Kościelec od pierwszego wejrzenia

Kościelec od pierwszego wejrzenia

Kiedy wspominałem ostatni wyjazd w Tatry przed oczami ciągle pojawiał się Kościelec. Jego dumna sylwetka wydawała się nie do zdobycia ale postanowiłem mimo wszystko spróbować.

Nie będzie w tym ani trochę przesady jeśli powiem, że Kościelec przykuł moją uwagę już podczas pierwszej wizyty w Dolinie Gąsienicowej. Strzeliste ściany w kształcie piramidy prezentowały się naprawdę pięknie. Moje nikłe tatrzańskie doświadczenie kazało mi jednak odrzucić ten pomysł. I jak tu żyć? Z jednej strony pokusa, a z drugiej rozum hamujący moje zapędy. Znacie to?

Tatrzańskie doliny też potrafią być piękne.

Taki widok przykuł moją uwagę podczas ostatniej wizyty w Tatrach i nieustannie dręczył moje górskie ambicje. Kościelec widoczny przy lewej stronie kadru.

 

Oddalałem więc ten pomysł na bliżej nieokreśloną przyszłość, jednocześnie coraz więcej czytając o szlaku prowadzącym na jego szczyt. Zostałem niepraktykującym teoretykiem, który o przebiegu drogi i czekających trudnościach wiedział już niemal wszystko. Kiedy znalazłem się w sercu polskich gór pomyślałem, że w zasadzie nic nie stoi na przeszkodzie żeby udać się w stronę Doliny Gąsienicowej i stamtąd jeszcze raz rzucić okiem na interesujący mnie cel. Potem podejść w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego, może Przełęczy Karb no i może przy sprzyjających warunkach potuptać trochę po tym pięknym zboczu Kościelca. Mierzy on 2155 m i byłby najwyższym szczytem na jakim się znalazłem. Zawsze przecież jednak można zawrócić, nie?

Tym razem wyruszyłem na szlak samotnie. Postanowiłem jak najszybciej dostać się z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej więc trasę pokonywałem w przyjemnym blasku porannego Słońca.

Tym razem wyruszyłem na szlak samotnie. Postanowiłem jak najszybciej dostać się z Kuźnic do Doliny Gąsienicowej więc trasę pokonywałem w przyjemnym blasku porannego Słońca.

 

Prognozy pogody na ten dzień były różne ale ostatecznie miało być pogodnie. Po 6.00 znalazłem się w Kuźnicach i tym razem samotnie (pozdrawiam Cię Darek) ruszyłem przed siebie. Wrzesień to świetna pora na górskie wędrówki. Pogoda jest w miarę stabilna, jest jeszcze ciągle wystarczająco ciepło, a otoczenie zaczyna przybierać swoje jesienne szaty.

Im bliżej Przełęczy między Kopami, tym rozleglejsze widoki. Świat budzi się do życia, a doliny spowija delikatna mgła.

Im bliżej Przełęczy między Kopami, tym rozleglejsze widoki. Świat budzi się do życia, a doliny spowija delikatna mgła.

 

Niewątpliwą zaletą jest jeszcze to, że wychodząc wcześnie rano mamy możliwość podziwiania pięknych krajobrazów malowanych niskim, poranny słońcem. Wszystko na razie przebiega sprawnie. Utrzymuje żwawe tempo mijając na trasie kolejnych turystów. Jednak ponad granicą lasu przystaje co chwilę i wyciągam aparat zachwycony otaczającymi mnie widokami. Czekam z niecierpliwością, aż Kościelec wychyli się ponad linię lasu.

Pogoda dopisuje. Świetnie widać Babią Górę wynurzającą się z morza mgieł.

Pogoda dopisuje. Świetnie widać Babią Górę wynurzającą się z morza mgieł.

