Biegiem na Caryńską!

Biegiem na Caryńską!

Pobudki przed 1 w nocy nie należą do przyjemnych. Uparliśmy się jednak, że wschód Słońca będziemy oglądać ze szczytu Połoniny Caryńskiej.

Parking na Przełęczy Wyżniańskiej osiągnęliśmy wraz z kolegą tuż po trzeciej. W mrok nocy powoli wkraczał już świt, jednak wciąż było ciemno. Latarki były obowiązkowe, chociaż ich mizerne światełka służyły bardziej jako pokrzepienie ducha w tej ciemności. Z domów wyjechaliśmy po pierwszej, a sen trwający raptem trzy godziny, miał się na nas negatywnie odbić jeszcze przed południem. Przyznam się, że czułem pewnego rodzaju zdenerwowanie. Oto stajemy nocą przed ciemnym lasem i nie do końca wiemy czego możemy się spodziewać. Czekamy jeszcze chwilę, by niebo nieco rozjaśniło się blaskiem zbliżającego się wschodu. Ciszę nocy przerywały jedynie co chwilę  odgłosy ptaków. Zwłaszcza jeden, specyficzny dźwięk wydobywający się nie wiadomo skąd… W Bieszczadach bywaliśmy już kilkukrotnie, jednak chcąc zaznać czegoś nowego, postanowiliśmy obejrzeć wschód słońca z górujących nad okolicą Połonin. Brzmi fajnie, nie?

Wybieramy zielony szlak na Połoninę Caryńską aby mieć pewność, że zdążmy przed wschodem słońca. To stosunkowo krótka i prosta trasa. Włączamy skromne światełka i przypominamy sobie plan – byle szybciej na górę. Nie oszukujemy się – idziemy na łatwiznę byle tylko znaleźć się ponad granicą skrytego w ciemnościach lasu.

Droga biegnie na zmianę otwartymi przestrzeniami pełnymi krzewów, by za chwilę skończyć się ścianą z ciemnych drzew. Patrzymy pod nogi i nasłuchujemy uważnie otoczenia. Śmieszne jak ludzki mózg potrafi z nas sobie drwić. A to krzak z odległości przypomina zwierzę, a to dźwięk pękającej pod butem kolegi gałązki wyda się podejrzany…a prawdę mówiąc jedyne co dało się słyszeć to nasze maksymalnie przyspieszone oddechy.

W oczekiwaniu na wschód

Tuż przed świtem. Widok na zalegające w dolinach mgły.

 

Czasami lepiej nie myśleć za dużo i to była ta chwila – idźmy przed siebie. Już blisko, a niebo zaczyna przybierać coraz przyjemniejsze dla oka barwy. Po chwili wychodzimy ponad górna granicę lasu i pozwalamy sobie na krótką przerwę. Możemy odetchnąć. Spokojnie już zmierzamy na główny grzbiet Połoniny Caryńskiej. Nic nas nie zjadło. Spodziewaliśmy się chłodu ale to co zastaliśmy na górze przekroczyło nawet nasze przewidywania. Jest przeraźliwie zimno, a to już maj. Z coraz większą niecierpliwością czekaliśmy więc na ciepłe promienie słońca, które pozwolą w końcu ściągnąć rękawiczki.

Z niecierpliwością czekamy na pierwsze promienie Słońca

O tej porze na szlaku panuje wyjątkowa cisza.

 

Do naszego pierwszego wschodu słońca w Bieszczadach pozostało jeszcze kilka minut i mieliśmy sporo czasu aby przyjrzeć się okolicy. Dawno zapomniałem o tej nieludzkiej godzinie, w której przyszło mi wstawać. Mgły w dolinach leniwie zmieniają kształty, a zbocza wzniesień zaczynają nabierać kolorów. Spacerem przemierzamy grzbiet Połoniny Caryńskiej, przystając co jakiś czas by uwiecznić tę chwilę aparatem. To dopiero początek dnia, a już spotkały nas takie wrażenia.

Pierwsze promienie Słońca załamują się na pofalowanym terenie nadając mu wygląd rodem z bajki.

Pierwsze promienie Słońca załamują się na pofalowanym terenie nadając mu wygląd rodem z bajki.

 

Wkrótce słońce wyłania się znad horyzontu i pierwszy punkt naszego planu zostaje zrealizowany. Po nocnej gonitwie na szczyt możemy napawać się pięknymi widokami z połoniny. Rozglądamy się uważnie, chłoniemy otoczenie i wykonujemy sporo zdjęć. Nie zostajemy jednak zbyt długo na górze. Przeraźliwie wieje, a my mamy programie dnia kolejne punkty. Niespiesznie podążamy wzdłuż grzbietu aby zejść z powrotem na Przełęcz Wyżniańską.

