Mała Wysoka – tam gdzie nogi nie niosą

Mała Wysoka

Mała Wysoka – tam gdzie nogi nie niosą

Mała Wysoka miała być ukoronowaniem długiej wędrówki. Z ciekawością ruszyliśmy Doliną Białej Wody…

Mała Wysoka bardzo długo pozostawała poza sferą naszych tatrzańskich zainteresowań. Czemu się tu dziwić? Tatry zaczęliśmy poznawać dopiero w zeszłym roku i głównie ograniczaliśmy się do tych Zachodnich. Jakoś tak jednak niepostrzeżenie udało nam się wejść niedawno na kilka fajnych szczytów w Tatrach Wysokich, co mocno rozbudziło nasze apetyty. Okazało się, że się da i nie jesteśmy aż tak strasznie „zieloni”,  jak się nam wydawało. Siedzieliśmy więc przy mapie i szukaliśmy czegoś, na co moglibyśmy się wdrapać w czasie krótkiego wyjazdu. Nie chcieliśmy się też jednocześnie porywać na jakieś karkołomne szczyty. Całkiem lubię swoje żywe ciało. Mała Wysoka? „Mała” w nazwie nieco mnie zniechęcało. Jechać w Tatry i chodzić po pagórkach? Okazuje się, że szczyt liczy sobie całe 2429 m n.p.m. i jest czwartym co do wysokości, na który można wejść znakowanym szlakiem. No, to już brzmiało całkiem intrygująco.

Východná Vysoká, czyli Wschodnia Wysoka jak mawiają Słowacy, osiągalna jest przeważnie z dwóch przeciwległych stron. Od południa, szlakiem prowadzącym przez Dolinę Wielicką, oraz od północy przez Dolinę Białej Wody. To ten drugi wariant przykuł naszą uwagę. Sama dolina uchodzi za spokojne i rzadko odwiedzane miejsce, co już samo w sobie stanowiło dobry pretekst, by iść to sprawdzić. Żeby było śmiesznie, to całe to miejsce leży o rzut kamieniem od ruchliwej trasy do Morskiego Oka. Musieliśmy więc zobaczyć to na własne oczy. Wędrówkę rozpoczęliśmy w Łysej Polanie skąd na wierzchołek Małej Wysokiej mieliśmy raptem 14 km, około 1500 m przewyższeń i ponad 6 godzin marszu. A jeszcze trzeba przecież wrócić… Darek był zachwycony, a ja przerażony.

Ruszamy Doliną Białej Wody. Celem Mała Wysoka

Ruszamy Doliną Białej Wody. Celem wędrówki Mała Wysoka

 

Poranek na szlaku był naprawdę chłodny. Co prawda w plecaku miałem ciepły polar, ale nie chciałem go zakładać. W marszu i tak szybko robi się człowiekowi ciepło, a na żonglowanie ciuchami nie miałem ochoty. Było mgliście, ale widoki zapowiadały się świetne. Trochę się o to baliśmy, bo jadąc w stronę Tatr niebo pokrywały gęste, niskie chmury. Ruszaliśmy na szlak przekraczając mostek nad Białką w Łysej Polanie. Mała Wysoka jeszcze przez długi czas nie będzie nam zaprzątać myśli, wiec skupiliśmy się wyłącznie na „tu i teraz” ruszając wzdłuż niebieskich oznaczeń.

Jest mgliście, ale w oddali pokazują się pierwsze szczyty

Jest mgliście, ale w oddali pokazują się pierwsze szczyty

 

Spacer prowadzi wygodną ścieżka wzdłuż wzburzonego potoku. Trafiliśmy na okres po obfitych opadach i momentami szum rzeki zagłuszał nasze rozmowy. Do naszych uszu docierały też dźwięki pędzących w stronę Palenicy busów, a my tymczasem coraz bardziej zagłębialiśmy się w spokój. Początkowy etap nie wymaga większego opisu, a jakby się bardzo uprzeć, to całą wędrówkę można krótko podsumować: cały czas przed siebie, a potem z przełęczy na szczyt. No, ale tak w zasadzie można opisać sporą część wycieczek. Poza tym nie zrobimy tego z bardzo ważnego powodu. Ta wędrówka była jednym z  najciekawszych doświadczeń, które się nam ostatnio przydarzyło. To, że było spokojnie to tylko jeden powód. Po niecałej godzinie marszu dotarliśmy do Polany Biała Woda, której widok naprawdę rozszerzył nam źrenice.

Polana Biała Woda szybko wprawia nas w zachwyt

Polana Biała Woda szybko wprawia nas w zachwyt. Wydruk możesz zakupić tutaj.