 

Szczerze mówiąc spodziewałem się pustki na szlaku o tej porze, a co chwilę spotykam turystów tęskniących za górami jak ja. Zastanawiam się jak wielu z nich uda się ostatecznie w stronę Kościelca. Idąc w jego stronę wybrałem drogę, która już znałem. To niebieski szlak prowadzący z Kuźnic przez Skupniów Upłaz i Przełęcz między Kopami, który gwarantuje naprawdę rozległe widoki.

Na pierwszym planie Nosal, a dalej kolorowe pola i łąki. Wczesne wstawanie ma swoje zalety.

Na pierwszym planie Nosal, a dalej kolorowe pola i łąki. Wczesne wstawanie ma swoje zalety.

 

Zaczynam trochę się ociągać ale ciężko skupić się na marszu kiedy wzrok „lata” na wszystkie strony. Wiem, że przede mną jeszcze sporo drogi ale w drodze powrotnej słońce nie „pomaluje” już krajobrazu w taki sposób.

Chociaż wokół tak pięknie to cel na dzisiejszy dzień mam nieco inny. Z żalem odwracam wzrok i przyspieszam kroku.

Chociaż wokół tak pięknie to cel na dzisiejszy dzień mam nieco inny. Z żalem odwracam wzrok i przyspieszam kroku.

 

Wykonuje ostatnie zdjęcia, wyciągam z plecaka wodę, a następnie przyspieszam w stronę Przełęczy między Kopami. Mniej więcej od tego miejsca pojawia się widok na najwyższe szczyty otaczające Czarny Staw Gąsienicowy. I to widok nie byle jaki – jest i Kościelec. Słońce jest jeszcze stosunkowo nisko i złotym blaskiem oświetla jedynie najwyższe partie gór. Jest cudnie.

Oto i jest. Dumny Kościelec wyrastający nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. W centrum kadru Świnica.

Oto i jest. Dumny Kościelec wyrastający nad Czarnym Stawem Gąsienicowym. W centrum kadru wyższa Świnica.

 

Kiedy tak chłonę oczami te wszystkie kolorowe widoki i myślę, że „przecież ładniej już się nie da”, natura pobija kolejne rekordy. Gdy szlak zaczyna prowadzić w dół, w stronę zabudowań Hali Gąsienicowej, przed oczami pojawia się widok jaki mogłem do tej pory podziwiać jedynie na pocztówkach. Poranek w tym miejscu potrafi naprawdę odebrać mowę. Zaczynam się zastanawiać jak mogło ono wyglądać jeszcze godzinę wcześniej gdy słońce dopiero wstawało. Rzucam okiem na zegarek (tak naprawdę to na telefon) i uświadamiam sobie, że droga z Kuźnic zajęła mi nieco ponad godzinę. Odpoczywam tylko chwilkę, robię zdjęcia i wyruszam w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego. To stamtąd rusza właściwy szlak na Kościelec.

Hala Gąsienicowa o poranku. Widoki jak z bajki sprawiają, że natychmiast przestaje żałować krókiego snu.

Hala Gąsienicowa o poranku. Widoki jak z bajki sprawiają, że natychmiast przestaje żałować krótkiego snu. Słońce powoli oświetla najwyższe szczyty, a Kościelec z tej perspektywy wydaje się już szczególnie piękny. Na zdjęciu widoczny przy lewej stronie kadru

 

W tym miejscu odnajduję odejście szlaku i zgodnie z niebieskimi znakami podążam dalej. Ścieżka wije się po dużych płaskich kamieniach w otoczeniu bujnej roślinności. Odcinek ten jest typowo spacerowy więc takim też tempem idę przed siebie. Po kilku minutach ściana Kościelca dosłownie wyrasta znad załamania terenu i wyraźnie przyciąga wzrok. Zaczynam się zastanawiać jak poważne trudności czekają na człowieka tam na górze.

Nie tracąc czasu zmierzam w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego skąd wyruszę w stronę szczytu. Cel mojej wyprawy zachęca ale jednocześnie zaczynam odczuwać pewien niepokój.

