Z podróży

Witaj! Zakładka „Z podróży” to najważniejsze miejsce na naszej stronie. Znajdziesz tutaj skróty do naszych relacji z wycieczek, a wszystko to wygodnie posortowane. Szukasz ciekawego miejsca na weekendowy wypad? Chcesz pooglądać panoramy z konkretnego szczytu? A może ciekawi Cię, co słychać u „zielonych podróżników”? Poniżej znajdziesz odpowiedzi na te pytania.

Tatry rozpalały naszą wyobraźnię od dawna. To najwyższe i prawdopodobnie najchętniej odwiedzane pasmo górskie w Polsce. Strzeliste szczyty, piękne doliny i zróżnicowane szlaki dla osób o różnym stopniu zaawansowania. Kiedy odwiedziliśmy to miejsce po raz pierwszy, wiedzieliśmy już, że chętnie będziemy wracać. Naszą przygodę z tym miejscem rozpoczęliśmy od szczytów w Tatrach Zachodnich, które gwarantują stosunkowo proste, ale niesamowicie przyjemne wędrówki. O naszych wycieczkach w te rejony możecie poczytać wybierając z relacji poniżej:

  • Tatry Bielskie
  • Koprowy Wierch
  • Bystra
  • Mała Wysoka
  • Szpiglasowy Wierch
  • Sławkowski Szczyt
  • Granaty
  • Nosal
  • Kozi Wierch
  • Krokusy w Chochołowskiej
  • Starorobociański
  • Czerwone Wierchy
  • Kościelec
  • Kasprowy i Kondracka
  • Wołowiec

Tatry Bielskie jesienią – taka fraza siedziała mi w głowie, kiedy planowaliśmy kolejną już wycieczkę. Lato odeszło co najmniej na kilka miesięcy, więc trzeba było szybko adaptować się do nowych warunków. Lubię jesień, a lubię ją zwłaszcza w górach. Odpowiednia temperatura, kolorowe drzewa, liście szeleszczące pod nogami, a do tego nieco mniej ludzi na szlakach.

Koprowy Wierch miał być wisienką na torcie naszego trzydniowego, tatrzańskiego wypadu. Nie dość, że miało być ładnie, to jeszcze stosunkowo krótko. Mapy wskazywały, że czekało nas około 18 km marszu i 1200 m przewyższeń. O Koprowym nie wiedzieliśmy jednak prawie nic. Czekała nas jedna wielka niespodzianka i odkrywanie wszystkiego na nowo.

Bystra to najwyższy szczyt Tatr Zachodnich i w całości leży po stronie słowackiej. Darek już od dawna o niej wspominał, a ja w sumie uznałem, że dobrze będzie mieć na koncie takie tatrzańskie „naj”. Fajnie brzmi, nie? „Byliśmy na najwyższym szczycie Tatr… Zachodnich”.  Z realizacją pomysłu musieliśmy poczekać na dogodne warunki. Te w końcu nadeszły…

Mała Wysoka bardzo długo pozostawała poza sferą naszych tatrzańskich zainteresowań. Czemu się tu dziwić? Tatry zaczęliśmy poznawać dopiero w zeszłym roku i głównie ograniczaliśmy się do tych Zachodnich. Jakoś tak jednak niepostrzeżenie udało nam się wejść niedawno na kilka fajnych szczytów w Tatrach Wysokich, co mocno rozbudziło nasze apetyty…

Szpiglasowy Wierch, który powszechnie uchodzi za niezwykle widokowy szczyt, atakował nas doprawdy zewsząd. Powoli odnosiłem wrażenie, że byli tam już wszyscy poza nami. Ostatnio przeżywamy z Darkiem prawdziwą tatrzańską „gorączkę” i kiedy tylko możemy, to staramy się tam jechać. Co ciekawe, jeśli chodzi o ten cel, to byliśmy akurat zgodni jak nigdy.