 

Przecież tam wszystko komponowało się idealnie! Odległe, oświetlone już słońcem szczyty, mgliste i magiczne otoczenie, a przede wszystkim pustka i błoga, przejmująca cisza. Tylko nasze rozmowy i dźwięk migawki aparatu zakłócały spokój. Akurat moja migawka brzmi trochę jak gilotyna, więc staram się unikać robienia zdjęć w tłumie. Oprócz nas, na polanie spotkaliśmy jeszcze dwie osoby i to też ciekawa historia. Przed nami ojciec z dorosłą córką. Będziemy mijać się z nimi jeszcze kilka razy.  Wydaje się, że oboje zmierzają na ten sam szczyt co my.

Ciekawi nas, jakie niespodzianki kryją się dalej

W drodze na Małą Wysoką. Widok z Polany Biała Woda

 

Na polanie spędzamy dłuższą chwile, ale ostatecznie pora iść dalej. Widoki mocno nas zauroczyły, więc z jeszcze większą ciekawością szliśmy przed siebie. Wiedzieliśmy jednak, na co się zdecydowaliśmy. Dojście do szczytu tym szlakiem zajmuje ponad 6 godzin. Tak, w jedną stronę. Zastanawialiśmy się więc, czy ten cały las nas nie zanudzi na śmierć i czy nie będziemy szukać jakiegoś niedźwiedzia, który skróciłby nasze męki. Na razie było jednak nieźle.

Atmosfera jest naprawdę ciekawa

Atmosfera jest naprawdę ciekawa

 

Sytuację poprawiało na pewno kilka czynników. Poranne słońce ciekawie oświetlało otoczenie, a zalegające jeszcze w dolinach mgły dbały o odpowiedni nastrój. To była naprawdę ciekawa mieszanka. W dodatku odnieśliśmy wrażenie, że wreszcie jesteśmy w takiej dzikiej części Tatr. Bez tłumów i krzyków. Kolejnym charakterystycznym punktem wędrówki miała być Polana pod Wysoką. Mapy podają, że dojść tam można w niecałe trzy godziny od startu. Pojawił się więc kłopot, bo czas leciał, a polany brak. Zaczęliśmy nawet panikować, że mamy ślimacze tempo i nie wyrobimy się ze wszystkim. Z przerwą śniadaniową też czekaliśmy, aż osiągniemy ten punkt na trasie, toteż mój żołądek zaczynał grać wszystkie znane sobie marsze. Łącznie z tym „Żałobnym”. Postanowiliśmy przyspieszyć. Dopiero w domu zauważyłem, że w tym miejscu oczywiście byliśmy wcześniej, a na zdjęciu wygląda tak:

Polana pod Wysoką. Widoki są po prostu zachwycające.

Polana pod Wysoką. Widoki są po prostu zachwycające.

 

Samo miejsce minęliśmy bezrefleksyjnie, a w dodatku nie odnaleźliśmy żadnej tabliczki. Może się po prostu zapatrzyliśmy, bo widok wyjątkowo przykuwa wzrok. No, a może to wizja głodu zaciemniła nam oczy. Z perspektywy czasu mogę wam zdradzić, że Wysoka to ten dwuwierzchołkowy, schowany nieco za drzewem szczyt. No ale wtedy nie wiedzieliśmy, że tę polanę minęliśmy. Szliśmy w prawdziwym przejęciu i nawet zaczynaliśmy rozważać, czy może słowackie oznaczenia czasów nie są podawane dla jakichś supermanów. Tymi jak widać nie byliśmy.

Idealne miejsce na odpoczynek

Idealne miejsce na odpoczynek

 

Niskie słońce i mgła to idealne połączenie idąc przez las. Czasami nawet nie dowierzałem, że natura potrafi wyprawiać takie rzeczy. W internetach pełno fotek, które nakazują człowiekowi się zastanowić, czy to wszystko prawda. Wreszcie możemy potwierdzić – prawda. Promienie rozpraszają się we mgle, a gałęzie drzew „tną” ją tworząc takie oto przyjemne dla oka „lasery”. Tymczasem coraz bardziej zagłębialiśmy się w dziki i zielony las. Darek był zachwycony, a mnie się po prostu podobało. Niestety zaczęliśmy mijać miejsca, które dosyć mocno były zalane podczas ostatnich opadów. Większość z nich dało się obejść, czy zwyczajnie minąć skacząc z gracją po kamieniach, ale wtedy pojawiła się „ona”. Niemożliwa do minięcia kałuża.

