Starorobociański w bieli – rozstanie z jesienią

Starorobociański Wierch

Starorobociański w bieli – rozstanie z jesienią

Starorobociański Wierch zdążył się już pokryć śniegiem, kiedy w dolinach cieszyliśmy się jeszcze jesienią. Z ciekawością ruszyliśmy szlakiem do góry…

Starorobociański Wierch rozpalił wyobraźnię Darka już podczas naszej pierwszej wizyty w Tatrach. Kiedy zobaczył z Wołowca jego kształt przypominający z daleka piramidę, zaczął co chwilę podsuwać mi pomysł wdrapania się na niego. Średnio co tydzień słyszałem: „jedźmy, ułożyłem fajną trasę”. Każdy z takich zaplanowanych wariantów przekraczał znacząco 30 km i musiałem naprawdę ostro negocjować żeby „zbić” trochę dystans. Nie dziwię mu się jednak. Na mnie takie wrażenie wywarł Kościelec i swój plan zrealizowałem. Nadeszła więc najwyraźniej pora na rozprawienie się ze Starorobociańskim. Kiedy myśleliśmy już, że Tatry na dobre pokryły się śniegiem, nastąpił nawrót dobrej pogody. Jesień postanowiła nie poddawać się tak łatwo, a my zapragnęliśmy wykorzystać tę okazję. Pamiętacie naszą ostatnią wycieczkę na Trzy Korony? Kiedy wróciliśmy na parking, zamiast obrać kierunek do domów, pojechaliśmy w stronę Zakopanego. Dwudniowy urlop mieliśmy szansę spędzić przy znakomitej pogodzie, która miała nam pomóc godnie pożegnać jesień. Zaplanowana trasa była więc dość długa, a dzień niestety krótki. Żeby oszczędzić sobie jednak rano mozolnego marszu Doliną Chochołowską, noc postanowiliśmy spędzić w Schronisku na Polanie Chochołowskiej. Rano wypoczęci i w świetnych nastrojach mieliśmy ruszyć już właściwym szlakiem. Taki był przynajmniej pomysł. Podróż z Krościenka przebiegła nam bezproblemowo i już wkrótce zameldowaliśmy się na parkingu u wylotu doliny. Ponownie założyliśmy na siebie plecaki i ruszyliśmy znaną już sobie trasą.

Szlak na Starorobociański

Przebieg naszej trasy na Starorobociański. Mapa dzięki mapa-turystyczna.pl

 

Dolina Chochołowska niewątpliwie ma swoje uroki, jednak niemal dwugodzinny marsz płaską i częściowo asfaltową drogą nie należy do naszych ulubionych. Kiedy zmierzaliśmy w stronę schroniska, spotkaliśmy masę młodych ludzi i dzieci. Trochę nas to zdziwiło. W Pieninach było bardzo spokojnie i liczyliśmy, że pora roku i urlop w środku tygodnia pozwolą nam się cieszyć górami w nieco większym spokoju. Trudno, będziemy się martwić na miejscu. Kiedy napotykane dzieci zaczęły nas witać grzecznym „dzień dobry!” poczułem się nieswojo. Oto zostałem oficjalnie stary. Nie spodziewałem się, że nastąpi to tak szybko, ale nie było już odwrotu. W ich oczach byłem zapewne „panem z dużym plecakiem”. Mój humor poprawił się nieco dalej, kiedy spotkaliśmy ciekawą osobliwość. Oto „Strażnik szlaku” staje przed nami i przedstawia swoje żądania:

Strażnik szlaku już na nas czeka

Strażnik szlaku już na nas czeka. Na szczęście, wydaje się być w dobrym humorze.

 

Najwyraźniej oczekuje głaskania i solidnej porcji smakołyków, a jego postura zdaje się wskazywać, że mało kto opiera się jego urokowi. „Szynki!” – krzyczą jego oczy. Po krótkich, ale burzliwych negocjacjach, możemy iść dalej. Poranna wizyta w Pieninach dała nam sporo wrażeń, a teraz idziemy naprawdę spacerowym krokiem. Po raz pierwszy mamy nocować w jakimkolwiek schronisku (tak, w tym też jesteśmy „zieloni”), więc głośno zastanawiamy się, co nas może czekać na miejscu. Słońce już coraz bardziej zbliża się do horyzontu, więc otoczenie wygląda naprawdę ładnie. I tylko te tłumy z naprzeciwka… Cała droga mija nam na wymianie wrażeń z porannej wędrówki, rozważaniu o czekającym nas noclegu i podziwianiu okolicy w jesiennych barwach.