Sławkowski Szczyt to kawał góry. Mierzy całe 2452 m n.p.m. co daje mu trzynaste miejsce w Tatrach pod względem wysokości. Mowa oczywiście o szczytach, które mają co najmniej 100 m wybitności. Łapie się też dzięki temu do Wielkiej Korony Tatr, czyli listy szczytów przekraczających 8000 stóp. Trochę więc nas kusił, zwłaszcza że Sławkowski nie uchodzi za górę trudną.

Granaty mieliśmy w planach już wcześniej. To znaczy ja miałem, bo Darek nie podzielał mojego zapału. Miał inny pomysł, bo chciał wejść tylko na jeden z wierzchołków – najłatwiejszy Zadni. Niestety ostatni wyjazd zakończył się umiarkowanym sukcesem, więc Granaty musieliśmy odłożyć aż do teraz. Gdy tylko nadarzyła się okazja, ruszyliśmy po przygodę.

Nosal nigdy nie zaprzątał naszych myśli. No bo jak to, jedziemy w Tatry, a mamy iść na jakiś pagór? 1206 metrów nad poziomem morza. To tylko ciut wyżej niż Polana Chochołowska, ale niemal 400 metrów niżej niż Dolina Pięciu Stawów Polskich, w której byliśmy dzień wcześniej. Pozornie więc, nie wydawał się zbyt ciekawy. Co więc nas podkusiło?

Kozi Wierch to najwyższy szczyt leżący w całości na terenie Polski. Gdy tylko nadarzyła się okazja, postanowiliśmy się na niego wreszcie wdrapać. Ten szczyt już niemal śnił mi się po nocach. Do realizacji celu brakowało nam już tylko jednego – korzystnej aury. W końcu udało się wszystko dograć, a wizyta w Dolinie Pięciu Stawów miała być dla nas nowością.

Krokusowa gorączka dopadła i nas. Przy okazji wizyty w Tatrach, postanowiliśmy z bliska zbadać ten fenomen. Wycieczka w Tatry Zachodnie chodziła nam po głowie już w marcu. Chcieliśmy poznać te góry zimą, ale z różnych względów nie udało nam się dopiąć planów. Początek kwietnia, okazał się natomiast jeszcze ciekawszym terminem.

Starorobociański Wierch zdążył się już pokryć śniegiem, kiedy w dolinach cieszyliśmy się jeszcze jesienią. To najwyższy szczyt Tatr Zachodnich po polskiej stronie, więc już od dawna krążyła nam po głowie myśl o jego zdobyciu. Po noclegu w schronisku wyruszyliśmy przy pięknej pogodzie na szlak…

Jesień to nie tylko deszcz, chłód i mgły… Czerwone Wierchy jesienią, czyli tatrzański klasyk. Cudowna wędrówka prowadząca przez cztery szczyty przekraczające 2000 m. Otwarta przestrzeń i rozległe panoramy to coś, czego szukaliśmy w Tatrach. Szlak wymaga nieco kondycji, ale nie ma na nim żadnych trudności technicznych. Sprawdźcie zresztą sami:

Kiedy wspominałem ostatni wyjazd w Tatry przed oczami ciągle pojawiał się Kościelec… Kto wie, może to jeden z najbardziej rozpoznawalnych tatrzańskich szczytów. Jego smukła sylwetka przypominająca piramidę, przykuwa wzrok już z daleka. Pierwszy kontakt z Tatrami Wysokimi pamięta się długo, a jak wyglądał przebieg tej wędrówki zobaczycie tutaj :

Nasz drugi dzień w Tatrach zamierzaliśmy spędzić na bardzo popularnych szlakach. Wybór padł na Kasprowy Wierch i Kopę Kondracką, które można stosunkowo łatwo zdobyć, a gwarantują naprawdę świetne widoki. Z samego rana wyruszyliśmy z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej, by stamtąd wejść na Kasprowy Wierch, a następnie na Kopę Kondracką:

Tatry po raz pierwszy. Z tygodnia na tydzień kusiły nas coraz bardziej. Na początek naszej przygody z tym pasmem, wybraliśmy sobie Wołowiec. Szczyt w Tatrach Zachodnich, który przekracza 2000m, a droga na jego wierzchołek nie jest zbyt wymagająca. Dodatkowo prowadzi przez dłuższy czas otwartym terenem, co zapewnia świetne widoki przez większą część wędrówki:

Beskidy są najmłodszymi górami w Polsce. Jest to w zasadzie grupa pasm górskich, które na terenie naszego kraju ciągną się wzdłuż południowej granicy. Chociaż zdawałoby się, że są jednorodne, to każde z tych pasm posiada swoje cechy charakterystyczne nadające mu unikalny charakter. Bieszczadzkie połoniny, nieco zapomniany Beskid Niski, najwyższy w Polsce Beskid Żywiecki, czy charakterystyczny Beskid Wyspowy sprawiają, że chce się odwiedzać każdy z nich. A to przecież nie wszystko! Beskidy zajmują szczególne miejsce w naszych planach wyjazdowych. Mieszkamy stosunkowo blisko, a klimat który tam znajdujemy sprawia, że już po powrocie planujemy kolejne wyjazdy.

  • Czupel
  • Gorc zimą
  • Koziarz zimą
  • Lubomir
  • Wysoka i Radziejowa wiosną
  • Skrzyczne
  • Przymiarki
  • Bania Szklarska
  • Lubań
  • Baranie
  • Tokarnia
  • Lackowa
  • Babia Góra
  • Mogielica
  • Turbacz
  • Grzywacka
  • Radziejowa
Czupel

Luty nigdy nie był na liście moich ulubionych miesięcy. Nawet nie dlatego, że jest mroźno i wieje, czy dlatego, że licznik moich urodzin przekręca się o kolejną cyferkę. Po prostu nigdy takiego rankingu nie prowadziłem. Faktem jest jednak, że w ostatnich latach moja niechęć do tych lodowatych miesięcy znacząco osłabła. Tym razem celem był Gorc i panoramy z wieży widokowej.

Luty nigdy nie był na liście moich ulubionych miesięcy. Nawet nie dlatego, że jest mroźno i wieje, czy dlatego, że licznik moich urodzin przekręca się o kolejną cyferkę. Po prostu nigdy takiego rankingu nie prowadziłem. Faktem jest jednak, że w ostatnich latach moja niechęć do tych lodowatych miesięcy znacząco osłabła. Tym razem celem był Gorc i panoramy z wieży widokowej.

Zima łaskawym okiem patrzyła ostatnio na miłośników białego szaleństwa. Moje uczucia do niej są raczej umiarkowane. Gdyby była kobietą, to pewnie miałbym ją za dobrą koleżankę, do której jednak czasami mógłbym puścić oko. Jestem całkiem aktywny o tej porze roku i nie straszny mi mróz, dlatego też w moich myślach coraz częściej pojawiała się wieża na Koziarzu i Beskid Sądecki.

Lubomir to nazwa, która przeciętnemu turyście nie powie zbyt wiele. Nie będę się jednak mądrzył, bo przecież sam do niedawna nie wiedziałem o jego istnieniu. Wg pomysłodawców KGP, jest on najwyższym wzniesieniem Beskidu Makowskiego. Geograficznie bliżej mu podobno do Wyspowego, ale nie czas tutaj na kłótnie. Skoro jest na liście, to postanowiłem go dorzucić do swojej kolekcji.

Maj to idealny czas na wycieczki w niewysokie pasma górskie. Zielone łąki i pola potrafią świetnie podkreślić uroki krajobrazu. Pieniny wiosną, wydawały się więc świetnym pomysłem. Stosunkowo mało wymagające, ale gwarantujące piękne widoki. Lubimy jednak urozmaicać swoje wędrówki, więc do planu dnia dorzuciliśmy Beskid Sądecki.