Nie tracąc czasu zmierzam w stronę Czarnego Stawu Gąsienicowego skąd wyruszę w stronę szczytu. Cel mojej wyprawy zachęca ale jednocześnie zaczynam odczuwać pewien niepokój.

 

Wertując kolejne strony internetowe znaleźć możemy równocześnie opinie o tym, że szlak to „bułka z masłem”, by dalej przeczytać o „poważnych trudnościach”. Na pewno wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji ale wolę zastosować przesadną ostrożność, niż narobić sobie kłopotów lekceważąc szlak. Chcę się także sprawdzić. Zobaczyć jak zareaguję na pierwszą wizytę w Tatrach Wysokich, ewentualną ekspozycję czy trudności terenowe. Idę więc dziarsko przed siebie. Dochodząc nad brzeg stawu pozwalam sobie na nieco dłuższą przerwę. Pora na coś słodkiego zanim ruszę czarnym szlakiem w stronę Przełęczy Karb. Staram się odnaleźć wzrokiem dalszy przebieg ścieżki ale niknie ona wkrótce na zboczach Małego Kościelca. Ruszam przed siebie. Szlak wiedzie kamienistą dróżką, która wije się stromo do góry. Na razie nic takiego czego bym wcześniej nie doświadczył. Przyjemna temperatura pozwala sprawnie pokonać te trudności i nie wiedząc kiedy znalazłem się na grani Małego Kościelca.

Z każdym krokiem zbliżam się do Przełęczy Karb, a ściana Kościelca robi coraz większe wrażenie.

Z każdym krokiem zbliżam się do Przełęczy Karb, a ściana Kościelca robi coraz większe wrażenie.

 

Doskonale widać już głównego „przeciwnika dnia”, który swoim monumentalnym wyglądem zachęca jeszcze bardziej do odwiedzin. W oczy rzuca się charakterystyczny kształt piramidy, a mi nie pozostaje nic innego jak stawianie kolejnych kroków w jej kierunku. Przede mną lekkie obniżenie i po chwili znajduje się na Przełęczy Karb. Wyszukuje czarnych znaków szlaku, a następnie wysyłam sms z informacją gdzie idę i kiedy mniej więcej wrócę. Głupio byłoby gdzieś tam leżeć z wybitymi zębami… Pamiętajcie o tym wybierając się samotnie na szlak.

Kościelec z tej perspektywy wydaje się naprawdę groźny. Ruszam szlakiem na szczyt.

Kościelec z tej perspektywy wydaje się naprawdę groźny. Ruszam szlakiem na szczyt.

 

Ruszam ostrożnie po kamiennej ścieżce, która dosyć wyraźnie prowadzi póki co w stronę wierzchołka. Nie mam pojęcia jakie trudności spotkają mnie na trasie mimo tego, że sporo o tym szlaku czytałem. Początkowy fragment podejścia prowadzi nagle w prawą stronę zbocza gdzie pojawia się pierwsza poważniejsza przeszkoda. Dla jednych spora, a dla innych niezauważalna – niewielki próg skalny.

Pierwsze trudności szlaku na Kościelec. Krótki próg skalny, który przy ładnej pogodzie i suchej skale nie powinien sprawić kłopotów.

Pierwsze trudności szlaku na Kościelec. Krótki próg skalny, który przy ładnej pogodzie i suchej skale nie powinien sprawić kłopotów.

 

Co będzie przydatne przy pokonywaniu tej przeszkody? Zdrowy rozsądek, który w górach niezbędny jest zawsze. Spokojnie szukamy miejsca na stopy, znajdujemy coś czego możemy się złapać i po chwili jesteśmy ponad trudnościami. Na szlaku jestem sam więc spokojnie i uważnie minąłem to miejsce. Kłopoty w tym miejscu mogą się pojawić kiedy trafimy tu po opadach deszczu lub przy oblodzeniu i wtedy trzeba uważać jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Zadowolony z siebie i pełen emocji ruszam dalej.

Widoki coraz piękniejsze. Po lewej stronie kadru Czerwone Wierchy, w centrum Giewont, a w tle po prawej Babia Góra.