Trafiliśmy na okres po opadach i czasami trzeba zamoczyć buty

Trafiliśmy na okres po opadach i czasami trzeba zamoczyć buty. P.S. To nie ta kałuża

 

Wydawała się płytka. Liczyłem, że co najwyżej ubrudzę podeszwy. Niestety zadziałało prawo Murphy’ego i solidnie zmoczyłem skarpety. Na pierwszy rzut oka to nic takiego. Mając jednak w perspektywie kilka dobrych godzin na szlaku ryzykowałem jakieś odparzenia lub odciski. I co? I nic, albowiem zabrałem ze sobą zapasową parę! Teraz brzmi to może kiepsko, ale w tamtej chwili byłem z siebie niewyobrażalnie wręcz dumny. Taki napompowany jak balon ruszyłem dziarsko do góry. Las powoli się już przerzedzał, a nas czekało solidne podejście. Oczywiście nie wiedzieliśmy o tym, że Polanę pod Wysoką już dawno minęliśmy, więc ze strachem w oczach przebieraliśmy nogami. O ścieżce można powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że była wygodna. W dodatku wiecznie płynęła nią strużka wody, a jak nauczony poprzednim zdarzeniem, pokonywałem kolejne kroki niczym doświadczona balerina. Widok kosodrzewiny był nieco kojący, bo chwilę później zauważyliśmy charakterystyczny próg ściany stawiarskiej. A w tle? Granitowe kolosy w tym Ganek.

Przed nami pró doliny. Tam to dopiero są cuda

Przed nami próg doliny. Tam to dopiero są cuda

 

W tym momencie zgłupiałem już całkowicie. Zazwyczaj przed wycieczkami robimy porządny rekonesans (w zasadzie to ja robię), ale teraz czułem się jak dziecko we mgle. To gdzie ta polana? Idziemy już prawie cztery godziny, a tu jakieś nieznane miejsca. Może to wszystko halucynacje z niedożywienia? Darek idzie jakiś posępny, a może po prostu rozmyśla o kotlecie?

Podejście jest nieco męczące, ale rozprawiamy się z nim całkiem sprawnie

„Ciekawe co w domu na obiad”?

 

Jest wyjątkowo ładnie, naprawdę. Słychać okoliczne siklawy, gdzieś strumień płynie z wolna, a nad nami wyniosłe szczyty. Tylko jedyne, co chodzi mi po głowie to natrętne pytanie w stylu: „Daleko jeszcze”? Niestety Darek nie jest w stanie mi pomóc, bo jego orientacja w terenie zasługuje na osobny artykuł. Co było robić? Przyspieszyliśmy jeszcze bardziej.

Zmierzamy powoli do Doliny Litworowej

W tym miejscu nieco się uspokajamy

 

W końcu nadchodzi chwila refleksji i rozsądku. Przecież powoli kończy się piętro kosodrzewiny, a więc musimy być już dosyć wysoko. Na pewno musieliśmy minąć tamto miejsce. Mogliśmy się wreszcie uspokoić i usiąść, prawda? Nie! Kiedyś padniemy z głodu na szlaku przez to nasze niezdecydowanie. Tutaj za blisko strumienia, tam przeszkadzają krzaki, a tam jest cień. No i tak szliśmy i szliśmy, aż wleźliśmy na próg doliny. Tam dopiero z istnym namaszczeniem zdjęliśmy plecaki i oddaliśmy się przerwie. Zdjąłem buty, żeby chociaż trochę je wysuszyć, a skarpetki przyczepiłem gdzieś do plecaka. Dzień ledwo się przecież zaczął, a ja musiałem jakoś dbać o stopy, chcąc wrócić w miejsce startu. Niestety moje buty zaczynają pokazywać już pierwsze oznaki starości.

Widoki takie, że głowy dosłownie kręca nam się dookoła

Widoki takie, że głowy dosłownie kręcą nam się dookoła

 

Oczywiście zerknęliśmy też na mapę, żeby wreszcie wiedzieć gdzie jesteśmy. Z nowymi siłami zaczęliśmy się zagłębiać w Dolinę Litworową, która jest jednym z górnych pięter Doliny Białej Wody.  Od zachodu graniczy z Doliną Kaczą, nad którą piętrzą się licząc od lewej Żłobisty Szczyt, Rumanowy Szczyt i Ganek. Dalej za nimi zobaczyć możecie Rysy i Niżnie Rysy. To naprawdę widok, od którego ciężko odwrócić głowę. Różnica wysokości pomiędzy tymi szczytami, a Zielonym Stawem Kaczym na dnie tej doliny, to ponad 800 metrów. Robi wrażenie, nie?

Litworowy Staw, a w tle granitowe kolosy. Ten widok robi wrażenie

Litworowy Staw, a w tle granitowe kolosy

 

My tymczasem zbliżaliśmy się powoli do perełki  na szlaku. Litworowy Staw zachwycał już z daleka, a od jego brzegu dzielił nas tylko niewielki odcinek po wielkich, kamiennych głazach. Niczym na skrzydłach pognałem więc w jego stronę, a Darek wcale nie odstawał. Obowiązkowo urządziliśmy sobie małą sesję zdjęciową. Trochę nas te wszystkie pocztówkowe widoki rozleniwiły, ale zrezygnowaliśmy z dłuższej przerwy. Teraz bowiem miało się zrobić jeszcze ciekawiej. Do tej pory szlak nie sprawiał najmniejszych kłopotów, więc w te rejony zapędzić się może każdy. Wyżej miało być  trochę inaczej i chcieliśmy to osobiście zweryfikować. Poza tym gdzie ta Mała Wysoka?

Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Najpierw na Polski Grzebień, a potem na Małą Wysoką

Po krótkiej przerwie ruszamy dalej. Najpierw czeka nas Polski Grzebień, a potem Mała Wysoka

 

Byliśmy już na wysokości około 1900 m n.p.m. i krajobraz zaczynał się zmieniać po raz kolejny. Jedynie jesiennie wyglądająca już trawa porastała co łagodniejsze zbocza, a my wkraczaliśmy w świat skał. Oczywiście cały czas do góry. Szlak prowadził teraz wygodną, kamienistą ścieżką, a jedyne trudności wynikały z coraz mocniej świecącego słońca. Z każdym kolejnym metrem, mieliśmy coraz lepszy widok na Litworowy Staw.

Obok tego widoku nie da się przejść obojętnie

Obok tego widoku nie da się przejść obojętnie

 

Do pokonania mieliśmy kolejny próg skalny i jakieś 150 metrów w pionie. Szło się nieźle, kiedy nagle niemal jednocześnie z Darkiem powiedzieliśmy do drugiego „Patrz!” Gdzieś na zboczu hasały sobie kozice. Nic to pewnie dziwnego, gdyby nie fakt, że ich pozorna wielkość strasznie nas zdziwiła. Zbocze było solidnie oddalone, a one wyglądały, jakby stały raptem 10 metrów od nas. Przez dłuższy czas nie byłem w stanie objąć tego moim małym w tamtej chwili rozumkiem. Na szczęście objąłem obiektywem.

Małe odwiedziny przy szlaku

Małe odwiedziny przy szlaku

 

Kocioł pod Polskim Grzebieniem przywitał nas chłodem. To kolejne miejsce w drodze na szczyt i wreszcie widać było nasz cel. Mała Wysoka niknęła gdzieś w blasku świecącego od południa słońca. Szlak ciągle był bezproblemowy i prowadził brzegiem urokliwego Zmarzłego Stawu pod Polskim Grzebieniem. Podobno to jedno z najzimniejszych tatrzańskich jezior i kra potrafi utrzymywać się całe lato. Co ciekawe, cały teren kotła jest obszarem bezodpływowym.

Mała Wysoka już widoczna. Najpierw jednak musimy dostać się na przełęcz

Mała Wysoka już widoczna. Najpierw jednak musimy dostać się na przełęcz (wcięcie po prawej)

 

Wreszcie nasze serca zaczęły bić nieco mocniej. Raczej nie dlatego, że byliśmy jakoś mocno zmęczeni. Po prostu teren diametralnie zmienił swoje oblicze, a my czekaliśmy na niespodzianki, jakie miał nam zafundować. Byliśmy ciekawi zwłaszcza podejścia na Polski Grzebień, ale nim tam dotarliśmy, przed nami wyrósł okazały łańcuch. Jeszcze rok temu, Darek nakazałby nam odwrót. Teraz bez zastanowienia ruszył przed siebie.

Pierwszy łańcuch tego dnia. Jest mokro więc uważamy

Pierwszy łańcuch tego dnia. Jest mokro więc uważamy

 

Nie jest to ani trudny, ani eksponowany odcinek. Jest natomiast bardzo mokro i ślisko, dlatego przełączamy nasze głowy w tryb koncentracji. Przy podejściu całe to żelastwo nie jest potrzebne, bo można się swobodnie trzymać skał. Od tego miejsca idziemy w skupieniu, bo oto docieramy powoli do rozejścia szlaków. Odwracamy się jeszcze, by zobaczyć przebytą do tej pory drogę i pięknie kłębiące się chmury w oddali, po czym porzucamy niebieski szlak. To dosyć ważne, bo tyle godzin szliśmy wg tych oznaczeń, że łatwo pewnie zrobić głupotę. Skręcamy więc w prawo i wybieramy szlak zielony. Ten wprowadzi nas na Polski Grzebień.

Podejście na Polski Grzebień nie jest długie, ale luźne i mokre kamienie nie ułatwiają zadania

Podejście na Polski Grzebień nie jest długie, ale luźne i mokre kamienie nie ułatwiają zadania

 

Ten fragment nie jest długi, ale co z tego. To zdecydowanie najgorszy i najbardziej upierdliwy kawałek na całym szlaku. Jest krótki i pewnie nie byłby trudny, ale wszystko jest mokre i śliskie. W dodatku wychodzimy na przełęcz od północnej strony, wszystko leży w cieniu i skała nie ma kiedy wyschnąć. A, jeszcze jedno. Pełno tu luźnych kamieni, które tylko czekają cały dzień, że by móc komuś wreszcie wyjechać spod buta. Trzeba po prostu bardzo uważać. Górna część tego podejścia jest już w znacznie lepszym stanie. No i Mała Wysoka w zasięgu wzroku, a to już motywuje.