Wszystko wokół było ostatnio kapryśne. Jeśli nie pogoda, to my sami. Majówkę umyślnie odpuściliśmy. Wystraszeni ewentualnymi tłumami i niepewną aurą, oczekiwaliśmy na lepszy termin. Ten zjawił się na szczęście dosyć szybko. Jak to u nas już bywa – niełatwo było nam się zdecydować, w którym kierunku tym razem pojechać. Skrzyczne i Beskid Śląski – taki był nasz kolejny pomysł.:

Tak to już bywa. Czasami człowiek czeka na ten weekend tylko po to, by zasmucić się na widok prognozy pogody. Szaro i z możliwym deszczem. Nie chcieliśmy ryzykować dalekiego wyjazdu, ale nie chcieliśmy też przesiedzieć soboty w domu. Co sobie wymyśliliśmy? Króciutki spacer na południe od Rymanowa i Iwonicza. No i oczywiście małą sesje fotograficzną, jeśli warunki pozwolą.

Dawno nie mieliśmy takiego dylematu. Prawie cały tydzień zmienialiśmy zdanie, a jeśli coś odpowiadało jednemu z nas, to drugi nie specjalnie chciał o tym słyszeć. Kiepska pogoda nie ułatwiała zadania, a nie chcieliśmy ryzykować dalekiego wyjazdu, by na miejscu wędrować w deszczu. Ostatecznie stwierdziliśmy, że sobotę spędzimy w Beskidzie Niskim:

Gorce zdążyliśmy poznać podczas wycieczki na Turbacz. Mieliśmy wtedy nieco większe oczekiwania, ale okropny upał skutecznie odbierał nam radość z wędrowania. Wiedzieliśmy, że pasmo to ma naprawdę sporo do zaoferowania, a nowa wieża widokowa na Lubaniu przypieczętowała naszą decyzję o wyjeździe. Zima nie rozpieszczała, ale nie traciliśmy nadziei…

W drodze na Baranie zdaliśmy sobie sprawę, że Beskid Niski zaskoczył nas po raz kolejny. Ostatnia wizyta w Beskidzie Niskim zapewniła nam sporo frajdy. Ładne tereny, ciekawy szlak, a dojazd w tamte rejony zabrał nam nieco ponad godzinę. Świetny kierunek na rozprostowanie kości. Tym razem postanowiliśmy się wybrać na szczyt z wieżą widokową…

Nie mogliśmy się już doczekać prawdziwej zimy, więc sami postanowiliśmy ruszyć na jej poszukiwania. Beskid Niski to pasmo, któremu poświęca się mało uwagi. Ani specjalnie wysokie, ani zbyt widokowe. Pewnie dlatego niektórzy uważają, że nie ma tam nic wartego uwagi. Postanowiliśmy to jednak sprawdzić i wybraliśmy się na niewysokie wzniesienie o nazwie Tokarnia:

Lackowa pozostawała ostatnim niezdobytym wzniesieniem Korony Gór Polski w naszej okolicy. Kiedyś więc musieliśmy się na niej pojawić, a na koniec dnia sprawiliśmy sobie dodatkowy prezent. Nie jest to ani wybitny, ani widokowy szczyt, ale tego dnia nie mieliśmy specjalnie ambitnych planów. Krótki spacer, urozmaiciliśmy sobie jeszcze o zachodzie słońca:

Nieprzewidywalna, zmienna, humorzasta i nieprzystępna. Nie, nie piszę teraz o kobietach, a o Babiej Górze, na którą zdecydowaliśmy się wybrać. Zwłaszcza, że w innym nazewnictwie szczyt ten nosi nazwę „Diablak” i jest zapewne rodzaju męskiego. Królowa Beskidów zaprezentowała nam wszystko to, z czego jest znana: piękne widoki, ale też zmienną pogodę:

Gdzie leży Beskid Wyspowy? Jaki jest jego najwyższy szczyt? Niedawno sami jeszcze nie znaliśmy odpowiedzi na te pytania. Postanowiliśmy to zmienić. Beskid Wyspowy paradoksalnie zwrócił naszą uwagę podczas ostatniej wycieczki w Gorce. Malowniczo położone miejscowości pomiędzy wyrastającymi znikąd „kopkami” zachęcały do odwiedzin. Na cel wybraliśmy Mogielicę:

Wybór tym razem padł na Gorce. Tam nas jeszcze nie było, a zapowiadany upał miały nam umilić gęste lasy porastające to pasmo. Kiedy wyruszaliśmy o czwartej powoli wstawał dzień. Zaplanowaliśmy sobie dosyć ambitną trasę- łącznie jakieś 30km. Mówiąc po fakcie – co najmniej o pięć za dużo. Na trasę wyruszyliśmy około 6.30 i już wtedy zaczynało robić się ciepło…

Niepewna pogoda zniechęciła nas do dalszych podróży. Na krótki spacer wybraliśmy więc Beskid Niski. Zima była już w odwrocie i wcale mnie to nie cieszyło. Za oknem zapanowała przygnębiająca szarówka. Sobota uciekała i z nudów zacząłem przeszukiwać internet. No i trafiłem. W Beskidzie Niskim leży sobie niewielkie wzniesienie nazywane Grzywacką Górą. Podsunąłem pomysł koledze:

Kolega zaproponował tym razem Beskid Sądecki, ale ja nie byłem raczej do tego pomysłu przekonany. Ta część Beskidów kojarzyła mi się wyłącznie z górami porośniętymi gęstym lasem, w których nie ma co oglądać. Postanowiłem zaryzykować i wybraliśmy się z zamiarem wejścia na Radziejową. Wędrówka była przyjemna. Schody zaczęły się jednak na szczycie…

Bieszczady to część Beskidów Wschodnich, jednak zajmują w naszych planach wyjazdowych specjalne miejsce. Dlatego też, poświeciliśmy im całkowicie oddzielną zakładkę. Bieszczady to góry uchodzące za jedno z najdzikszych miejsc w Polsce. Mawia się, że w Bieszczady jedzie się raz, z potem już tylko wraca. Coś w tym pewnie jest, bo sami naprawdę chętnie odwiedzamy ten region. Cisza, lasy, ale przede wszystkim otwarte połoniny, z których rozpościerają się niezapomniane panoramy. Warto odwiedzić to miejsce.

  • Wielkie Jasło
  • Zimowy wschód na Caryńskiej
  • Wschód na Rawkach
  • Zachód na Caryńskiej
  • Bukowe Berdo
  • Tarnica - Halicz - Rozsypaniec
  • Wetlińska latem
  • Wschód na Caryńskiej
  • Tarnica zimą
  • Wetlińska zimą
  • Połoniny jesienią

Wielkie Jasło pozostawało jakoś na uboczu naszych bieszczadzkich pomysłów. Głównie dlatego, że są w Bieszczadach miejsca znacznie bardziej widokowe. To niezaprzeczalny fakt. Kiedy „odhaczyliśmy” już większość z nich, zaczęliśmy przeglądać mapy w poszukiwaniu białych plam. No i wymyśliliśmy. Postanowiliśmy pojechać właśnie tam.

Zima w Bieszczadach pojawiła się dosyć szybko. Co prawda wpadła na razie z krótką wizytą, ale dosyć mocno zaakcentowała swoją obecność. Bądźmy szczerzy. Nie miała trudnego zadania, bo jesień nie stawiała najmniejszego oporu. Smuciło nas to, gdyż mieliśmy zamiar odwiedzić Bieszczady, kiedy kolorowe liście ubarwiały cały krajobraz. Wpadłem więc na inny pomysł…

Nocleg w Bacówce pod Małą Rawką minął nam… przyzwoicie. Wieczorne emocje związane z zachodem słońca na Połoninie Caryńskiej były już dawno za nami. Po krótkim śnie, zbieraliśmy się do wyjścia. Miał to być nasz drugi bieszczadzki wschód słońca. Ten pierwszy rok temu, na Caryńskiej, odbył się w iście partyzanckim stylu. Ten miał być inny. O 3:40 przekroczyliśmy próg Bacówki.