Widoki coraz piękniejsze. Po lewej stronie kadru Czerwone Wierchy, w centrum Giewont, a w tle po prawej Babia Góra.

 

Szlak na szczyt wiedzie raz w stronę wschodniej, a raz zachodniej ściany Kościelca co powoduje, że idzie się całkiem przyjemnie. Zachowuję jednak koncentracje ponieważ im wyżej tym częściej napotkać można mokre skały. Kolejnym ciekawym miejscem w drodze na szczyt jest krótki trawers po nachylonych płytach skalnych.

Kolejny czujny odcinek na trasie. Jeśli jest sucho nie powinien jednak sprawić żadnych kłopotów.

Kolejny „czujny” odcinek na trasie. Jeśli jest sucho nie powinien jednak sprawić żadnych kłopotów.

 

Szczególną ostrożność należy zachować kiedy te płyty są mokre, a zdarzyć się to może nawet w pogodny dzień. Ja jednak trafiłem na naprawdę dobre warunki i tylko miejscami można było napotkać ślady wilgoci. Przejście tym fragmentem nie stwarza więc dużych problemów, a przynajmniej ja ich nie odczułem.

Pnę się coraz wyżej i wyżej. Szlak prowadzi często w poprzek zbocza zbliżając się raz do wschodniej, a raz do zachodniej ściany.

Pnę się coraz wyżej i wyżej. Szlak na Kościelec prowadzi często w poprzek zbocza zbliżając się raz do wschodniej, a raz do zachodniej ściany.

 

Przez większą część trasy szlak wygląda jak na zdjęciu powyżej. Trochę kamieni, które wiją się zboczem Kościelca od prawej do lewej strony. To moja pierwsza przygoda w Tatrach Wysokich i przebieg szlaku nie jest tak oczywisty jak chociażby w Beskidach czy Tatrach Zachodnich. Tam dalszą drogę wyznaczały nie tylko znaki na drzewach czy kamieniach, ale przede wszystkim szeroko wydeptane tysiącami butów ścieżki. Tutaj nie jest to takie oczywiste i muszę chwilami przystawać by odszukać wzrokiem kolejny czarny znak na kamieniu. Mimo tego i tak wydaje mi się, że w kilku momentach poszedłem nieco inaczej niż mógłby to wskazywać szlak.

Miejscami na szlaku występują miejsca z mokrymi skałami. Trzeba więc ciągle uważać stawiając kolejne kroki.

Miejscami na szlaku występują miejsca z mokrymi skałami. Trzeba więc ciągle uważać stawiając kolejne kroki.

 

Nie mam pojęcia jak daleko jeszcze do szczytu. Zadzierając głowę do góry widać tylko kolejne przeszkody, kamienie i skały. Te miejscami stają się naprawdę mokre co można zauważyć nawet na zdjęciu wyżej. Kolejne schodki skalne, potem szlak zawija w prawo, to w lewo i tak dalej. Chwilami odwracam się za siebie by podziwiać coraz rozleglejszą panoramę. Momentami słyszę nawet głosy, ale jestem pewien, że na szlaku jestem sam. Czy byłoby słychać kogoś znajdującego się na Świnicy czy Przełęczy Zawrat? Powątpiewam, ale od razu przypominam sobie, że wschodnia i zachodnia ściana Kościelca to dosyć popularne wśród wspinających się miejsce. Może to stamtąd? Przecież nie oszalałem.

Ostatnia trudność na szlaku, która wyprowadza już bezpośrednio na szczyt Kościelca. Wilgotne skały przyspieszyły mi trochę tętno ale ostatecznie dość sprawnie udało mi się je pokonać.

Ostatnia trudność na szlaku, która wyprowadza już bezpośrednio na szczyt Kościelca. Wilgotne skały przyspieszyły mi trochę tętno ale ostatecznie dość sprawnie udało mi się je pokonać.

