę. Obok leniwych celów stawialiśmy sobie w tym roku też ambitniejsze zadania, z czego akurat jestem strasznie zadowolony. Może nie robiliśmy jakichś kosmicznych rzeczy, ale jeszcze dwa lata temu siedziałbym w tym czasie w domu, oglądając jak beztroska Hanka Mostowiak kończy swoje młode życie na przeszkodzie z kartonów. Tak, taki „zielony” byłem. Nazbierało się w tym 2016 roku jakieś 26000 metrów przewyższeń. Tutaj posiłkowaliśmy się danymi mapy-turystycznej.pl. Wychodzi prawie trzy Everesty, licząc od poziomu morza i średnio 930 metrów na wyjazd.

Początek roku był dla mnie koszmarny, ale udało się go przetrwać. Zaczęliśmy go delikatnie od Beskidów, badając swoje siły po chwilowym zastoju. Wiadomo, święta to taki okres, w którym ciężko odmówić babci, gdy ta częstuje nas serniczkiem. Nie było jednak z nami tak źle. Potem postanowiłem zrobić coś fajnego w Bieszczadach. Miał być barwny wschód słońca, a dostałem od matki natury solidnie po tyłku.  To dopiero była przygoda. Następnie udało nam się wybrać na Bukowe Berdo, co okazało się strzałem w dziesiątkę, a dalej ulegliśmy psychologii tłumu i pojechaliśmy pooglądać krokusy na Chochołowskiej.To akurat był strzał co najwyżej w siódemkę.

Wiosenna Polana Chochołowska

Wiosenna Polana Chochołowska, kwiecień

 

Wiosna minęła nam pod znakiem klimatycznych wędrówek. Zielone łąki, kwiatuszki i błękitne niebo. Tak właśnie było. Lato rozpoczęliśmy od spontanicznego wyjazdu w Bieszczady, do którego trochę przymusiłem Darka. Jeśli się zastanawiacie na jaką tajemniczą chorobę zapadł, że nie chciał jechać w Bieszczady, to koniecznie zajrzyjcie do tych relacji. Powiem wam jednak, że wieczór spędzony na Połoninie Caryńskiej to jedno z ciekawszych tegorocznych doświadczeń. Dalej było już tylko lepiej i chyba nawet trochę  przełomowo. Udało mi się nadgryźć te Tatry Wysokie już w zeszłym roku, wchodząc na Kościelec, ale Darek ciągle wykazywał postawę mocno asekurancką. Wycieczka na Kozi Wierch zmieniła prawie wszystko!

Darek na Kozim Wierchu. To był naprawdę fajny dzień!

Darek na Kozim Wierchu. To był naprawdę fajny dzień!

 

Okazało się, że nie tylko się da, ale da się to robić komfortowo i z uśmiechem na ustach. No, chyba że akurat zrobiliście sobie odciski na stopach. Tego nie polecam. Przespacerowaliśmy się nawet przez Granaty, czyli jakby nie patrzeć „Orlą Percią”. Orla Perć- rozumiecie?! Nie pamiętam kiedy ostatnio miałem tyle frajdy. Co prawda znowu musiałem trochę przymusić Darka, ale gdy już się odważył, to pokonywał kolejne przeszkody podśpiewując pod nosem. Ok, śpiewanie zmyśliłem. Grunt, że coś się w nas zmieniło.

Spacerując Orlą Percią. Granaty

Spacerując Orlą Percią. Granaty

 

Potem poszło już błyskawicznie. Mordęga na Sławkowskim i nasz rekord wysokości, czy piękna pętelka na Szpiglasowy Wierch jeszcze bardziej rozbudziły nasze apetyty. Potem nadeszła pora na cudowną, całodniową wędrówkę na Małą Wysoką, najwyższą w Tatrach Zachodnich Bystrą i wreszcie Koprowy (nie mylić z Kasprowym) Wierch.  Tatry Bielskie za to były taką wisienką na tym tatrzańskim torcie. Klimat, pogoda czy widoki – wszystko to razem zagrało. Rok kończyliśmy sielankową wycieczką w Bieszczady, a ja po drodze zrealizowałem plan, który nie powiódł się w lutym. Obejrzałem wschód słońca na połoninie pokrytej śniegiem. Co tu dużo pisać: super było! Natomiast jeszcze w grudniu wybrałem się w Pieniny i tak oto zaliczyłem wycieczkę górską w każdym miesiącu 2016 roku. Piękne 12/12.