Do schroniska już tylko kawałek

Do schroniska już tylko kawałek i wkrótce przekonamy się co nas dalej czeka.

 

Droga do Schroniska na Polanie Chochołowskiej mija nam zaskakująco szybko i wkrótce tylko chwila dzieli nas od naszego ostatniego celu na ten dzień. Co nas spotka w środku? Czy będzie ciepło? To drugie pytanie szczególnie interesowało Darka. Nie wiedziałem, że jest taki ciepłolubny. Stajemy w progu, otwieramy drzwi, a ciepłe powietrze od razu uderza w nasze policzki. Będzie dobrze.

Kominiarski Wierch widziany z okolic schroniska

Kominiarski Wierch widziany z okolic schroniska.

 

Załatwiamy sprawy związane z noclegiem, zostawiamy plecaki w pokoju i zadowoleni idziemy pooglądać okolicę póki słońce oświetla jeszcze dno doliny. Jest zaskakująco ciepło. To już początek listopada, dzień powoli się kończy, a my nawet nie myślimy o tym, żeby założyć na siebie coś więcej. Odpoczywamy, robimy kilka zdjęć, po czym wracamy do środka.

Chwila odpoczynku i wyczekiwanie na zachód Słońca

Chwila odpoczynku i wyczekiwanie na zachód słońca.

 

Poranna wycieczka i podróż trochę nas zmęczyły, więc dosyć szybko załatwiamy wszystkie sprawy związane z odświeżeniem się i kolacją. I tu pojawia się ciekawa sytuacja. Około 18, z braku lepszych pomysłów, kładziemy się po prostu spać. Sprawdzamy jeszcze mapę, nastawiamy budziki i chwilę rozmawiamy. O 5 wstajemy wypoczęci jak nigdy. Świadomość, że jesteśmy w sercu gór i nie musimy rano pokonywać długiego odcinka prowadzącego doliną, wyrywa nas z łóżka praktycznie natychmiast. No, prawie. Ploteczki przy śniadaniu trochę nam się przeciągają, a i kawa do termosu się sama nie wleje. Ostatecznie w pełni przygotowani ruszamy na szlak po szóstej. Nocleg w schronisku był świetną decyzją, a warunki tam panujące naprawdę bardzo pozytywnie nas zaskoczyły. Dzień nie mógł się chyba zacząć lepiej.

Za chwilę wstanie nowy dzień, a mu już gotowi do drogi.

Za chwilę wstanie nowy dzień, a mu już gotowi do drogi.

 

Niebo powoli się rozjaśnia, Kominiarski dalej góruje nad okolicą, ale ciekawość pcha nas już myślami w stronę Starorobociańskiego. Mamy zamiar zdobyć go jeszcze tej jesieni. Ruszamy w dół doliny zielonym szlakiem, by na Polanie Trzydniówka wejść na czerwony szlak, prowadzący już bezpośrednio na szczyt Trzydniowiańskiego Wierchu. Jest już wystarczająco jasno, by spokojnie przemierzać leśny odcinek.

Fragment prowadzący zniszcoznym lasem

Fragment prowadzący zniszczonym lasem.

 

Nie odważyliśmy się wyjść wcześniej. Chociaż bardzo byśmy chcieli zobaczyć kiedyś misia, to jednak nie planujemy stawać z nim w cztery oczy. Przemierzamy więc las rozmawiając dosyć głośno, żeby zwierzęta w oddali wiedziały, że zbliża się takich dwóch nieapetycznych piechurów. Tak podobno trzeba. Szlak prowadzi początkowo fragmentem zniszczonego lasu i robi to dosyć przykre wrażenie. My jednak w głowie mamy teraz coś zupełnie innego – byle szybciej i byle wyżej. Te leśne odcinki zawsze przemierzamy w dziwnie żwawym tempie. Może po prostu jak najszybciej chcemy się znaleźć tam, gdzie rozciągają się już panoramy?