 

Nagle trafiam na kolejną przeszkodę, którą jest krótka ścianka. I nie wiem czy może wszedłem na nią od złej strony, ale w połączeniu z mokrym kamieniem, na którym stały moje nogi znalazłem się w nietypowej sytuacji. Nie specjalnie mogłem znaleźć oparcie, a że bałem się poślizgnięcia to ze sporym strachem podciągnąłem się do góry. Następnie kilka sprawnych ruchów i… nie ma już nic wyżej. 2155 metrów n.p.m. Jestem na szczycie.

Kiedy znalazłem już odpowiedni kamień mogłem wreszcie ustawić samowyzwalacz w aparacie i uwiecznić mój mały sukces. Na szczycie Kościelca byłem zupełnie sam.

Kiedy znalazłem już odpowiedni kamień mogłem wreszcie ustawić samowyzwalacz w aparacie i uwiecznić mój mały sukces. Na szczycie Kościelca byłem zupełnie sam.

 

Na chwilę obecną porzuciłem myśli o trudach powrotu i zdjąłem plecak rozsiadając się wygodnie na jednym z kamieni. Zasłużona przerwa. Cudowne widoki, których nie da się chyba opisać słowami. Widok na całe Tatry Zachodnie, Świnicę, Orlą Perć, a od południa Podhale i rysujący się na horyzoncie Beskid Żywiecki. Kto jeszcze pamięta mój lęk związany z wejściem na wieże widokową na Mogielicy? Tym razem nie odczuwałem nic takiego. Może po prostu odczuwam strach przed budowlami wzniesionymi ręką ludzką? Na Kościelcu mogłem spokojnie spacerować po szczycie, a nawet usiąść tuż nad krawędzią wschodniej ściany, która opada do Czarnego Stawu Gąsienicowego z wysokości niemal 530 metrów. I co nie do uwierzenia – na szczycie byłem kompletnie sam!

Siedzę i macham nogami. Lustro Czarnego Stawu Gąsienicowego znajduje się około 530 metrów niżej. Piękna pogoda pozwala się delektować tą chwilą.

Siedzę i macham nogami. Z tego miejsca chciałbym pozdrowić nieobecnego Darka 🙂

 

Rozglądam się dookoła, podziwiam krajobraz i nachodzi mnie ochota by podzielić się tą chwilą ze znajomymi. Upominam jednak w myślach sam siebie bo przede mną jeszcze zejście, a pokonywanie tych samych przeszkód w drodze na dół to coś czego nie lubię. Kiedy nasyciłem się chwilą już na dobre, robię ostatnie zdjęcia i chowam przewieszony do tej pory przez ramię aparat do plecaka. Zawsze lepiej mieć swobodę ruchów. Ruszam powoli na dół.

Ostatnia trudność na szlaku widziana od góy. W tym momencie chowam na dobre aparat do plecaka i bardzo uważnie rozpoczynam wędrówke w dół. W końcu dopiero połowa trasy za mną.

Ostatnia trudność szlaku na Kościelec widziana od góry. W tym momencie chowam na dobre aparat do plecaka i bardzo uważnie rozpoczynam wędrówkę w dół. W końcu dopiero połowa trasy za mną.

 

Powoli zabieram się za zejście. Odwracam się twarzą w stronę skały i spokojnie szukam miejsc oparcia. Obyło się bez kłopotów i co zadziwiające – było łatwiej niż w pierwszą stronę. Pamiętam mniej więcej trudniejsze miejsca na szlaku ale pojawia się inny kłopot. Momentami mam kłopot z odnalezieniem czarnych znaków wyznaczających drogę. W jednym miejscu schodzę po nachylonych gładkich płytach by po chwili dopiero odnaleźć prawdziwy przebieg szlaku. Obyło się jednak bez przygód. Bardzo uważnie przemierzam szlak w dół pomagając sobie w niektórych miejscach rękoma. Przełęcz jest już coraz bliżej i przede mną jeszcze ten skromny „kominek”, którym schodzę raczej bez trudności. Dopiero teraz mijam się z turystami wyruszającymi na szczyt. W oddali widać kolejne grupy, które również postanowiły odwiedzić ten piękny region.