Zdjęcie wykonane o świcie na Połoninie Caryńskiej podczas naszej krótkiej wycieczki w Bieszczady.

Ciekawy kontrast. Część dolin budzi się już do życia, a część śpi jeszcze w najlepsze.

 

Spacerem zbliżamy się w stronę lasu gdzie wiatr słabnie. Ścieżkę na dół pokonujemy już na spokojnie by po chwili znaleźć się z powrotem na parkingu. Wschód słońca to ulotny wręcz moment. Wkrótce promienie oświetlają niemal równomiernie wszystkie wzniesienia w zasięgu wzroku. Śpiew ptaków przybiera na sile, a jeden z nich jest wyraźnym liderem tych zawodów. Nieustannie bowiem w zaroślach wydziera się Derkacz. Średniej wielkości ptak, z którym spotkałem się w życiu po raz pierwszy.

Wetlińska już się budziWetlińska już się budzi

 

Ktoś słusznie napisał, że wydaje dźwięk przypominający pocieranie kawałka drewna o grzebień… Tak, nie są to piękne trele do jakich się przyzwyczailiście. Podobno to płochliwy ptak więc daliśmy sobie spokój z próbami wypatrzenia go w zaroślach. Zdejmujemy ciepłe ubranie, posilamy się słodyczami i wyruszamy w kierunku kolejnych szczytów- Małej, a następnie Wielkiej Rawki.

W Bieszczadach wiosna w pełni

Ruszamy w stronę Małej Rawki. Za plecami zostawiamy wschodzące słońce i Połoninę Caryńską.

 

Maszeruje się naprawdę przyjemnie. Na szlaku dalej nikogo i tylko śpiew ptaków przerywa ciszę (zwłaszcza Derkacza). Z każdą chwilą robi się cieplej, co na podejściach zaczyna sprawiać kłopoty. To ma być moje drugie spotkanie z Małą Rawką – przekleństwem wszystkiego tego czego nie lubię. Tym razem liczę na ładniejszą trasę i widoki na szczycie. Spokojnie pniemy się w górę chociaż droga po czasie staje się monotonna. Na Wielkiej Rawce jeszcze nie byłem pomimo kilku już wizyt w Bieszczadach, dlatego chciałbym mieć ten „leśny” fragment już za sobą. Osiągamy po chwili szczyt Małej Rawki skąd doskonale widać ścieżkę na kulminacyjny punkt naszego marszu. „Klątwa Małej Rawki” złamana. Piękne widoki na szczycie w zasadzie we wszystkich kierunkach. No i na szczyt wychodziliśmy niecałą godzinę, a nie trzy jak ostatnim razem…

Zielono mi

Zielono mi.

 

Mawia się, że Bieszczady najpiękniej prezentują się jesienią. Może jest w tym trochę prawdy, jednak tym wiosennym nie sposób odmówić urody. W zasięgu wzroku mamy prawdopodobnie wszystkie odcienie zieleni, a to wszystko pod błękitnym niebem. Wędrując pasmem Rawki mamy okazję podziwiać tereny położone po stronie polskiej, ukraińskiej, a także słowackiej. Przysiadamy na chwilę i pozwalamy sobie na dłuższą przerwę. Dzień dopiero się rozpoczyna ale nasza wycieczka dobiega już końca. Niewyspani i trochę zmęczeni postanawiamy zejść z powrotem tym samym szlakiem. Przed nami jeszcze droga powrotna więc musimy zachować resztki koncentracji. Żegnamy się z Bieszczadami, uiszczamy opłatę na parkingu i ruszamy w drogę powrotną. To był krótki ale intensywny dzień. Wschód słońca na Połoninie Caryńskiej wspominać będziemy jeszcze długo.

Powoli zbliża się już pora powortu.

Wiosna w Bieszczadach trwa w najlepsze.

 

W międzyczasie udało nam się zebrać kilka ujęć, na podstawie których udało się zmontować ten króciutki filmik, pokazujący jak powoli w Bieszczadach wstaje dzień. Kompresja youtube dosyć mocno psuje jakość więc polecam ustawić najlepszą możliwą.

 

Pełna galeria zdjęć do znalezienia w zakładce "Galeria" - o tutaj!

Zobacz więcej podobnych relacji:

Brak komentarzy

Skomentuj