Monochromatyczny początek 2016 roku

Monochromatyczny początek 2016 roku

Początek 2016 roku jawił się w prawdziwie szarych barwach.

Nie wiem dokładnie kiedy to się stało. Przegapiłem ten moment, w którym góry pochłonęły mnie na całego. Jak to w życiu bywa – tak po prostu wyszło. Nie mieliśmy konkretnych planów na 2016 rok. Chcieliśmy wędrować więcej i częściej. Uważam, że nierealne oczekiwania rodzą frustrację, dlatego nie planowaliśmy kompletnie nic. Z tego „nic” wykroiło się kilka całkiem fajnych wycieczek, a wracam do nich czasami w czarno-białej wersji. Gdy za oknem szaro i zimno, lubię trochę powspominać. Oto kolejna odsłona, tym razem z pierwszej połowy 2016 roku.

Mój noworoczny entuzjazm szybko się ulotnił, a ja coraz poważniej myślałem, że oto nadszedł koniec. Że moja przygoda z górami zakończyła się jeszcze szybciej niż się spodziewałem. Wszystko to wina mojego zdrowia, które chyba chciało przypomnieć, że te „dwadzieścia lat” wpisane w zakładce „O nas”, to ja kończyłem już jakiś czas temu. Wymyśliłem sobie za to, że skoro mnie już bolało to i tamto, to mogło mnie boleć i w górach.

W drodze na Tokarnię było naprawdę klimatycznie

W drodze na Tokarnię było naprawdę klimatycznie

 

Beskid Niski mamy blisko i jest to naprawdę urokliwe pasmo górskie. W sam raz na spontaniczne wyjazdy. W dodatku nie trzeba poświęcać na nie całego dnia, no chyba że ktoś ma taki kaprys. Wtedy może. Ja nie miałem. Zima była równie kapryśna co ja, a śniegu było tak mało, jak chęci do życia we mnie. Postanowiliśmy tej zimy poszukać trochę na siłę i okazało się, że biały puch znajdował się jedynie w najwyższych partiach tego pasma. Mimo wszystko wspominam te wycieczki naprawdę miło. Na szlakach było kompletnie pusto, bo i komu chciałoby się spacerować polnymi ścieżkami w styczniu?

Tokarnia nie jest najwybitniejszym wzniesieniem, ale jest na co popatrzeć.

Tokarnia nie jest najwybitniejszym wzniesieniem, ale jest na co popatrzeć

 

Na Tokarni byliśmy świadkami ciekawych krajobrazów.Trochę nieba, chmur i masa spokoju. Do dzisiaj będę się upierał, że widzieliśmy tropy wilków. Te musiały mnie zobaczyć i stwierdzić, że tak żałośnie wyglądającej ofiary nie opłaca się tykać. Tym samym uratowałem życie też Darkowi. Baranie za to przywitało nas gęstą mgłą. Tak gęstą, że nie wiedzieliśmy nawet do końca gdzie iść. Nasza intuicja, doświadczenie i umiejętność czytania mapy pozwoliły nam szybko wyjść z tej sytuacji – udaliśmy się w całkowicie złym kierunku.

Baranie, mgła i magiczny las

Baranie, mgła i magiczny las

 

Pewnie wędrowalibyśmy tam do teraz, gdyby nie grupka myśliwych. No, oni już wiedzieli gdzie nas skierować i wkrótce znaleźliśmy się na szczycie.  Wychodzenie na wieże widokową mijało się z celem. W zasadzie to cieszę się, że tej ładnej pogody nie było. W innym wypadku, pewnie próbowałbym na tę wieżę wleźć mimo, sporego oblodzenia i konstrukcji sprawiającej wrażenie tak solidnej, jak Titanic podczas dziewiczego rejsu. Pewnie nie zdążyłbym nawet pożałować swojej decyzji.

Darek nie jest specjalnym fanem zimy, ale ja lubię zaliczać kolejne wywrotki tonąc po pas w śniegu. Gdyby mnie jeszcze ktoś ciągnął na sankach (co ty na to Darek?), to byłbym wręcz zachwycony. Z namiastką takiej pogody zetknęliśmy się na Lubaniu w Gorcach. Niedawno powstała tam wieża widokowa, a widoki są naprawdę genialne.