Przełęcz już o krok. W tle nasz cel, czyli Mała Wysoka

Przełęcz już o krok. W tle nasz cel, czyli Mała Wysoka

 

Mała Wysoka wreszcie pokazuje swoje oblicze. Grań spod przełęczy wygląda ciekawie i zaczynamy się zastanawiać, jak blisko niej prowadzi szlak. Na przełęczy rozglądamy się pobieżnie, wzdycham lekko na widok Gerlacha i ruszamy w stronę wierzchołka. Początek gwarantuje sporą frajdę. Teraz porzucamy zielone oznaczenia, bo do samego szczytu prowadzić nas będzie szlak żółty. Startujemy w przyjemnym, skalnym terenie. Kilka schodków, potem jakaś pochylona ścianka i tak przez jakiś czas.

Teraz zaczyna się prawdziwie ciekawy teren

Teraz zaczyna się prawdziwie ciekawy teren

 

Ruch jest teraz znacznie większy. Do góry sunie już sporo osób, bo zdecydowana większość atakuje Małą Wysoką wychodząc najpierw na przełęcz z Doliny Wielickiej. Mimo wszystko nie tworzą się zatory. Łańcuch jest chyba tylko jeden i to na samym początku. Później trzeba sobie radzić samemu, ale w tym tkwi właśnie cała radość. Początkowo skała jest lita i pokonywanie kolejnych przeszkód jest bardzo satysfakcjonujące.

W stronę szczytu idę tak

W stronę szczytu idę tak

 

Ścieżka stosunkowo rzadko zbliża się do samego ostrza grani i pewnie to zrozumiałe. Zionie tam bowiem przepaść. Szlak więc raczej pnie się zboczem, które niestety po czasie zmienia swój charakter. Ciekawe, skalne formacje ustępują miejsca kruszyźnie, kamieniom i pyłowi, który pokrywa to wszystko. Koncentrację trzeba oczywiście zachować cały czas, ale tutaj sugerowałbym ją nieco wyostrzyć. Łatwo uznać to za łatwy teren i gdzieś podjechać.

Poczucie przestrzeni jest fantastyczne

Poczucie przestrzeni jest fantastyczne

 

Według map, na Małą Wysoką z Polskiego Grzebienia można wyjść w godzinę i trzeba pokonać ponad 200 m przewyższeń. Szczyt jednak tak bardzo mną zawładnął, że zameldowałem się tam po 30 minutach. Z każdym krokiem obserwowałem jak wierzchołek jest coraz bliżej i bliżej, aż w końcu stanąłem w najwyższym punkcie całej wędrówki. Cierpliwie poczekałem na Darka, po czym zaczęliśmy się rozglądać po okolicy. Sam szczyt nie jest specjalnie rozległy, ale po wschodniej stronie znaleźliśmy sobie bardzo zaciszne i wygodne miejsce na przerwę.

Mała Wysoka zachwyca panoramą. Za mną m.in. Łomnica, Durny Szczyt czy Lodowy Szczyt

Mała Wysoka zachwyca panoramą. Za mną m.in. Łomnica, Durny Szczyt czy Lodowy Szczyt

 

Widoki są fenomenalne i wcale nie przesadzam. W zasięgu wzroku cała masa tatrzańskich kolosów. Z jednej strony Dolina Staroleśna i widok między innymi na Lodowy Szczyt, Durny Szczyt, Łomnicę, a nieco bardziej na prawo Sławkowski Szczyt i Staroleśny Szczyt. Ten ostatni wygląda doprawdy imponujący, a jego sylwetka od razu wywołuje we mnie skojarzenia rodem z… Władcy Pierścieni. No nic tylko wsadzić tam to sauronowe oko.

Panorama z Małej Wysokiej. Uwagę przyciąga przede wszystkim Staroleśny Szczyt. Za nim Sławkowski

Panorama z Małej Wysokiej. Uwagę przyciąga przede wszystkim Staroleśny Szczyt. Za nim Sławkowski

 

Sławkowski Szczyt, na którym niedawno przecież byliśmy, też prezentuje się wreszcie jak przystało na górę tych rozmiarów. Kierując wzrok nieco bardziej na północ zobaczyć możecie Tatry Bielskie, a obracając się dalej w tym kierunku drogę, którą musieliśmy pokonać by się tu znaleźć. Świetnie wygląda Gerlach, który niestety zrobił nam psikusa i do zdjęcia ustawił się pod słońce. Kiepsko się zaprezentował, ale darzę go taką sympatią, że nie mam mu tego za złe. Na prawo od niego zobaczyć można m.in. Wysoką, Rysy i Niżnie Rysy. Dalej charakterystyczna grań, którą prowadzi nasza Orla Perć z wybitnymi Świnicą i Kozim Wierchem.