Połonina Caryńska jest nam już dobrze znana. W przypływie majowego entuzjazmu (lub jak kto woli głupoty), udaliśmy się tam kiedyś na wschód słońca. Wycieczka zapadła nam na długo w pamięć, a to głównie za sprawą doskonałych widoków i genialnego klimatu o poranku. Tym razem nastawialiśmy się na piękne krajobrazy o zachodzie słońca.

Bieszczady znamy już dobrze. Udało nam się odwiedzić w zasadzie większość dużych połonin. Poza jedną. Bukowe Berdo było dla nas wciąż niezbadanym terenem i za punkt honoru postawiliśmy sobie zmianę tego stanu rzeczy. Wszystko wyszło trochę przypadkowo. Planowaliśmy wyjazd w kompletnie inny region kraju, ale pogoda tego roku jest strasznie kapryśna…

Wędrówka na Tarnicę i potem dalej przez Halicz i Rozsypaniec, stanowi jeden z najpopularniejszych szlaków w Bieszczadach. Nie dziwne więc, że i my postanowiliśmy się nim przejść. Próbę podjęliśmy już zeszłej zimy, jednak ze względu na spore oblodzenie musieliśmy zawrócić. Oczywiście czułem z tego powodu niedosyt, ale wiedziałem, że góry nie uciekną.

Wetlińska lato

Postanowiliśmy po raz kolejny wybrać to co już znamy i lubimy – Bieszczady. Ciągle mieliśmy w planach przejście całej Połoniny Wetlińskiej i zdecydowaliśmy się w końcu zrealizować ten pomysł. W drogę wyruszyliśmy z Brzegów Górnych skąd mieliśmy się dostać na grzbiet połoniny, dojść na Smerek, a następnie tą samą trasą wrócić na dół. Zobaczcie sami:

Pobudki przed 1 w nocy nie należą do przyjemnych. Uparliśmy się, że wschód Słońca będziemy oglądać ze szczytu Połoniny Caryńskiej. Parking na Przełęczy Wyżniańskiej osiągnęliśmy tuż po trzeciej. W mrok nocy powoli wkraczał już świt, jednak wciąż było ciemno. Latarki były obowiązkowe, chociaż ich mizerne światełka służyły jako pokrzepienie ducha w tej ciemności…

Widok w stronę Tarnicy

Polubiliśmy się z zimą na tyle, że na kolejny cel obraliśmy sobie Tarnicę. To już kolejna wizyta w Bieszczadach. Nadeszła więc chyba pora aby wreszcie wejść na najwyższy polski szczyt tego pasma czyli Tarnicę. Plan był dosyć ambitny, bo zakładał także dalsze przejście na Halicz oraz powrót przez Rozsypaniec, a to wszystko zimą. Na miejsce startu wybraliśmy Wołosate…

Pogoda lubi zaskakiwać. Kolejne godziny bez chmurki na niebie wydawały się zaproszeniem w Bieszczady. Góry zimą zawsze wydawały mi się nieprzystępne. Mróz, głęboki śnieg czy lodowaty wiatr uświadamiały, że do takiej wyprawy trzeba się przygotować nieco lepiej niż zazwyczaj. Jednak jest w tej porze roku coś takiego co przyciąga i taki wyjazd planowałem już długo…

Mówi się, że jesień w Bieszczadach to coś co trzeba zobaczyć na własne oczy. Namówiony przez znajomych postanowiłem sprawdzić ile w tym prawdy. W Bieszczadach do tej pory byłem tylko raz. To jedynie dwie godziny jazdy od miejsca gdzie mieszkam, a jakoś nie wpadłem na pomysł aby tam zawitać. Poprzedni wyjazd zakończył się na dodatek klapą. Teraz miało być inaczej:

Pieniny to niewielkie, ale niesamowicie urokliwe pasmo górskie. Znajdujące się tu szczyty nie imponują wysokością, ale opadają stromo w kierunku dolin, nadając temu miejscu niepowtarzalny charakter. Szlaki należą raczej do tych prostych co sprawia, że miejsce to jest dostępne w zasadzie dla każdego turysty. Początkowo nie byłem przekonany do tego pasma, ale przy bliższym kontakcie urzekło mnie na całego. Polecam relację z tych wycieczek.