Lubań i trochę mrozu

Lubań i trochę mrozu

 

Trzeba było się tam więc wybrać. Ubraliśmy się jak na K2 zimą, bo termometr wskazywał -18 st. C. Zaliczyliśmy piękny wschód słońca, a lasy płonące czerwienia budzącego się świtu, wyryły mi się na stałe w pamięci. Do pewnego momentu było nam nawet ciepło. Kiedy jednak zerwał się wiatr, a my chcieliśmy zrobić jakieś zdjęcia, to nasze dłonie kostniały w ciągu kilkunastu sekund. Mieliśmy swoją zimę. Mimo wszystko mam jakąś słabość do takiego śnieżnego krajobrazu, zwłaszcza gdy biały puch grubą warstwą pokrywa okoliczne drzewa. Do pełni szczęścia brakowało mi już tylko czapeczki z pomponem.

Prawdziwą zimę znaleźliśmy w Gorcach

Prawdziwą zimę znaleźliśmy w Gorcach

 

Z Lubania wracaliśmy bardzo zadowoleni, a ten poranek na szlaku podsunął mi do mojej pustej głowy kolejny pomysł. Darek gdy go usłyszał, aż złapał się za twarz. Sądziłem wtedy, że ten plan jest po prostu genialny. W międzyczasie wróciłem do zdrowia i było mi wszystko jedno gdzie pojadę i co zobaczę. Wymyśliłem sobie wschód słońca na bieszczadzkiej Tarnicy, a potem dalszą drogę przez Halicz i Rozsypaniec. Super, nie? Darek z różnych powodów nie zdecydował się jechać ze mną, więc miałem nadzieję zrobić takie zdjęcia, które wytrzeszczyłyby mu oczy na długo. Niech mi zazdrości po kres świata. Prognozy były korzystne i gdy dojeżdżałem do Wołosatego niebo migotało tysiącem gwiazd. Nie wyobrażacie sobie mojego podekscytowania, gdy ruszyłem na szlak. Po godzinie wisiała nade mną jednolita, szara masa chmur. Do tego zaczynało wiać.

Wiatr był chwilami naprawdę mocny

Wiatr był chwilami naprawdę mocny. Uwielbiam oczywiste podpisy

 

Co tam pobudka o drugiej w nocy, zero widoczności i śnieg walący w źrenice. Przejdę się. Na Tarnicy było jeszcze znośnie, ale w okolicach Halicza stało się jasne, że ten wiatr to nie jest delikatny powiew rodem z reklam odżywek do włosów. To raczej reklama linii lotniczych, a ja stoję za silnikiem samolotu. Gdy wiatr powalił mnie na śnieg i zsunął na ukraińską stronę, nie byłem w stanie ruszyć się z miejsca. Zacząłem się nawet zastanawiać, czy ładniej byłoby mi z imieniem Siergiej, czy może Iwan. No wiecie, gdybym się już z powrotem nie wdrapał na górę, no i na wypadek gdybym miał osiąść tam na stałe wypasając owce.

Bieszczadzka pętelka w trudnych warunkach. To dopiero wspomnienie

Bieszczadzka pętelka w trudnych warunkach. To dopiero wspomnienie

 

W końcu jakoś się wygrzebałem i niewiele myśląc pokonałem resztę trasy niemal biegnąc i garbiąc się, żeby chociaż odrobinę zmniejszyć opór powietrza. Nie powiem, aby Darek zachwycił się zdjęciami. Wszystko przyjął raczej z uśmiechem politowania, a ja dałem mu kolejny powód do tego, by z dystansem traktował moje wspaniałe pomysły. Oczywiście jest on fanem Bieszczadów i podświadomie nie mógł znieść tego, że ja byłem, a on nie. Dlatego postanowiliśmy zatrzeć to złe wrażenie i wybraliśmy się na Bukowe Berdo. To zdecydowanie jedna z moich ulubionych, tegorocznych wycieczek.

W drodze na Halicz

W drodze na Halicz. Tym razem wiatr miotał już tylko moimi włosami.

 

Żeby było śmieszniej, prognozy pogody były znacznie mniej korzystne, niż podczas mojej samotnej eskapady na Tarnicę. Miało być co najwyżej „tak sobie”. Natura drwiła ze mnie jednak dalej, bo z każdą godziną aura robiła się coraz korzystniejsza. Spokój na szlaku, błękitne niebo, białe obłoki sunące po niebie i przyjemna temperatura. O zachodzie widoki były jeszcze lepsze, a w dodatku zrobiło się pusto! Wszystko układało się tak dobrze, że gdybym zaprosił wtedy Monicę Bellucci na randkę, to dzisiaj bylibyśmy pewnie parą. No, ewentualnie zostałbym milionerem, który trafił na loterii. Niestety, wszystko przepadło Monico.