Słońce już wstało i oświetla okoliczne wzniesienia

Słońce już wstało i oświetla okoliczne wzniesienia

 

Tylko czasami zapala nam się w głowach lampka, że może idziemy za szybko i może warto zwolnić. Po krótkim obniżeniu tempa jednak, chwilę później znowu pędzimy, jakby na szczycie rozdawali jakieś nagrody. Słońce zaczyna oświetlać już okoliczne wzniesienia, a nasz wzrok sięga już coraz dalej. Na horyzoncie widać beskidzkie pasma wynurzające się z mgieł.

Pojawiają się pierwsze panoramy. Na północy mgliście

Pojawiają się pierwsze panoramy. Na północy mgliście

 

Z niecierpliwością wyczekujemy momentu, w którym znajdziemy się ponad linią lasu, a coraz więcej kosodrzewiny zdaje się wskazywać, że jesteśmy już blisko. Wreszcie, po kolejnych minutach marszu osiągamy miejsce, z którego widać cały dalszy przebieg naszej dzisiejszej trasy. Na szlak ruszyliśmy ubrani jak na zimę. Przecież to już listopad, na pewno będzie wiało i zmarzniemy – tak mówił nam rozsądek. Jednak jeszcze w lesie zrzuciłem z siebie kurtkę i polar. Jest tak przyjemnie, że chwilami nie dowierzam. W oddali ośnieżone szczyty, a my maszerujemy w słońcu pokonując kolejne metry. Spotykamy pierwszego turystę na szlaku i na chwilę dołączamy do niego. Zamieniamy kilka zdań, wymieniamy wrażenia i następnie ruszamy w stronę naszego pierwszego przystanku na trasie – Trzydniowiańskiego Wierchu.

Ponad lasem jest już naprawdę pięknie

Ponad lasem jest już naprawdę pięknie

 

Starorobociański lśni już bielą z daleka, ale złote jeszcze trawy przypominają o panującej wokół jesieni. Siadamy na szczycie, zrzucamy plecaki i zabieramy się za śniadanie podziwiając jednocześnie widoki. Na południu widać już Kończysty Wierch, który będzie dla nas dzisiaj pierwszym przystankiem powyżej 2000 metrów. Dalej prowadzimy wzrok wzdłuż grani biegnącej w stronę Starorobociańskiego i mamy mieszane uczucia. Wygląda na to, że podejścia na oba te szczyty pokryte są solidną warstwą śniegu. Rozważamy co dalej ale decyzja może być tylko jedna – podejdziemy bliżej i przyjrzymy się z bliska.

Na razie idzie się bardzo przyjemnie

Na razie idzie się bardzo przyjemnie

 

Ruszamy teraz zielonym szlakiem, który trawersuje niewybitny Czubik i wkrótce stajemy przed pierwszym poważniejszym wyzwaniem dzisiejszego dnia. Kończysty Wierch z daleka prezentuje się pięknie. Przemierzamy szlak wśród oświetlonych traw, by kawałek dalej zobaczyć jak zbocze góry pokryte śniegiem niknie w cieniu. Granica między jesienią, a zimą nie była dla nas nigdy tak wyraźna.

Złote trawy ustępują zimowemu krajobrazowi. Zaczynamy podejście na Kończysty Wierch

Złote trawy ustępują zimowemu krajobrazowi. Zaczynamy podejście na Kończysty Wierch

 

Śniegu może nie ma dużo, ale jest on naprawdę mocno zbity i śliski niczym lód. W taki sposób nie damy rady wyjść do góry albo zrobimy to obijając się jak po kilku rundach z bokserem. Wyszukujemy więc wystających spod śniegu kamieni czy kęp trawy i uważnie stawiając kroki, idziemy do góry. Nieźle nam to wychodzi i powoli, ale systematycznie zbliżamy się w stronę wierzchołka. Ostatecznie nie jest tak źle jak wydawało się z daleka. Kiedy kierujemy wzrok w stronę szczytu zauważamy ciemne zwierzęta, które dopiero po wnikliwej analizie okazują się kozicami. To nasze pierwsze spotkanie z tymi zwierzętami, jednak są one obecnie zbyt daleko by dokładnie się im przyjrzeć. Może wyżej będzie lepiej. Widoki ze szczytu są świetne i naprawdę rozległe. Widać całą naszą dotychczasową trasę oraz ścieżkę prowadzącą na Starorobociański Wierch.

Widok z Kończystego Wierchu w stronę Starorobociańskiego.