Chwila dla fotoreporterów na Sławkowskim Szczycie

Chwila dla fotoreporterów na Sławkowskim Szczycie

 

Teraz się trzymajcie, bo oto pora na nasze górskie „naj”:

 

 

Najdłuższa wycieczka: Tam i z powrotem, czyli wędrówka na najwyższe wzniesienia Pienin i Beskidu Sądeckiego w jednej, urokliwej pętli. Co ciekawe, całość minęła nam zaskakująco bezproblemowo i autentycznie byliśmy zadowoleni z jej przebiegu. Wycieczka na Wysoką i Radziejową w „naszym” wariancie zamknęła się w około 33 kilometrach. Kawał drogi jeśli mnie zapytacie, ale w tym właśnie miejscu nastąpił punkt zwrotny naszej włóczęgi. Oto przestaliśmy pędzić przed siebie z językiem wywalonym na brodę. Zamiast tego pokonywaliśmy kolejne metry spokojnie, konsekwentnie i czerpiąc radość z otaczającej przyrody. Gdy na koniec pochwaliliśmy się napotkanemu turyście dystansem, który zmordowaliśmy, ten ze stoickim spokojem dodał, że jego dzień zamknie się w 40 kilometrach. Ehh, trzeba było się pochwalić jakiejś rodzinie z niemowlakiem.

Na szczycie Wysokiej podczas majowej wycieczki

Na szczycie Wysokiej podczas majowej wycieczki. Tutaj wyglądam jeszcze „w miarę” przyzwoicie.

 

Gdzie zaliczyliśmy najwięcej przewyższeń? Na Kozim Wierchu! Nie bylibyśmy sobą, gdybyśmy się ograniczyli tylko do tego szczytu. Darek zaproponował, a ja się głupi zgodziłem, żeby nieco wydłużyć sobie wycieczkę. Skończyło się na koszmarnych odciskach i jakichś 1750 metrach pokonanych w pionie. Schodząc ekstremalnie trudnym asfaltem z  Morskiego Oka, czułem się jak himalaista uciekający ze strefy śmierci. Moje stopy krzyczały wtedy chyba we wszystkich językach świata, a ja zauważyłem u siebie szczególne predyspozycje do łaciny. Dałem radę! Żaden to szokujący wynik, ale wstydu nie ma. Jak Wam jeszcze napiszę, że widzieliśmy wtedy świstaki, to od razu zapałacie zazdrością. Można je pooglądać i wirtualnie poprzytulać tutaj!

Tuliłbym

Takiego świstaka aż chciałoby się zapakować w plecak

 

Najwyższy zdobyty szczyt? Tutaj wstydu też nie ma, bo poprawiliśmy nasz rekord wysokości. Dumne miejsce zajmuje tutaj teraz Sławkowski Szczyt, który mierzy przyzwoite 2452 metry i łapie się nawet do Wielkiej Korony Tatr na szczęśliwym, trzynastym miejscu. Co się tam zmęczyłem to moje, ale panorama z wierzchołka jest po prostu fantastyczna! Zwłaszcza dla kogoś „zielonego” jak my, kto do tej pory raczej  nieśmiało zaczepiał te Tatry Wysokie.

Pamiątkowe zdjęcie. Sławkowski Szczyt zdobyty

Pamiątkowa fotka na Sławkowskim Szczycie

 

Najdłuższy pobyt na szlaku? Mała Wysoka i 11 godzin wędrówki. Na pierwszy rzut oka można by pomyśleć, że to cała wieczność, ale bawiliśmy się wtedy naprawdę doskonale. Spacer przez spokojną Dolinę Białej Wody, poczucie odosobnienia, dzikość Tatr, a potem kapitalne widoki nad Litworowym Stawem. To jedna z tych wycieczek, gdzie ciągle chce się przeżywać więcej i więcej, a szlak faktycznie nam to gwarantował. Samo wyjście na szczyt okazało się bezproblemowe i mieliśmy okazję zachwycić się tym zakątkiem słowackich Tatr. Cudo!