Zimę żegnaliśmy na Bukowym Berdzie. To była po prostu fantastyczna wycieczka

Zimę żegnaliśmy na Bukowym Berdzie. To była po prostu fantastyczna wycieczka

 

Nie narzekam jednak, bo przywieźliśmy stamtąd masę wspomnień i kilka niezłych zdjęć. Gdy słońce zaczęło zachodzić, zacząłem się potwornie ociągać. Darek po czasie zniknął mi z oczu, a ja nie dopuszczałem do siebie myśli, że mógłbym teraz zejść z połoniny. Ubrałem kolejne warstwy ubrania i tak przygotowany czekałem na ten piękny spektakl. Kolega też poszedł po rozum do głowy i dopiero o zmroku postanowiliśmy zakończyć ten wyjątkowy dzień.

Zima mimo wszystko nie należała do specjalnie udanych. Raz, że pogoda nie zachwycała, a dwa że my też nie byliśmy w najlepszej dyspozycji. Ciągle nie zrealizowaliśmy zamiaru zimowej, tatrzańskiej wycieczki. Nie wspomnę przez kogo… Dopiero w kwietniu znaleźliśmy w sobie trochę uporu i postanowiliśmy mimowolnie wziąć udział w krokusowej gorączce. Ruszyliśmy dzielnie z rzeką turystów w głąb Doliny Chochołowskiej. Nie powiem – ładnie to wygląda. Pewnie warto raz w życiu zobaczyć dywan z tych kwiatów, ale mnie trochę odstraszyły trochę tłumy.

Wiosenny szczyt Wołowca

Wiosenny szczyt Wołowca

 

Postanowiliśmy więc uciec trochę wyżej. Tam ciągle jeszcze zalegał śnieg, a my udaliśmy się przez Grzesia na Rakoń. Kusił nas też Wołowiec, ale trochę brakowało nam czasu, chęci i uporu. Dreptanie w takiej topniejącej brei też było męczące, a ja oczywiście nie byłbym sobą, gdybym się gdzieś nie wywrócił. Widok ośnieżonych wierzchołków bardzo przypadł mi do gustu, a moje oczy tylko wodziły za charakterystycznym dźwiękiem zjeżdżających narciarzy. Pogodę mieliśmy wyborną.

Sam na sam z potęgą gór

Sam na sam z potęgą gór

 

Wróciliśmy z tej wycieczki zadowoleni, ale w głębi serca już wyczekiwaliśmy wiosny, licząc że będzie bardziej udana. Myślami byłem już na tych zielonych, pachnących łąkach, gdzie przy trelach skowronków biegłem boso po rosie w stronę wschodzącego słońca, nucąc „Motylem jestem”. Wiatr rozwiewałby mi włosy, a sarenki jadłyby mi z rąk. A tak serio, to miło po prostu wędrować bez tych wszystkich kurtek czy czapek. Kto z was nie lubi się gdzieś położyć i napić kawy z termosu? No ja lubię, więc po raz kolejny wpadłem na świetny pomysł. Tym razem wypalił! Spontanicznie pojechaliśmy na wschód słońca, na niewielkim wzniesieniu w Beskidzie Niskim o nazwie Przymiarki.

Przymiarki w Beskidzie Niskim i ciekawy, wiosenny wschód słońca

Przymiarki w Beskidzie Niskim i ciekawy, wiosenny wschód słońca

 

Było prawie tak jak sobie wymyśliłem, odejmując bieganie boso i śpiewanie. Fantastyczne kolory budzącego się dnia, przejmujący spokój i hasające poniżej sarenki, którym zrobiliśmy nawet kilka zdjęć. Ba! Nawet znośny filmik powstał! Przyroda wyraźnie budziła się już do życia, a w nas zaczynał wstępować wreszcie entuzjazm.

Zacząłem wspominać Darkowi, że trochę zapomnieliśmy o tej naszej Koronie Gór Polski. On akurat nie jest fanem tego pomysłu, ale ja chciałbym jednak uzbierać wszystkie szczyty. Ostatecznie udało się wybrać w Beskid Śląski, gdzie mogliśmy dorzucić Skrzyczne do naszej kolekcji. Wycieczka była naprawdę widokowa. Leniwie pokonywaliśmy beskidzkie szlaki i przyjemnie było to robić przy grzejącym słońcu. Szczerze mówiąc, to bardzo pozytywnie się zaskoczyliśmy, bo nie sądziliśmy, że będzie aż tak miło.