Widok z Kończystego Wierchu w stronę Starorobociańskiego

 

Z tej perspektywy nie wydaje się już taki niedostępny, a my nie moglibyśmy przecież zrezygnować, nie badając sprawy z bliska. Po krótkiej przerwie ruszyliśmy w dół, żeby stanąć w oko z naszym głównym celem tego dnia. Piękna, jesienna pogoda ciągle podkreślała urok krajobrazu, a ośnieżony Starorobociański przyciągał nasz wzrok. Mierzący 2176 m n.p.m. szczyt jest nie tylko najwyższym wzniesieniem po polskiej stronie Tatr Zachodnich, ale miał się stać także najwyższą górą, na której kiedykolwiek byliśmy. Widoki zapowiadały się więc rewelacyjne. Zejście z Kończystego Wierchu okazało się bezproblemowe. Południowo – wschodnia wystawa stoku była wolna od oblodzenia, więc spokojnie zmierzaliśmy w dół. Ciągle jednak nie byliśmy pewni, czy zalegający na zboczach Starorobociańskiego wierchu śnieg, pozwoli nam w spokoju wejść na wierzchołek. Trzeba będzie przekonać się z bliska. Góra ta ma ciekawą nazwę, prawda? Można też usłyszeć niejednokrotnie o szlaku na „Starobociański” Wierch. Tylko skąd wtedy ta nazwa? Od bocianów? A no nie. Prawdziwe pochodzenie wyrazu Starorobociański z robotami nie ma też nic wspólnego. Wywodzi się więc od Hali Stara Robota leżącej u podnóży góry. Oczywiście nie przyznamy się publicznie do tego, że kiedykolwiek zdarzyło nam się zastosować tę pierwszą nazwę…

Uważnie pokonujemy kolejne metry. W tym miejscu jest naprawdę ślisko

Uważnie pokonujemy kolejne metry. W tym miejscu jest naprawdę ślisko

 

Kiedy wkroczyliśmy w teren pokryty śniegiem, okazało się po raz kolejny, że wejście na górę nie powinno stworzyć nam szczególnych problemów. Znów wybieraliśmy miejsca, w których kamienie i trawa były łatwo dostępne dla naszych stóp. Zadzierając głowę do góry, po raz kolejny zauważyliśmy kozice. Tym razem trafiliśmy na „egzemplarze”, które nic sobie nie robiły z naszej obecności. Były uparte do tego stopnia, że znaleźliśmy się wkrótce w odległości nie większej niż 10 metrów od nich. Kiedy już przyglądnęliśmy się im dokładnie i zrobiliśmy zdjęcia, stało się jasne, że nie zejdą nam dobrowolnie z drogi. W zasadzie im się nie dziwię. Są u siebie, jedzą obiad, a jakichś dwóch facetów włazi na ich posesję.

Kozice ani myślą usunąć się nam ze szlaku. Ostatecznie obchodzimy je szerokim łukiem

Kozice ani myślą usunąć się nam ze szlaku. Ostatecznie obchodzimy je szerokim łukiem

 

Odbijamy dosyć mocno w prawo i mijamy te urocze, ale jednak dzikie zwierzęta. Wchodząc do góry, kalkulowaliśmy trochę, czy damy radę podczas zejścia. Tradycyjnie jednak orzekliśmy – podejdziemy bliżej i się przekonamy. Przyspieszyliśmy trochę i wkrótce byliśmy na szczycie. Starorobociański Wierch zdobyty na koniec jesieni! Szczyt jest dosyć rozległy i wybrednie szukamy najlepszego miejsca, w którym moglibyśmy się rozsiąść. Znów rozpakowujemy plecaki i organizujemy sobie dłuższą przerwę. Kawa na tej wysokości smakowała mi jak nigdy.

Kawa na Starorobociańskim smakowała jak nidgy.