Z widokiem na Małą Wysoką. Darek kalkuluje siły

Z widokiem na Małą Wysoką. Darek kalkuluje siły

 

Najtrudniejsze chwile na szlaku? Szczęśliwie tych udało się unikać. Wędrówki górskie zawsze niosą ze sobą ryzyko, ale pomimo kilku odcisków na stopach i siniaków na tyłku, obyło się beż większych przykrości. Jeśli chodzi o mnie, to strach zaczynał mnie ogarniać podczas zimowej i samotnej wycieczki przez Tarnicę, Halicz i Rozsypaniec.  Kiedy wiatr przewraca człowieka, jest już za późno na refleksję dotyczącą tego, czy na ten szlak wychodzić czy nie. Trzeba po prostu z niego jakoś wrócić. Ostatecznie nie było tak źle, ale gniew natury mroził mi momentami krew w żyłach. Co ciekawe, Darek najmniej pewnie czuł się na… Nosalu. Śmignął po Granatach, wszedł na Szpiglasowy, a to wyślizgane kamienie na tym niskim szczycie wywoływały w nim wzmożoną czujność. Rozumiem to, bo jest tam skąd spaść, a śliskie głazy nie gwarantowały zbyt dobrej przyczepności. Mimo wszystko trudno mówić o panice. Darek jest typem człowieka, który zawsze przykłada największych starań, żeby wycieczka przebiegła bezpiecznie i zgodnie z planem. Mapa, współrzędne GPS, a nawet apteczka w plecaku sprawia, że chyba nieźle się uzupełniamy.

Nosal i krótka przerwa w promieniach słońca

Nosal i krótka przerwa w promieniach słońca

 

Najlepsza wycieczka 2016 roku? Tutaj wybór był naprawdę trudny, bo przecież każdą przeżywa się inaczej. Poza walorami krajobrazu dochodzi jeszcze coś, co ciężko zdefiniować – klimat. Inaczej przemierza się szlak w okresie wakacyjnym, a inaczej, gdy ścieżkę mamy wyłącznie dla siebie. Darek na najniższym stopniu podium umieścił Małą Wysoką, dalej niezwykle klimatyczny wypad na Bukowe Berdo (zdecydowanie za mało tu o nim wspominam), a za najlepszą uznał podróż w Pieniny i Beskid Sądecki podczas jednego, całodziennego spaceru. Taka kwintesencja wędrowania, gdy zakładamy plecak i idziemy tam, gdzie poniesie nas wzrok. Moje TOP 3? Bukowe Berdo, Granaty (i to nie tylko ze względu na końcowy spacer Orlą Percią), a moim tegorocznym numerem 1 jest Mała Wysoka. Wysoki szczyt, piękne widoki, a niżej cisza, samotność i kontemplacja prawdziwej tatrzańskiej natury. Wszystko to w całodziennej, fantastycznej wędrówce.

Mała Wysoka zachwyca panoramą. Za mną m.in. Łomnica, Durny Szczyt czy Lodowy Szczyt

Na szczycie Małej Wysokiej. Ahh, cóż to był za dzień!

 

Najpopularniejsze wpisy 2016 roku? Bezkonkurencyjny okazał się ten, w którym usilnie staramy się was zniechęcić do gór. Dlaczego nie warto jechać w góry? Powodów jest sporo, więc jeśli jeszcze nie czytaliście, to koniecznie to nadróbcie. Chętnie zapoznawaliście się też z relacjami z wycieczek na Kozi Wierch, Skrzyczne, Małą Wysoką i Granaty. Co cieszy nas najbardziej to fakt, że wy chyba faktycznie to czytacie! Średni czas przebywania na stronie zawierającej te wpisy wahał się bowiem od 5 do 7 minut.  To chyba najlepszy komplement jaki można otrzymać!