Grań Małego Kościelc widziana z okolicy przełęczy.

Grań Małego Kościelca widziana z okolicy przełęczy.

 

Jeszcze tylko zejście z przełęczy do Czarnego Stawu Gąsienicowego, które nie sprawia mi większych kłopotów i mogę poczuć zadowolenie. Wysyłam sms meldując się na dole i szukam wygodnego miejsca nad stawem aby usiąść i nieco odpocząć. Zadzieram głowę do góry i patrzę na szczyt, z którego dopiero co wróciłem.

No i jestem na dole. Kościelec wzrasta na ponad 530 metrów nad Czarny Staw Gąsienicowy, a ja z pełnym zadowoleniem mogę sobie powiedzieć - Byłem tam.

No i jestem na dole. Kościelec wzrasta na ponad 530 metrów nad Czarny Staw Gąsienicowy, a ja z pełnym zadowoleniem mogę sobie powiedzieć – „Byłem tam”.

 

Udało się. Wreszcie mogę cieszyć się tą chwilą. Wejście na Kościelec było dla mnie nie tylko testem na kondycję czy ogólną sprawność. Było przede wszystkim egzaminem ze stawianych sobie wyzwań. Uważam, że każdy średnio-sprawny człowiek może wejść na ten szczyt. Najważniejsze jest jednak to by zabrać ze sobą rozsądek, rozwagę i pokorę wobec gór. Jeszcze nie tak dawno zaliczyłbym wyjście na ten szczyt do miana tych nierealnych. I chociaż wiem, że nie jest to góra ani najwyższa, ani najtrudniejsza to jednak miło spoglądać na niego z dołu kiedy było się już na szczycie. Cel, który sobie postawiłem udało się zrealizować, a emocje i wrażenia towarzyszące mi na szlaku zapamiętam na długo. Bo czy nie o to chodzi?

Pełna galeria zdjęć w do znalezienia w zakładce „Galeria” – o tutaj!


11 komentarzy
  • Julita
    Opublikowano o 22:49h, 30 sierpnia Odpowiedz

    Ech, chciałabym mieć jakiś tatrzański szczyt na własność! Ale kurde… Chyba jednak trochę bym się bała wyruszyć sama. Nawet w Beskidach! Irracjonalny lęk. To tak jak z tymi wieżami wzniesionymi ludzkimi rękami – mam to samo, na Mogielicy masakra, nie wlazłam na nią.
    Rzeczywiście można się trochę pogubić w oznakowaniu, gdyby było mniej ludzi (a niestety tłumy w ten weekend), miałabym problem. Ten mały kominek – luz, ale pod szczytem rzeczywiście trochę adrenaliny było 😀 Schodząc też, bo jestem klasycznym przypadkiem dupozłażenia. Pewnie kiedyś się doczekam w Tatrach dziury na dupie i się doigram. Tu na szczęście musiałam schodzić twarzą do skały, ale mała trzęsawka kolan była 😉 Ale to pewnie te tłumy i stres mówiący „Pospiesz się, pospiesz, bo jeszcze ktoś się zniecierpliwi i pomyśli, żeś łajza” – najgorsze podejście 🙂
    Muszę w końcu znaleźć czas na moje Alpy i Kościelca – może we wrześniu zdążę…;)
    Pozdro!