Kawa na Starorobociańskim smakowała jak nigdy

 

Jak zwykle już rozglądamy się dokoła, starając się rozpoznać jak najwięcej punktów na horyzoncie. Wzrok przyciąga nieodległa Bystra – najwyższa góra w Tatrach Zachodnich oraz ścieżka zejściowa, którą będziemy później podążać. Kontrolujemy czas na zegarkach, bo dni są już krótkie, jednak pierwszą część trasy pokonaliśmy w niezłym tempie i teraz możemy przystanąć na dłużej. Powtórzę się – jest nadzwyczaj ciepło i niemal bezwietrznie. Spodziewaliśmy się, że na tej wysokości przydadzą nam się już kurtki, ale te przytroczyliśmy do plecaka i w takiej pozycji zostały już do końca dnia. Początek listopada, a pogoda jest praktycznie wyśniona! Starorobociański Wierch jesienią to jak na razie strzał w dziesiątkę. Czeka nas jeszcze zejście, a z relacji jednego z turystów, w okolicach Siwej Przełęczy jest ono oblodzone i dosyć niebezpieczne. Postanawiamy iść zgodnie z podjętym planem, ale liczymy się po cichu z tym, że będziemy musieli zawrócić. Na szlaku spotkaliśmy przez cały dzień ledwie kilka osób i były to naprawdę miłe spotkania. Z każdym chwilę porozmawialiśmy, wymieniliśmy wrażenia i w takiej przyjacielskiej atmosferze ruszaliśmy dalej. Kiedy schodziliśmy już ze Starorobociańskiego, Darek niemal natychmiast mnie zatrzymał i wskazał ręką na miejsce nieopodal szlaku. Najprawdziwsza kozica spacerowała ledwie kilka metrów od nas!

I co się tak patrzycie - Kozicy nie widzieliście

„I co się tak patrzycie – Kozicy nie widzieliście?”

 

Udało nam się jej dobrze przyglądnąć i zrobić kilka zdjęć. Sprawiała wrażenie zmęczonej całym tym spotkaniem, więc dosyć szybko minęliśmy ją i poszliśmy dalej. Ten fragment drogi minął nam w mgnieniu oka. Szczególną uwagę musieliśmy jednak zwracać, schodząc już w stronę Siwej Przełęczy. Ścieżka była faktycznie pokryta śniegiem, ale podobnie jak wcześniej, wystające kamienie stwarzały możliwość spokojnego stawiania kroków. Oczywiście szlak był w tym miejscu dosyć wąski i kiedy przyszło mi minąć się z podchodzącą grupą turystów, nieco poplątały mi się nogi…

Uważnie i powoli w stronę Siwej Przełęczy.

Uważnie i powoli w stronę Siwej Przełęczy

 

Na wszystkich pobliskich kamieniach już ktoś stał, a ja pomyślałem głupio, że w sumie ten zbity i zmrożony śnieg nie może być znowu taki śliski. Co, ja nie dam rady? Zanim dokończyłem w głowie to zdanie, leżałem już na plecach, a gruchot moich kości zaalarmował Darka. Ten uśmiechnął się tylko z politowaniem, kiedy zobaczył, że nic mi nie jest. Pamiętajcie, nie róbcie tego w domu! Ani na szlakach! Późna jesień w Tatrach to szczególnie niebezpieczna pora. Bywa już ślisko, jednak raki często okazują się jeszcze zbędne. Trzeba więc uważać podwójnie, żeby wracając do domu ciągle przypominać człowieka, który go opuszczał. Dalej było już nieco lepiej i po tej dawce koncentracji postanowiliśmy usiąść nieco powyżej przełęczy. Ciągle byliśmy sporo przed czasem, więc krótkie przerwy pojawiały się coraz częściej. Wokół tak ładnie, więc po co się spieszyć?

Ciepło, pogodnie i termos pełen kawy - czego chcieć więcej

Ciepło, pogodnie i termos pełen kawy – czego chcieć więcej?

 

Przed nami pozostała już tylko wędrówka przez grzbiet Ornaku i zejście w stronę Iwanickiej Przełęczy. Chcieliśmy więc ten dzień wykorzystać jak tylko się dało najlepiej. W jaki sposób? Lepiąc bałwana oczywiście!

Obawiam się, że bałwanek mógł nie doczekać zimy

Obawiam się, że bałwanek mógł nie doczekać zimy…

 

Tak, wiem. Pewnie zdarzyło wam się ulepić ładniejszego. Ale ten był tylko mój! Niestety, po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że najprawdopodobniej nie będzie mu dane doczekać zimy… Nie patrząc mu w oczy odwróciłem się i odszedłem w siną dal. Spacer na Ornak był wyjątkowo przyjemny. Ciekawy szlak, ciągle świetne widoki, no i brak oblodzonych kamieni. Jednak wszystko co dobre się kończy i wkrótce ścieżka zaczęła ginąć wśród kosodrzewiny. Nie byłby to problem, gdyby nie śnieg i lód pokrywający niektóre kamienie. Szliśmy naprawdę bardzo powoli, a moje tempo spadło dramatycznie. Wolałem nie powtarzać już tamtego upadku.