W 2016 roku miałem przyjemność obejrzeć na szlaku 7 wschodów i 5 zachodów słońca, co zawsze wprawia mnie w doskonały humor. Jeszcze większy uśmiech na twarzy wywołały we mnie frazy kluczowe, po jakich trafiacie do nas po wpisaniu ich w wyszukiwarkę. Pewnie nie zdziwią nikogo tak ogólne hasła jak „ładne niebo”, „oczy zielone” czy „kolor indygo” (co?). Mocniej zacząłem się zastanawiać przy „okrzyn łąkowy”, „niemcy”(serio!), „niebieski zaskroniec” czy… „coś fajnego do zrobienia”. Na to pytanie naturalną odpowiedzią będzie „idź w góry”. Moim ulubionym będzie jednak niezmiennie hasło: „jak wygląda odwodniony człowiek”. Polecam wam wpisanie dla zabawy tej frazy w google grafika. Leniwym powiem, że pokaże się wam to oto zdjęcie:

Człowiek nawet w spokoju nie może sobie zdjęcia zrobić...

Czy wyglądam na odwodnionego? Może troszkę…

 

Cieszy nas strasznie, że z nami jesteście. Mam nadzieję, że znajdujecie tutaj coś dla siebie, w końcu staramy się szczerze pokazywać naszą drogę od kompletnej, górskiej „zieloności”. Ten rok był naprawdę udany. Doświadczyliśmy masy nowych rzeczy, no i poznaliśmy prawdziwych, górskich pasjonatów, którzy postanowili dla niepoznaki zebrać się w Radomiu (pozdrawiamy!).  Dziękujemy wam za te wszystkie odsłony, polubienia, czy nawet pytania dotyczące jakiegoś szlaku. Zdążyliśmy się nawet dorobić własnego logo (dzięki!) Najfajniejsze z tego wszystkiego? Wielka jak K2 góra wspomnień, która zostanie z nami już na zawsze. Jak najwięcej pięknych wspomnień życzymy Wam w 2017 roku. Pozdrawiamy, a na koniec jeszcze filmik!

 

Koniecznie zajrzyjcie do zakładki „Z podróży”, gdzie znajdziecie wszystkie nasze relacje z wycieczek. Dajcie znać w komentarzach, co zrobiło na was największe wrażenie. Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail.  Znajdziecie nas również na Facebooku. Pozdrawiamy!

Pełna galeria zdjęć (nie tylko z 2016 roku) do znalezienia w zakładce

Zobacz więcej podobnych relacji.

6 komentarzy
  • jblum
    Opublikowano o 09:28h, 15 stycznia Odpowiedz

    super fotki, gratuluje
    jakim sprzętem focisz?

  • Skadi
    Opublikowano o 13:01h, 27 grudnia Odpowiedz

    Bardzo udany rok mieliście! Mam wrażenie, że był też trochę dla Was przełomowy oglądając Wasze relacje, zwłaszcza z Tatr. Ale i tak bez dwóch zdań najlepsza jest galeria świstaków!!!

    • Mateusz
      Opublikowano o 14:18h, 27 grudnia Odpowiedz

      Świstaki to numer 1 😀 Strasznie byłem zadowolony gdy się pojawiły, zwłaszcza że były taką fajną atrakcją po równie fajnym wejściu na Kozi. No i faktycznie małymi kroczkami staramy się rozwijać, co strasznie mnie cieszy, bo jakiś czas w temu nie uwierzyłbym, że np. samotnie pójdę sobie nocą w góry 🙂

  • Justyna Sekuła
    Opublikowano o 23:30h, 26 grudnia Odpowiedz

    Bardzo ładnie, chłopaki! Wielu nowych szlaków w 2017, trudu, potu i znoju, a co za tym idzie i zadowolenia 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:53h, 27 grudnia Odpowiedz

      Dzięki! Strasznie to wszystko szybko leci, kiedy patrzy się na sprawy z perspektywy czasu. Miejmy nadzieję, że ten kolejny rok też będzie udany, czego Ci oczywiście życzymy! 🙂

Skomentuj