Widoki z wierzchołka w stronę Orlej Perci (pod chmurkami)

Widoki z wierzchołka w stronę Orlej Perci (pod chmurkami)

 

Jakoś udaje nam się wreszcie nacieszyć oczy i wracamy na przerwę. Pogoda jest znakomita, chociaż na szczycie wieje zimny wiatr. Część osób zakłada nawet czapki czy rękawiczki, ale my odpoczywamy beztrosko w naszej osłoniętej, zacisznej wnęce. Mija właśnie szósta godzina, odkąd ruszyliśmy na szlak, ale w ogóle tego nie odczuwamy. Profilaktycznie po raz kolejny zamieniam skarpetki, żeby moje stopy pozostały suche. Wystawiam też buty do słońca. To pierwsza z planowanych trzech tatrzańskich wędrówek, a my zaczęliśmy mocnym akcentem. Nie możemy sobie pozwolić na żadne odciski, a myśl o tym, prześladuje mnie nieustannie od momentu feralnego powrotu z Koziego Wierchu.

Powoli, cały czas na dół

Powoli, cały czas na dół

 

Na górze spędzamy dłuższą chwilę i spokojnie odpoczywamy. Świadomość, że to dopiero połowa drogi nakazuje jednak poderwać się i rozpocząć zejście. To mija całkiem szybko i bezproblemowo. Górny odcinek, to niestety spacer po kamieniach. Sporo z nich pokrytych jest pyłem czy małymi kamyczkami i trzeba zachować ostrożność. Momentami tracimy z oczu żółte oznaczenia szlaku, ale mimo wszystko ścieżka jest oznaczona nieźle i droga na dół jest oczywista. Nawet jeśli przejdziecie kawałek obok niej, to nie powinniście mieć większych kłopotów. Wydaje mi się nawet, że droga powrotna zajęła nam więcej czasu. Cóż, po prostu staraliśmy się być uważni, chociaż i tak chyba ominęliśmy ten początkowy łańcuch.

To, jak się okazało, była łatwiejsza część zejścia. Dosyć kłopotliwy okazał się fragment prowadzący z powrotem z Polskiego Grzebienia do Kotła pod Polskim Grzebieniem. W pierwszą stronę jeszcze jakoś poszło, ale w drugiej mieliśmy chwilami nietęgie miny. Ślisko, mokro i ogólnie do niczego. Chciałem mieć jak najszybciej ten odcinek za sobą, ale nie za pomocą upadku i zjazdu. Kiedy teren się wypłaszczył, stało się już jakoś tak inaczej. Najtrudniejsze było praktycznie za nami i powoli zmierzaliśmy w stronę Zmarzłego Stawu. Tam schowaliśmy się na chwilę w cieniu i spotkaliśmy kobietę, mijaną kilkukrotnie rano. Wychodziła na szlak ze swoim ojcem, który postanowił teraz czekać na nią gdzieś niżej.  Okazało się, że wyszedł tak daleko jak dał radę i czekał, aż córka wróci z Małej Wysokiej. Wymieniliśmy kilka zdań i zrobiło mi się jakoś tak miło. Minęliśmy ten łańcuch, który okazał się na wilgotnym podłożu bardzo pomocny, po czym ruszyliśmy w stronę Doliny Litworowej.

Pora na równie długi powrót

Pora na równie długi powrót

 

Widoki jakby podobne, ale oświetlenie już całkiem inne. Zejście też minęło nam w innej atmosferze. Rozluźnieni i zadowoleni z siebie, uważnie schodziliśmy na dół. Próżno było oczekiwać tego orzeźwiającego wiatru z wierzchołka i zrobiło się naprawdę ciepło. Mała Wysoka widoczna była jeszcze za naszymi plecami, ale my żyliśmy już powrotem. No, a ten miał być długi. Bardzo długi. Nie pognaliśmy jednak przed siebie. Moje stopy powoli zaczęły się dopominać o przerwę. Zeszliśmy więc poniżej Litworowego Stawu, znaleźliśmy głaz, który rzucał cień i tam postanowiłem odsapnąć.

Jest sielsko, ale pora wracać

Jest sielsko, ale pora wracać

 

Wyjadłem do końca całodniowe zapasy, wepchnąłem w siebie coś słodkiego i oparłem się o kamień. Było mi tak miło, że nawet nie chciało mi się myśleć o tym, jak długa ta dolina jest. Ba, mógłbym sobie tam spokojnie uciąć jakąś drzemkę. Czułem się świetnie, wcale nie byłem zmęczony, a jedynym, co mogło mi popsuć (i psuło) dzień były stopy. No, ale użalać się nad sobą mogłem na parkingu, a teraz należało schodzić i to najlepiej z uśmiechem na ustach. O ten nie było wcale trudno, bo wszystko wokół naprawdę nam się podobało.