Przed nami kolejny trudny odcinek. Trzeba uważać na lód

Przed nami kolejny trudny odcinek. Trzeba uważać na lód

 

Ten oblodzony fragment dłużył nam się niesamowicie i z ulgą odetchnęliśmy, kiedy wkroczyliśmy na nowo w las. Niedługo później zameldowaliśmy się na Przełęczy Iwanickiej, skąd mieliśmy już prostą drogą powrotną. Słońce znajdowało się już coraz niżej i ciekawie oświetlało dno doliny, którą wtedy maszerowaliśmy. Żółty szlak miał nas doprowadzić do zielonego, a ten już do parkingu u wejścia do Doliny Chochołowskiej.

Szczyty górujące nad okolicą ciekawie komponują się z jesiennym jescze lasem

Szczyty górujące nad okolicą ciekawie komponują się z jesiennym jeszcze lasem

 

Mieliśmy spory zapas czasu i dopiero idąc tym łatwym terenem, zaczęliśmy wymieniać sporo wrażeń czy przemyśleń. Jesienny Starorobociański został „odhaczony” na naszej liście tegorocznych celów i w jego miejsce wskoczyły kolejne wyzwania. Do tej pory wybieraliśmy się na jednodniowe wypady lub nocowaliśmy gdzieś w centrum miejscowości. Jako „zieloni” jeszcze podróżnicy, nie do końca wiedzieliśmy, czego się spodziewać po noclegu w schronisku. Jednak mieliśmy wszystko to, czego potrzebowaliśmy. Komfortowo poczuliby się tam nie tylko Ci, którym wystarczy by było ciepło, mieli dostęp do łazienki i było gdzie spać. My mieliśmy raczej niewielkie życzenia, ale możemy się o schronisku wypowiadać w samych pozytywach. Pobudka w sercu gór i poranne wyjście prosto na szlak to coś, czego trzeba spróbować.

Z Tatrami Zachodnimi żegnamy się jak zwykle pieknymi widokami.

Z Tatrami Zachodnimi żegnamy się jak zwykle pięknymi widokami.

 

Dolinę Chochołowską przemierzaliśmy w drodze powrotnej już praktycznie samotnie, mijając jedynie pojedyncze osoby. Wyjazd udał się znakomicie, a lepszych warunków nie moglibyśmy sobie wymarzyć. Wejście na Starorobociański Wierch trasą, którą pokonaliśmy, to z pewnością spore wyzwanie kondycyjne, jeżeli ktoś zamierza startować z parkingu. Jednak szlak ten gwarantuje naprawdę piękne i różnorodne widoki, i na pewno zapisze się na liście moich ulubionych. Dwa dni pełne wrażeń możemy spokojnie zaliczyć na plus. Z jesiennymi Tatrami Zachodnimi żegnamy się w wyjątkowo udany sposób – stając na szczycie Starorobociańskiego Wierchu i pokonując naprawdę urokliwą trasę. Szczerze polecam.

 

Pełna galeria zdjęć do znalezienia w zakładce „Galeria” – o tutaj!

Zobacz więcej podobnych relacji.

13 komentarzy
  • Artur Szymanowski (Red-Angel)
    Opublikowano o 00:35h, 26 listopada Odpowiedz

    Dobrze, że upadek obył się bez dalszych konsekwencji. Raki jednak jesienią warto mieć 😉 Ja bardzo podobną trasę robiłem 1-2 listopada, więc chyba kilka dni przed Wami. Ale również sporo było lodu na szlaku. Te kamienne „schody” w kosówce na Iwaniacką rzeczywiście były bardzo nieprzyjemnie oblodzone. Ale idąc w rakach, tempo marszu nie spadało. Co prawda często stawałem rakami na kamieniach, ale gdy już trafił się lód, to nie musiałem tracić prędkości.