  • Wysoki Wierch zimą
  • Sokolica zimą
  • Wysoka i Radziejowa wiosną
  • Trzy Korony jesienią
  • Wysoka zimą

Wysoki Wierch zdążyłem już kiedyś poznać, bo byliśmy na nim przy okazji zimowo-wiosennej wycieczki na Wysoką. Sam szczyt, a raczej wzniesienie bo to taka okrąglutka „bulwa”, ma mało pieniński charakter. Próżno tu szukać pionowych urwisk. Ale żeby nad tą biedną górą się już nie znęcać, to trzeba przyznać, że gwarantuje piękne i nadspodziewanie rozległe panoramy.

Sokolica zimą nie budzi skojarzeń z jakąś karkołomną wyprawą. Wiadomo, że zimno, ślisko i biało, ale Himalaje przecież to nie są. I dobrze, bo mój plan był tak spontaniczny, że ciężko nazwać go w ogóle planem. Raczej przebłysk i zwarcie neuronów. Sporo było w tym też przypadku. Nie nastawiałem się na zbyt wiele, ale liczyłem na przyjemny spacer.

Maj to idealny czas na wycieczki w niewysokie pasma górskie. Zielone łąki i pola potrafią świetnie podkreślić uroki krajobrazu. Pieniny wiosną, wydawały się więc świetnym pomysłem. Stosunkowo mało wymagające, ale gwarantujące piękne widoki. Lubimy jednak urozmaicać swoje wędrówki, więc do planu dnia dorzuciliśmy Beskid Sądecki.

Pieniny jesienią

Trzy Korony to symbol Pienin. Nie mogliśmy więc sobie odmówić krótkiego, jesiennego wyjazdu w ten piękny zakątek kraju. Pieniny to ciekawe góry, bo wcale nie imponują wysokością. Nie o wysokość tutaj jednak chodzi. Pieniny to miejsce, w którym strome ściany niemal pionowo opadają do wijących się u ich podnóży dolin, a to już robi fenomenalne wrażenie.

Pierwszy dzień wiosny postanowiliśmy przywitać w Pieninach. Pomimo pięknej pogody i świecącego słońca, zima postanowiła nie składać broni. Byłem zdziwiony kiedy kolega zaproponował wyjazd na Wysoką zimą, jak się okazuje najwyższy szczyt Pienin. Chociaż od wielu dni utrzymywała się już wiosenna pogoda podejrzewaliśmy, że w górach może leżeć jeszcze trochę śniegu.

Tatry, Beskidy, Sudety i tak dalej. Sporo tych pasm górskich i to w samej tylko Polsce. A co z Pogórzami, górami naszych sąsiadów, czy innymi wypadami na które najdzie nas ochota? Kategoria „Pozostałe” sprawdzi się idealnie w roli agregatora treści, które nie pasują do żadnej z innych kategorii.

  • Łysica

Łysica to dla mnie trochę góra – zagadka. Po raz pierwszy zdarzyło się, abym w poszukiwaniu celu wędrówki, musiał wyruszyć na północ. To najwyższe wzniesienie Gór Świętokrzyskich i jednocześnie najniższe w całej Koronie Gór Polski, którą od jakiegoś czasu staram się bardzo powoli skompletować. Skoro w tej Koronie już jest, to nie było innego wyjścia, niż wyjście z domu.