    • Mateusz
      Opublikowano o 15:30h, 31 sierpnia Odpowiedz

      Też siebie czasami nie rozumiem. W górach nic, a na wieżach widokowych jakiś dziwny lęk:D Ja się na Kościelcu trochę zawiesiłem tuż przed szczytem i miałem zagadkę. No ale poszło sprawnie 🙂 A z „dupozłażenia” już się powoli wyleczyłem 😀 Czekam na wpis! 🙂

  • Red-Angel
    Opublikowano o 21:47h, 10 października Odpowiedz

    Gratuluje debiutu w Tatrach Wysokich i to od razu na ładnym szczycie 🙂 Bo jak sam zauważyłeś, Kościelec świetnie wygląda z dołu. Robi wrażenie takiego niedostępnego, co wcale nie jest prawdą 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 21:51h, 10 października Odpowiedz

      Zgadza się. Szedłem tam pełen niepokoju bo nie wiedziałem czego się do końca spodziewać. Na szczęście warunki były świetne i okazało się, że góry są dla ludzi 🙂 Może powoli przyjdzie czas na jakieś bardziej zaawansowane „wspinaczki”. Piszę w cudzysłowie bo z Twoimi wyprawami niewiele ma to wspólnego. Zazdroszczę! 🙂

      • Red-Angel
        Opublikowano o 22:10h, 11 października Odpowiedz

        Każdy od czegoś zaczyna, więc wszystko przed Tobą 🙂 Powodzenia 🙂

  • Dorota
    Opublikowano o 11:21h, 04 października Odpowiedz

    Bardzo ciekawy opis szlaku – gratuluję 🙂 już wiem co będzie moim celem podczas urlopu w następnym sezonie 😉 Piękne zdjęcia, a moja ukochana Hala Gąsienicowa wygląda bajecznie- muszę ją odwiedzić na jesieni aby osobiście móc podziwiać jej przepiękne, jesienne barwy 🙂

    • Mateusz
      Opublikowano o 12:31h, 04 października Odpowiedz

      Dziękuje 🙂 O tak, Hala Gąsienicowa robi wrażenie i to niezależnie od pory roku 🙂 Każdy tam znajdzie coś dla siebie 0 albo spokojny spacer nad Czarny Staw Gąsienicowy albo to co Tatry mają najlepszego jak np. Orlą Perć.

  • Gosia i Mariusz
    Opublikowano o 10:30h, 26 września Odpowiedz

    Niezła wycieczka. Ja się dopiero przymierzam w następnym roku do Kościelca i zbieram o nim materiały. Szacun i uznanie, za zdjęcie nz „dyndającymi” nogami-co prawda ujęcie jak dla mnie lekko szalone,ale..brawo za odwagę.
    Co do tłoku-wiesz, to dużo zależy gdzie pójdziesz i o której-ja na Sarniej Skale miałem cudny spokój.
    ps.wybierasz się znowu w Tatry?

    • Mateusz
      Opublikowano o 14:03h, 26 września Odpowiedz

      Dzięki:) Tatry mam ciągle gdzieś z tyłu głowy ale nie zawsze jest czas czy okazja tam dojechać. Gdybym mieszkał trochę bliżej…:) Wydaje mi się, że Tatry najbardziej oblegane bywają latem. Wiadomo, że wtedy ludzie mają wakacje czy urlopy. Później już łatwiej znaleźć spokój na szlaku. Co do Kościelca to dużo zależy od warunków. Jak jest sucho i pogodnie to wycieczka tam staje się przyjemnością:)

  • Johnny Bravo
    Opublikowano o 06:36h, 17 września Odpowiedz

    Witaj globtroterze. Nie dość, że ładne „pstrykasz” zdjęcia, tak też dobrze Ci idzie z pisaniem – powyższy tekst łyknąłem jak pelikan śledzika. Widzę, że pomimo wszelkich trudów w drodze na szczyt, to nawet się nie spociłeś – plecy suche jak gardło Etiopczyka. Widok faktycznie zapiera dech w piersiach, do tego rozkoszowałeś się samotnością, bo na popularnych szczytach zazwyczaj jest zatrzęsienie miłośników gór. Życzę dalszego zdobywania i odkrywania pięknych wzgórz i szczytów i czekam na kolejny wpis z kolejnej wyprawy. Pozdrawiam.

    • Mateusz
      Opublikowano o 14:04h, 26 września Odpowiedz

      Dzięki za miły komentarz. Jak tylko czas i pogoda pozwoli to pojawią się niedługo kolejne wpisy.

Skomentuj