Zapuściliśmy się wreszcie w Beskid Śląski i możemy go szczerze polecić

Zapuściliśmy się wreszcie w Beskid Śląski i możemy go szczerze polecić

 

Miło czas spędzała też napotkana przez nas żmija, której niestety przerwaliśmy wypoczynek. Nasze kroki trochę ją spłoszyły, a jeszcze bardziej rozzłościłem ją ja. „To zaskroniec” – powiedział Darek, wskazując palcem na wijącego się na ścieżce węża. Nie miałem powodu, by mu nie ufać, więc wyciągnąłem aparat i zacząłem ganiać za żmiją. „Jakiś dziwny ten zygzak…” – przeszło mi przez myśl, gdy wąż ulatniał się w zaroślach. Zerknąłem od razu na zrobione fotki i wszystko stało się jasne. Najprawdziwsza żmija, a my mogliśmy tylko opuścić wzrok ze wstydu.

Po naszym zimowym „spowolnieniu” nie było już śladu, sylwetki stały się nieco mniej okrągłe niż jeszcze w lutym, więc postanowiliśmy sobie urządzić wycieczkę z prawdziwego zdarzenia. Pomysł był ciekawy, a co najważniejsze, pozwalał nam się wycofać w razie niedyspozycji. Zamierzaliśmy za jednym zamachem zdobyć Wysoką i Radziejową. Najwyższe wzniesienia Pienin i Beskidu Sądeckiego.

Wiosna w Pieninach i wypasające się owce

Wiosna w Pieninach i wypasające się owce

 

Z pienińską pętelką rozprawiliśmy się wyjątkowo sprawnie. Było zielono i bardzo klimatycznie, a przez większość czasu szliśmy praktycznie sami. Zastanawialiśmy się, czy ten atak na Radziejową nie jest trochę na wyrost, ale postanowiliśmy spróbować. W dodatku ubzdurałem sobie, że zrobię jakieś piękne zdjęcie o zachodzie słońca. Zazwyczaj jak się na to nastawiam, to nie wychodzi z tego kompletnie nic. Nie wiem, ktoś tam „na górze” chyba podsłuchuje moje myśli.

Między Pieninami, a Beskidem Sądeckim

Między Pieninami, a Beskidem Sądeckim

 

Wejście na Radziejową wymęczyło nas okrutnie. Wspomnę, że cała trasa zamknęła się na 33 kilometrze i wyniosła jakieś 1650 m przewyższeń. Nie, żebyśmy padali na twarz. Po prostu nie specjalnie nas to już cieszyło. Wdrapaliśmy się jednak dzielnie na wieże widokową i chyba po raz pierwszy w życiu nie odczuwałem na niej histerycznego lęku. Tylko taki zwykły, bez krzyków. Tatr o zachodzie słońca oczywiście nie było, bo jedyne chmury na całym niebie skupiły się właśnie tam. Przypadek?

Widać konsekwencję w moim działaniu, bo nie mogłem sobie tego zachodu odżałować. Jak nie w Beskidzie Sądeckim, to może w Bieszczadach. Był to kolejny wyjazd z serii tych, które absolutnie nie podobały się Darkowi. Po prostu któregoś dnia zarezerwowałem nocleg i powiedziałem mu, że jadę choćby bez niego. Kręcił głową, ale się zgodził. Ot, taki kompromis. W planach miał być zachód słońca na Połoninie Caryńskiej i wschód słońca na Małej i Wielkiej Rawce. Liczyłem, że pogoda zlituje się przynajmniej na jedno z tych wydarzeń.

Spokojnie, to tylko ja

Spokojnie, to tylko ja zaklinam pogodę

 

W Bieszczadach zjawiliśmy się po południu i po prostu wyszliśmy sobie na górę. W oddali grzmiało, a ja zerknąłem gniewnie w tamtą stronę: „Nie tym razem Matko Naturo!” Poskutkowało. Siedzieliśmy wyłącznie we dwóch i podziwialiśmy, jak nad bezkresem lasów kończy się dzień. Nigdzie nam się nie spieszyło, więc mieliśmy wszystko to, co tak w górach lubimy. Wyjazd przypadł nam w czasie okropnych upałów, ale wieczorem było bardzo przyjemnie. Chwilo trwaj!