Góry pozwalają się wyciszyć, odpocząć, ale zaznać także adrenaliny czy nacieszyć oczy wspaniałymi panoramami. Zawsze zastanawiało mnie, jak daleko sięga mój wzrok w danej chwili i jakie inne pasma górskie mam okazję podziwiać. Czy jest jakiś sposób by poznać ich nazwy? Od jakich czynników zależy to, jak daleko w dany dzień widzimy? Okazało się, że są na to sposoby. Wędrując staramy się dokumentować odległe wzniesienia, a następnie przyporządkowywać im nazwy. Poniżej znajdziecie dalekie obserwacje, których byliśmy do tej pory świadkami.

  • Caryńska i Rawki
  • Lubań
  • Starorobociański
  • Czerwone Wierchy
  • Tarnica
  • Radziejowa
  • Połonina Wetlińska

Bieszczady ciągle mnie zaskakują, chociaż byliśmy tu już ładnych parę razy. Miejscowe połoniny to nie tylko świetne miejsce do wędrówek, ale też do dalekich obserwacji. Te naprawdę potrafią wciągnąć, a szukanie na horyzoncie odległych o dziesiątki czy setki kilometrów pasm, a potem odpowiednie ich nazywanie w domowym zaciszu, to coś, co wyjątkowo lubię.

Gorce przywitały nas prawdziwą zimą. Na szczycie Lubania, postanowiliśmy poszukać odległych wzniesień. Wszędzie Tatry. Idąc na Lubań to one przyciągają wzrok. Kiedy wyszliśmy na szlak o wschodzie, mieliśmy możliwość przyglądania się jak te góry w oddali zmieniają powoli swój odcień. Zapowiadał się pogodny dzień, chociaż zamglenie nie zwiastowało najlepszej przejrzystości powietrza.

Podczas ostatniej wędrówki na szlak, nie liczyliśmy na specjalnie wiele. Na szczycie Starorobociańskiego Wierchu mieliśmy być około południa, co nie zapowiadało specjalnej okazji do podziwiania rozległych panoram. Pnąc się jednak wyżej i wyżej mieliśmy okazję podziwiać coraz więcej beskidzkich szczytów wystających ponad mgły. Okazało się, że czekało nas więcej niespodzianek.

Kiedy jesteśmy w górach i podziwiamy rozległe widoki, nadchodzi czas kiedy zadajemy sobie pytanie: co to za góry tam daleko na horyzoncie? Lato nie było dla nas łaskawe jeśli chodzi o dalekie obserwacje, ale jesień to już ten moment, kiedy można wpatrywać się w sylwetki odległych pasm. Kiedy ruszyliśmy w stronę Czerwonych Wierchów okazało się, że całkiem sporo widać.

Już pierwsze chwilę na szczycie Tarnicy uświadomiły mi, że przed oczami mam pokaźny kawałek ukraińskich górek i gór. Jak daleko sięgał mój wzrok? Z najwyższych wzniesień w Bieszczadach można zaobserwować Tatry. Moje oczy bezskutecznie jednak przeczesywały horyzont skutecznie skrywający tym razem te góry. W przeciwnym kierunku warunki były jednak wyśmienite.

Wybierając się na Radziejową myślałem przede wszystkim o Tatrach, które przewodników miały być dobrze widoczne. Spodziewałem się niewielkich wzniesień malujących się gdzieś w oddali, a rzeczywistość pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie sądziłem, że będą się one wydawać tak duże i to z odległości ponad 40 km. Jednak na miejscu stało się jasne, że widać znacznie więcej.

Stojąc na Połoninie Wetlińskiej i podziwiając zachód słońca zastanawiałem się, jak daleko w tym momencie sięga mój wzrok. Okazało się, że widzialność tego dnia była wręcz świetna. Wokół tylko góry, pagórki i wzniesienia. W jaki sposób odgadnąć co konkretnie widzą nasze oczy? Czy te odległe szczyty to jeszcze Polska czy może już Ukraina? Okazuje się, że jest na to sposób.