    Kozice bardzo fotogeniczne, widoki zresztą też ładnie Wam wyszły 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 10:17h, 26 listopada Odpowiedz

      Byliśmy chyba 5 listopada, więc tego śniegu było jeszcze mniej. Dało się normalnie iść, ale w tym konkretnym miejscu było jednak nieco ślisko. Gdybym zabrał raki, ubrałbym je pewnie i tak tylko na ten krótki odcinek. No ale mamy nauczkę na przyszłość, że lepiej zabrać i nie używać, niż potem gdzieś utknąć:) Widoki świetne bo pogodę mieliśmy wymarzoną; ciepło i bezchmurnie:) Ogólnie bardzo ciekawy i widokowy szlak. A jak Twoje wrażenia, będą jakieś zdjęcia:)?

      • Artur Szymanowski (Red-Angel)
        Opublikowano o 22:31h, 26 listopada Odpowiedz

        Lepiej mieć na taki krótki odcinek, niż nie mieć 😉
        A jesienią, gdy już pojawi się pierwszy śnieg, warto jednak raki mieć ze sobą. Ja 1 listopada używałem ich na wszystkich podejściach i niemal wszystkich zejściach, bo bez nich byłoby ciężko komfortowo chodzić. Wiadomo, dało się, ale w rakach dużo bezpieczniej i szybciej.

        Kiedyś będą… Tylko muszę się ogarnąć 😉

        • Mateusz
          Opublikowano o 17:45h, 27 listopada Odpowiedz

          Pewnie masz rację, kolejne cenne doświadczenia za nami:) No to czekam i powodzenia 🙂

  • Karola Franieczek (@K_Franieczek)
    Opublikowano o 12:30h, 22 listopada Odpowiedz

    Wyjątkowe kamzikowe modelki się Wam trafiły, że tak ładnie pozowały „od pyska strony”.

    • Mateusz
      Opublikowano o 13:51h, 22 listopada Odpowiedz

      Pozowały też i od tej drugiej strony, ale ze zdjęciem poczekaliśmy na właściwy moment 😀

  • Agnieszka Ilnicka
    Opublikowano o 12:16h, 22 listopada Odpowiedz

    Też używam tej mapy do wyznaczania tras 🙂 A w Tatrach jeszcze nie byłam, i szczerze mówiąc zawsze brałam pod uwagę jechać tam tylko latem, bo myślałam że jesienią już pogoda jest zła i może być niebezpiecznie z powodu śniegu. Ale jak widać byłam w błędzie!

    • Mateusz
      Opublikowano o 13:50h, 22 listopada Odpowiedz

      Tak, mapka jest świetna. Na szlak zabieramy taką klasyczną, ale dobrze mieć wcześniej pogląd ile dana trasa może zabrać czasu:) My w Tatrach pojawiliśmy się po raz pierwszy dopiero w tym roku i oczarowani będziemy pewnie już zawsze:) Z tego co słyszałem to wrzesień i październik to najlepsze miesiące na górskie wycieczki. Pogoda bardziej stabilna, mniejszy ruch na szlakach, no i brak gwałtownych burz. Mogę póki co tylko potwierdzić:)

      • Agnieszka Ilnicka
        Opublikowano o 19:08h, 23 listopada Odpowiedz

        Tłok to nic fajnego, zwłaszcza w górach. Jak widziałam zdjęcia z Tatr z okresu wakacyjnego, to aż się odechciewało jechać… 🙂 Ale dzięki za radę, wezmę to pod uwagę przy planowaniu naszego wyjazdu!

  • Dorota
    Opublikowano o 11:30h, 22 listopada Odpowiedz

    Jak ja Wam zazdroszczę tych widoków! Ale upadku już mniej…

    • Mateusz
      Opublikowano o 11:37h, 22 listopada Odpowiedz

      Wypchany plecak dosyć dobrze go zamortyzował 😀 Było tam już dosyć płasko, więc skończyło się na litościwym wzroku Darka:)

  • Skadi
    Opublikowano o 11:26h, 22 listopada Odpowiedz

    Zwierzyniec spotkany na szlaku najlepszy < 3

    • Mateusz
      Opublikowano o 11:35h, 22 listopada Odpowiedz

      Pewnie! Zwłaszcza kot nie dawał za wygraną 🙂 Kozice widzieliśmy za to po raz pierwszy i mam nadzieję, że będziemy widywać częściej:)

Skomentuj