Bieszczady na szybko

Bieszczady na szybko

Pogoda lubi zaskakiwać. Kolejne godziny bez chmurki na niebie wydawały się zaproszeniem w Bieszczady.

Góry zimą zawsze wydawały mi się nieprzystępne. Mróz, głęboki śnieg czy lodowaty wiatr uświadamiały, że do takiej wyprawy trzeba się przygotować nieco lepiej niż zazwyczaj. Płynące zewsząd ostrzeżenia czy kolejne informacje o akcjach GOPR oddalały nasze pomysły od realizacji. Jednak jest w tej porze roku coś takiego co przyciąga i taki wyjazd planowałem już długo. W międzyczasie trochę „zaraziłem” się spędzaniem czasu w taki sposób i razem z kolegą postanowiliśmy połączyć siły. W naszym duecie to zdecydowanie ja byłem tym bardziej „zielonym” wycieczkowiczem, ale miałem nadzieję szybko nadrabiać braki wiedzy. W końcu dziesiątki ludzi przemierza zimowe szlaki więc dlaczego nie mielibyśmy zrobić tego samego? Zakupiłem specjalnie na zimę buty trekkingowe i zimową kurtkę i liczyłem, że taki ekwipunek okaże się wystarczający. Niestety prognozy pogody nie były optymistyczne i już mieliśmy odłożyć nasz wyjazd…

Jednak już w sobotę rano z ciekawości zerknąłem na kamerki internetowe, które pokazywały, że w Bieszczadach pogoda jest wręcz idealna. Z każdą chwilą narastała we mnie myśl, że może jednak warto się ruszyć z domu. Miałem jeszcze w pamięci jesienną wycieczkę i z chęcią powtórzyłbym ją w zimowej scenerii. Czas uciekał ale zadzwoniłem do kolegi i postanowiliśmy – wyruszamy. Było już dosyć późno bo na parkingu pod Połoniną Wetlińską byliśmy dopiero koło 14. Co gorsze, zakopaliśmy się w solidnej zaspie i za nic nie mogliśmy ruszyć z miejsca. Szczęśliwie z pomocą przyszedł nam inny turysta, który już opuszczał parking i przy pomocy liny wyciągnął nas z kłopotów.

Pierwszy fragment żółtego szlaku na Połoninę Wetlińską. Widok w stronę parkingu.

Pierwszy fragment żółtego szlaku na Połoninę Wetlińską. Widok w stronę parkingu.

 

Zimowe dni są naprawdę krótkie więc nie tracąc czasu ruszyliśmy po dobrze wydeptanym, żółtym szlaku w kierunku „Chatki Puchatka” – schroniska na szczycie Połoniny Wetlińskiej. Narzuciłem dosyć mocne tempo i kolega musiał mnie dwa razy „hamować”. Szlak otoczony ośnieżonymi drzewami to coś co trzeba zobaczyć.

Ścieżka prowadząca przez las wygląda po prostu pięknie.

Ścieżka prowadząca przez las wygląda po prostu pięknie.

 

Na górę wychodziliśmy pewnego rodzaju tunelem utworzonym przez pochylające się nad nami białe gałęzie. Świetny widok, ale co w takim razie czeka na nas na szczycie? Przyspieszyliśmy kroku by jak najszybciej znaleźć się koło schroniska. Ponad granicą lasu było już tylko ładniej. Co ciekawe, świetna przejrzystość powietrza sprawiła, że udało nam się dostrzec szczyty niewidoczne jesienią. Mowa tutaj zwłaszcza o ukraińskiej części Bieszczad.

W stronę Roha (1255 m). Widok z okolic „Chatki Puchatka”.

W stronę Roha (1255 m). Widok z okolic „Chatki Puchatka”.

 

Czas uciekał, a my postanowiliśmy skorzystać z przedeptanego szlaku i udać się w stronę najwyższej kulminacji Połoniny Wetlińskiej – Roha. Szczyt ten nie jest dostępny dla turystów, a ścieżka przebiega poniżej jego wzniesienia. Słońce chyliło się już ku zachodowi i nagle zaczął się prawdziwy festiwal barw. Dzień kończył się szybciej niż zakładaliśmy więc z okolic wspomnianego szczytu zaczęliśmy wracać.

Podziwiamy widoki. Schronisko w tle.

Podziwiamy widoki. Schronisko w tle.

 

Nie łudziłem się nawet że uda nam się przejść Wetlińską w całości. Bieszczadzka zima zaczęła jednak pokazywać swoje prawdziwe oblicze, a wiatr w mgnieniu oka przybrał na sile i stał się lodowaty. Robiąc zdjęcia poczułem jak drętwieją mi dłonie i szybko ubrałem drugą parę rękawiczek. Jeszcze godzinę wcześniej można się było obejść i bez nich, i bez czapki.

Połonina Wetlińska w blasku zachodzącego słońca.

Połonina Wetlińska w blasku zachodzącego słońca.

 

Udało nam się uchronić jednak przed błędami ‚zielonych” turystów i ubraliśmy się tego dnia naprawdę solidnie. Kiedy ktoś sugeruje wam ubieranie się na cebulkę – zróbcie to. Podchodząc do góry można się nieźle zgrzać. Wtedy można ściągnąć np. kurtkę. Stojąc na szczycie gdzie nic nie chroni przed wiatrem dobrze mieć przed chłodem dodatkową ochronę.

Szczyty w oddali leżą już na Ukrainie.

Szczyty w oddali leżą już na Ukrainie.

 

Postanowiliśmy poczekać na zachód Słońca w okolicach schroniska, które chroniło trochę przed wiatrem. W takich okolicznościach przyrody nawet nie przykładając się specjalnie można liczyć na piękne zdjęcia. Otoczenie powoli zmieniało odcień z żółtych na pomarańczowe by następnie czerwona poświata pokryła wystające jeszcze w oddali wierzchołki gór.

„Chatka Puchatka” na zakończenie dnia

„Chatka Puchatka” na zakończenie dnia

 

Magiczne chwile, których szczerze mówiąc się nie spodziewałem. Nie sądziłem, że to może wyglądać AŻ tak dobrze. Gdy Słońce zniknęło już za ostatnimi wzniesieniami stało się dla nas jasne, że pora ruszać na dół. Mieliśmy ze sobą na wszelki wypadek latarki ale szlak na dół jest prosty i dosyć krótki. Na parkingu zameldowaliśmy się zanim jeszcze stało się ciemno.

Ostatnie promienie zachodzącego Słońca. W Bieszczadach dzień się już kończy

Ostatnie promienie zachodzącego Słońca. W Bieszczadach dzień się już kończy

 

Nie spodziewałem się, że taki krótki i spontaniczny wypad dostarczy mi tylu wrażeń. Idealne warunki turystyczne przyciągnęły w te tereny także takich „zielonych” wędrowców jak my. To tylko rozbudziło mój apetyt na kolejne wyjazdy. Udało nam się zobaczyć wszystko to co ludzie tak bardzo zachwalają w górach. Piękno krajobrazu i jakiś wewnętrzny spokój. I co jeszcze ważne – zakończyliśmy dzień z prawdziwym zadowoleniem. Bieszczady zimą mogę tylko polecać.

Zapraszam do obejrzenia galerii oraz krótkiego filmiku z tego dnia.

Pełna galeria zdjęć do znalezienia w zakładce „Galeria” – o tutaj!

Zobacz więcej podobnych relacji:

Brak komentarzy

Skomentuj