Przy przekraczaniu strumyków trzeba uważać

Przy przekraczaniu strumyków trzeba uważać

 

Nie mogliśmy jeszcze całkiem wyłączyć naszej koncentracji, bo czekało nas ciągle kilka ciekawych momentów w drodze na dół. Przekraczanie tych wartkich strumyków nie wydawało się trudne. Spora część kamieni zanurzona była jednak całkowicie w wodzie. Po pierwsze nie chciałem zamoczyć butów, a po drugie nie chciałem zamoczyć tego wszystkiego, co powyżej tych butów się znajduje. Sporo tych górskich wywrotek już zaliczyłem. W trudniejszym terenie poruszam się jak kozica, chociaż oglądając to z boku, można by odnieść wrażenie, że trochę kulawa i podstarzała. Kiedy natomiast ścieżka staje się łatwiejsza, jakimś trafem zawsze znajdę sposób, by sprawdzić jak bardzo rozciągliwy jestem. Widziałem więc już oczami wyobraźni, jak wpadam do wody, a nurt porywa mnie aż do Bałtyku. Swoją drogą nigdy nad polskim morzem nie byłem. Wstrzymałem oddech, zamknąłem oczy i pokonałem te wszystkie przeprawy raz dwa. Jeszcze tylko stromy fragment, gdzie po ścieżce sunie strużka wody i oto znaleźliśmy się w lesie, gdzie wreszcie mogłem w spokoju oddać się cierpieniu.

W lesie wreszcie trochę chłodniej

W lesie wreszcie trochę chłodniej

 

Czasami staram się zagadywać Darka. „Popatrz jak tam ładnie” – mówię. On czasami odpowie zdawkowe „Mhm” i tak sobie właśnie burzliwie rozmawiamy na szlaku. Tym razem nie za bardzo miałem ochotę tworzyć zdania. Miałem ochotę usiąść. Kiedy jednak siadałem, koniec szlaku przestawał się przybliżać. Tak oto stałem się ucieleśnieniem bohatera tragicznego. Iść nie sposób, ale siedzieć nie ma po co. Pocieszała mnie myśl, że to raptem 7, 6, a potem i mniej kilometrów. Trzy godziny zamieniały się w dwie, a potem czas uciekał jak szalony. Teraz wydaje mi się to zabawne, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Chyba, że takiego głupkowatego, kiedy wiecie, że jesteście w kiepskim położeniu.

Rzucamy szczytom ostatnie spojrzenie i na dobre nikniemy w lesie

Rzucamy szczytom ostatnie spojrzenie i na dobre nikniemy w lesie

 

Powoli zaczęliśmy rozpoznawać miejsca przy ścieżce i wiedzieliśmy, że to już niedaleko. W drodze powrotnej spotkaliśmy trochę więcej osób, ale nadał było bardzo spokojnie. Przystawaliśmy co jakiś czas, robiąc sobie króciutkie odpoczynki, aż w końcu za drzewami zobaczyłem polanę. Tak, Polana Biała Woda pojawiła się przed nami, żeby nam oznajmić, że maksymalnie za godzinę będziemy na parkingu. Ruszyliśmy trochę szybciej, żeby jeszcze raz nacieszyć oczy, nim na dobre zakończymy wędrówkę.

Polana Biała Woda późnym popołudniem. Pora kończyć dzień

Polana Biała Woda późnym popołudniem. Pora kończyć dzień

 

Już nic nie mogło mnie powstrzymać i wiedziałem, że koniec jest bliski. Nie mój na szczęście, a szlaku. Mała Wysoka chyba nawet mocno przebiła nasze oczekiwania. Wybierając się na nią przez Dolinę Białej Wody, musicie się liczyć z tym, że zajmie wam to cały dzień. Mapy wskazują, że trzeba maszerować niemal przez 11 godzin by wrócić do punktu wyjścia. Dokładnie tyle czasu potrzebowaliśmy, ale organizowaliśmy sobie sporo przerw. Poza górskim obyciem musicie też mieć niezłą kondycję. To prawie 28 km trasy i ponad 1600 m przewyższenia. No kawał wyprawy jednym słowem! Podejście na Polski Grzebień i Małą Wysoką wymaga trochę sprawności i obycia w takim terenie. Warto to może „poćwiczyć ” na ciut łatwiejszych szlakach.