Połonina Caryńska na dobranoc. Piękny zachód i cała połonina dla nas

Połonina Caryńska na dobranoc. Piękny zachód i cała połonina dla nas

 

Pierwszy punkt wyjazdu udał się świetnie, a potem bardzo niespiesznie udaliśmy się na nocleg. Bieszczady już opustoszały i mimo najszczerszych chęci, nie jestem w stanie wam opisać tego jak się wtedy czułem. Za to mogę wam przybliżyć, jak wyglądał sam nocleg. Żeby mieć bliżej na Małą Rawkę, nocowaliśmy w Bacówce u jej podnóża. Nie wiem co mi strzeliło do głowy. Gdy tylko zobaczyłem piętrowe łózko niemal krzyknąłem do Darka: „Zaklepuję górę!” Sufit miałem pół metra nad sobą i za sukces uznaję fakt, że przywaliłem głową w drewnianą belkę tylko raz. Echo na szczęście nikogo nie obudziło. Kto uważał na lekcjach wie, że gorące powietrze unosi się do góry. Czułem się więc trochę jak w piekarniku. Czas mijał jednak szybko, bo budzik wyrwał nas ze „snu” tuż po trzeciej.

Kolejnego dnia witaliśmy wschód słońca

Kolejnego dnia witaliśmy wschód słońca

 

Spodziewałem się, że mrok szczelnie wypełni Bieszczady, że niemal po omacku będziemy stawiać kroki i z niepokojem nasłuchiwać podejrzanych odgłosów. Tymczasem niebo powoli już jaśniało, a ja pozwoliłem sobie na nutę ekstrawagancji i szedłem na górę nawet bez czołówki. Ciepło, cicho i trochę tajemniczo. Świt przywitaliśmy już w osamotnieniu na połoninie. Przeciągał nam się ten odpoczynek, ale kawa smakowała wyjątkowo dobrze, a takich barw jak wtedy nie oglądaliśmy już długo. Ruszyliśmy następnie dalej, w stronę Ustrzyk Górnych, a potem na Połoninę Caryńską. Nigdy nie widziałem, żeby Darek gdzieś biegł. Wtedy jednak był chyba najbardziej zbliżony do tego stanu, a to wszystko za sprawą koszmarnego upału. Chcieliśmy to mieć za sobą. Wyjazd udał się za to świetnie, a niechętnie nastawiony do niego Darek, musiał przyznać mi rację.

Tęskniliśmy już trochę za Tatrami i czyniliśmy nawet pierwsze podchody. Postanowiłem jednak wykorzystać wolną chwilę i po raz kolejny dorzucić coś do Korony Gór Polski. Padło na mało ekscytujący Lubomir. Chyba największe wrażenie zrobił na mnie… kleszcz, który wgryzał się w moją jędrną skórę, a którego powstrzymałem w ostatniej sekundzie.

Lubomir był kolejną cegiełką do KGP

Lubomir był kolejną cegiełką do KGP

 

Cała reszta to taki typowy, ale całkiem relaksujący spacer po lesie. Kilka polan, trochę widoków, no i panorama Tatr. Nie było w ostateczności tak źle jak myślałem, ale Darek mi w to nie uwierzył. Z tego też powodu wolał zostać w domu. Odbiliśmy sobie to później, kiedy Tatry pochłonęły nas w całości, ale to już inna historia.

Widać z daleka, jak bardzo „zieloni” ciągle jesteśmy. Nie chcę się silić na jakieś wzniosłe hasła. Góry po prostu zapewniają nam masę frajdy! Uświadamiam sobie też coraz częściej, jak miło wspomina się takie chwilę. Kiedy trafia się jakiś gorszy czas w życiu, przestój, okropna pogoda za oknem czy cokolwiek innego, to lubię zerknąć na te wszystkie zdjęcia. To tylko obrazek, ale pozwala przywołać wspomnienia i człowiekowi robi się jakoś tak milej. Nawet, jeśli był to tylko krótki spacer. Pewnie dlatego warto raz na jakiś czas zrobić coś dla siebie. Tego wam życzymy!

W galerii zobaczycie więcej czarno-białych zdjęć z naszych wycieczek. Znajdziecie nas również na Facebooku. Pozdrawiamy!

Pełna galeria zdjęć do znalezienia w zakładce

2 komentarze
  • Doma
    Opublikowano o 18:42h, 30 października Odpowiedz

    Właśnie jestem na etapie wyciągania mamy w świat gór, muszę przyznać, że jest z tych opornych, ale ostatni akapit chyba trafił w jej słaby punkt, dzięki! 😀 Mnie za to urzekły znane już zdjęcia w nowej odsłonie. 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:38h, 31 października Odpowiedz

      Najważniejsze, to jej nie zniechęcić na siłę zabierając w jakąś przesadnie długą i trudną wędrówkę 😀 Lubię sobie zerknąć na to wszystko po jakimś czasie. To akurat gigantyczny plus robienia zdjęć i spisywania tego wszystkiego 🙂
      Akurat lubię czasami coś „zrobić” w czerni i bieli, a we wpisie znalazło się też trochę nowych fotek 🙂

Skomentuj