Sama wycieczka? Naszym zdaniem rewelacyjna. Prawdziwa górska eskapada, w której jest wszystko. Mieliśmy mglisty poranek, klimatyczną wędrówkę lasem, spokój na szlaku czy uczucie, że jesteśmy w zupełnie odrębnej, dzikiej części Tatr. Później wrażenie zrobiło na nas podejście w stronę Litworowej Doliny, stawy, wielkie tatrzańskie ściany no i sama Mała Wysoka, z której panorama wprost zachwyca. Cały dzień z plecakiem i różnorodnymi doświadczeniami. No, a to wszystko zaczyna się w odległości kilkudziesięciu metrów od zatłoczonej drogi nad Morskie Oko. Jeśli czujecie się na siłach, to gorąco polecamy. A my? Skończyliśmy tę świetną wycieczkę w dobrych nastrojach. Myślami wybiegaliśmy już jednak powoli do następnego, drugiego dnia naszej małej, tatrzańskiej „trylogii”.

W galerii tradycyjnie trochę więcej zdjęć. Możecie sobie pooglądać jak ten szlak w rzeczywistości wygląda. Jeżeli chcecie być zawsze na bieżąco i otrzymywać maile o kolejnych wpisach, zostawcie swój adres e-mail. Znajdziecie nas również na Facebooku. Pozdrawiamy!

Pełna galeria zdjęć w do znalezienia w zakładce

Zobacz więcej podobnych relacji.

12 komentarzy
  • Skadi
    Opublikowano o 10:14h, 21 września Odpowiedz

    Zielonych już na dobre pochłonęły Tatry. To kolejny Wasz gruby szczyt 🙂 Super! Czy ja widzę po raz pierwszy raz buźkę Darka? 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 10:56h, 21 września Odpowiedz

      Tak to z Tatrami chyba bywa 😀 Zaczyna się niewinnie, a potem zanim człowiek się obejrzy to już jest pochłonięty 🙂 Ha, chyba faktycznie to jego debiut 😀 Kiedyś się pojawił na FB, ale teraz ma okazję się pokazać czytelnikom 🙂

  • Dorota
    Opublikowano o 15:37h, 18 września Odpowiedz

    To jest najlepsza górska relacja jaka kiedykolwiek czytałam! Momentami wybuchałam śmiechem, a momentami otwierałam usta z podziwu nad widokami i waszymi umięśnionymi łydkami … Super, poprostu czekam na kolejne wpisy. Pozdrawiam

    • Mateusz
      Opublikowano o 16:56h, 18 września Odpowiedz

      Dzięki! 😀 No, wreszcie ktoś te łydki zauważył 😀 Przecież to główny powód, dla którego chodzimy w spodenkach 😛 Pozdrawiamy! 🙂

  • Ula
    Opublikowano o 22:26h, 17 września Odpowiedz

    A myślałam, że tylko ja jestem tak „zdolna”, żeby przeoczyć Polanę pod Wysoką – piona! mniej więcej w tym samym miejscu co Wy stwierdziliśmy ze znajomymi, że coś jest nie halo i Polana już chyba za nami 😉 świetne zdjęcia i super opis szlaku, a gilotyna bawi do łez 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:18h, 18 września Odpowiedz

      Dzięki, ogólnie sama wycieczka była różnorodna i to na zdjęciach widać. Przez chwilę naprawdę mieliśmy niezłe miny, zanim ogarnęliśmy, że polana już dawno za nami 😀 Jak widać można 🙂

  • magda1969
    Opublikowano o 22:15h, 17 września Odpowiedz

    Świetna wyprawa, opis i zdjęcia 🙂 pozdrawiam 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:19h, 18 września Odpowiedz

      Dzięki, pozdrawiamy! 🙂

  • Bartłomiej Morga
    Opublikowano o 21:38h, 17 września Odpowiedz

    „Akurat moja migawka brzmi trochę jak gilotyna” 😀 😀 😀
    Cała wycieczka świetna – podobną robiłem ze znajomymi późną jesienią – i uważam ją za jedną z najlepszych jakie można zrobić w Tatrach. A panorama z Małej Wysokiej z uwagi na niemal wszystkie tatrzańskie kolosy w kadrze zasługuje na 5 gwiazdek 😀

    • Mateusz
      Opublikowano o 09:15h, 18 września Odpowiedz

      Nie zmyślam, ten dźwięk potrafi obudzić 😀 Zgadzam się, czułem się podczas tej wycieczki, jakbym faktycznie przeżywał jakąś tatrzańską przygodę 🙂 Żadna niespodzianka, że tych miejsc kompletnie nie znałem i wszystko było dla mnie nowe. No, a panorama jest naprawdę świetna i jest co oglądać 🙂

  • Gosia
    Opublikowano o 21:11h, 17 września Odpowiedz

    Świetna relacja, przeczytałam z zaciekawieniem i chichraniem się pod nosem. 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 21:25h, 17 września Odpowiedz

      Ha, dzięki! Normalnie bym machnął na te stopy, ale kolejnego dnia nie chciałem znowu skończyć na Nosalu 😀 Ogólnie wycieczka była świetna, no i znowu poznaliśmy coś nowego 🙂

Skomentuj